Home » Azja » Spacerem po Katmandu. Stupy, Thamel i wrażenia ze stolicy Nepalu
Durbar Square w Katmandu
Katmandu Durbar Square

Spacerem po Katmandu. Stupy, Thamel i wrażenia ze stolicy Nepalu

Share Button

Katmandu. Najpierw śniadanie na dachu z widokiem na dachy miasta i świątynię Swayambhunath, potem zwiedzanie Katmandu z poznanym domorosłym przewodnikiem, by potem zobaczyć Durbar Square z wysokiego tarasu kawiarni. A końcówka dnia na Thamelu z zimnym Everestem w dłoni. Witamy w stolicy Nepalu!

Wreszcie spokojny dzień w Katmandu. To znaczy dla mnie spokojny, bo miasto jak zawsze kipi życiem, buzuje, przelewa się po wąskich uliczkach. Mam czas na wszystko, na co mam ochotę. Nie muszę się nigdzie śpieszyć ani po nic dzwonić, bo bagaż szczęśliwie się jednak odnalazł i nawet przyleciał za mną z lekkim opóźnieniem. Poznany na ulicy człowiek polecał śniadanie na dachu którejś z wysokich knajp w mieście, to rzecz jasna poszedłem pod adresy, gdzie takie budynki można znaleźć. I rzeczywiście ciekawy widok na Świątynie Małp co ma taką melodyjną (Swayambhunath) nazwę po nepalsku, choć niestety sama świątynia chociaż nieodległa (raptem 2 czy 3 km) jest ledwo widoczna z powodu smogu, jaki jest nad Katmandu. Wiecznie zasyfionym spalinami miastem. Co do kosztów też nie narzekam, ale też arcytanio nie jest. Ale czy kto słyszał kiedy o tanich stolicach państw? Za żarcie marki dwa jaja kupę tostów, kawę i duży sok zapłaciłem 12 złotych. Znaczy w przeliczeniu :). Widoczek na Katmandu niejako gratis, chociaż las dachów, anten, zbiorników na wodę i temu podobnych, wielką atrakcją turystyczną nie jest.

Stara część Katmandu
Katmandu. Stare budowle są rozsiane po całym mieście tworząc niepowtarzalny klimat przeszłości, która jest na wyciągnięcie ręki.

A potem nastąpiła pora, by zwiedzać. Doszedłem powoli na Durbar Square czyli Plac Królewski. I turysta nie ma tu lekkiego życia, wystarczy się ciut poprzechadzać, iść ze wzrokiem innym niż wpuszczony w ziemie, a natychmiast słyszy się obok przyjazne namaste, how are you? No i zaczyna się podchód kolejnego domorosłego przewodnika. Lonely Planet jak zawsze rekomndowało, by dać zarobić lokalsom, toteż pozwoliłem jednemu „zedrzeć” ze mnie skórę, ale tak po ludzku, po dobroci i bez rabunku. Bo cenę udało mi się zbić względem wyjściowej :). Chciał 10 euro a dostał 400 „rupieci”. Na dobrą sprawę uważam, że i tak zarobił całkiem nieźle, jak za deczko ponad godzinę opowiadania. Urzekł mnie starym trickiem z napisaną po polsku rekomendacją. Dostał tak świetną i zabawną, że nie miałem serca odmówić. A jednocześnie był nawet na początku bezinteresowny i wskazał mi knajpę z fajnym dachem i przepięknym widokiem na cały plac Durbar. Przyznam ze nawet nie żałuję tych wydanych pieniędzy, bo ciekawie opowiadał.

Katmandu. Świątynia na ulicy
Riksze, stare świątynie, woń kadzidełek, małe kapliczki, stupy, a tuż obok nich betonowe bloki… oto Katmandu w całej swej okazałości.

Ciekawy jest ów Durbar Square, chociaż ma niestety jedną wadę: jeżdżą po nim samochody, motocykle rikszarze i regularnie przechodzą tragarze. Ci ostatni zarówno chodzą, jak i jeżdżą, zależy czym się poruszają. I powiedzmy sobie szczerze: taki tragarz to klawego życia nie ma i jeszcze przed starością zwyrodnienie kręgosłupa ma jak w banku. Chłopaki na plecach noszą absolutnie wszystko, począwszy od lodówki, pralki wieeeelkich paczek z ubraniami, aż po drzwi wejściowe. Pełny asortyment. Pewnie jakbym zapragnął, żeby mnie przeniósł „na barana”, to też by powiedział „ok sir. Where?” Przerąbane chłopaki mają. Ale też trzeba przyznać, że wszyscy ustępują im z drogi. No… prawie wszyscy. Tylko w mojej ocenie ten cholerny ruch na tym najbardziej z zabytkowych placów jest zabójczy. Wszystko jeździ, wszystko trąbi i nawala po uszach i niestety trzeba co i rusz uskakiwać przed samochodem. Niestety przewodnik na moje pytanie dlaczego tak jest, powiedział, że to jedyna droga gdzieś tam… Cholera ich wie, może i jedyna ale swoją tezę udowodnił tym, że kilka lat temu władze zamknęły dla ruchu tenże plac i zaowocowało to głośnymi protestami. Cóż, póki co mają wystarczająco wiele problemów, to po co jeszcze mają sobie zwalać na łeb złych kierowców? 😉

Tragarz w Nepalu
Tragarze noszą wszystko. Od worków ze zbożem, przez ubrania aż po pralki i drzwi.

Poza tym w Katmandu natkniemy się na całe mnóstwo turystów, szczególnie w głównym imprezowym obszarze Katmandu czyli na Thamelu. Niby daleko, niby długo się leci, niby mnóstwo przesiadek, niby nic bezpośrednio z Europy nie lata, a Europejczyków tu jak przysłowiowych mrówków. No może bardziej od białych więcej jest skośnookich, ale pewnie nie odróżniam ich aż tak dobrze od autochtonów. Poza tym po ulicach, szczególnie tych turystycznych, lata mnóstwo dziwnych facetów co to się zowią Sadhu. I chcą oni na szczęście bazgrać po czole jakąś mazią. Ciągle mnie zaczepiają, bo jeszcze wymazać się nie dałem i chcą mi jako się rzekło życzyć szczęścia. Jakbym brał to szczęście od wszystkich to w Warszawie jak nic trafiłbym może nawet i 7 w totolotka, ale wcześniej niechybnie bym zbankrutował. Bankructwo wynikałoby z jednej przyczyny, każden z tych Sadhu szczęścia nie życzy za darmo. Zdjęcia też nie można im zrobić za darmo. Chociaż powiem obiektywnie, że nie są namolni i raz powiedzieć „nie” wystarcza. A z niektórymi nawet fajnie się rozmawia.

Pałac w Katmandu
Chodząc po Katmandu i przechodząc obok pałaców warto podnieść wzrok i podziwiać piękną i finezyjną pracę rzeźbiarzy.

A samo miasto? Katmandu jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych miast, jakie widziałem i w których byłem. Wąskie uliczki, zapchane straganami ulice, na stołach w zależności od rejonu: albo pamiątki turystyczne z Nepalu (figurki buddy, noże, drewniane zwierzęta, młynki modlitewne), które przywozi się znajomym z podróży.W innych częściach miasta na straganach królują rzeczy stricte dla mieszkańców Kathmandu. Znajdziemy tu ulice, gdzie kupimy tylko buty, w innej królują materiały na ubrania, gdzie indziej jedzenie. Czyli klasyczny azjatycki układ bazarów.

Ale zapomnijmy na chwilę o bazarach, w Katmandu czuję się pewnego rodzaju mistycyzm. Coś ulotnego, co wisi w powietrzu, miesza się z spalinami, z kurzem podnoszonym przez samochody i riksze przeciskające się przez tłum. Ale przede wszystkim to ulotny dym z kadzidełek, które płoną przy rozsianych po całym mieście kapliczkach. Tu w kameralnych i całkiem dużych świątynkach, we wnękach z posążkiem bóstwa widać dary zostawione dla Ganesha. Tu co i rusz spotkamy kogoś, kto zatrzyma się na chwilę i pomodli przed posągiem. Ale Katmandu to miejsce wielu stup rozsianych po mieście. Są mniejsze, ale są też te ogromne, otoczone licznymi młynkami modlitewnymi i wiernymi, dla których pobyt tu jest czymś dużo bardziej znaczącym niż dla mnie. Oni są tu, by się modlić, ja by zwiedzać, zatem staram się nie rzucać w oczy, nie niszczyć atmosfery miejsca. Tym bardziej, że ze stup we wszystkie strony świata spoglądają Wszystkowidzące Oczy Buddy. A wiadomo, z bogami żartów nie ma.

Stupa w Kathmandu. Nepal
Chodząc po Katmandu nie sposób nie trafić na stupę. Rzecz jasna ze szczytu spojrzą na nas przenikliwe Oczy Buddy

Zapada zmrok, zatem koniec zwiedzania. Pora wrócić na Thamel, chaotyczną i rozkrzyczaną dzielnicę Katmandu. Dzielnicę która tętni życiem do późnych godzin nocnych, okupowana przez tłumy turystów, którzy często przyjechali tu tylko po to, by bawić się na Thamelu. Jak widać są i tacy, którzy nie przyjechali tu, by wyjść w Himalaje. Dla nich są knajpy z muzyką na żywo i puby, w których leje się piwo Everest, dla nich są też… nocne kluby ze striptizem! Bo Thamel to przemysł turystyczny, tu nie znajdziemy spokoju. Jeśli chcemy ciszy, na nocleg musimy znaleźć inną dzielnicę.

Katmandu - kobiety w kolejce do świątyni
Kobiety czekają w kolejce, by pomodlić się w jednej ze świątyń. Taki widok w Katmandu jest dość częsty.

No nic, idę w poszukiwaniu jakiś ciastek i jakiegoś Everesta na dobranoc. Nachodziłem się dzisiaj to i zasłużyłem na dobry wieczorny posiłek 😉

Share Button

About Paweł Osmólski

Amator podróży do Azji, którego wspomnienia zostały gdzieś na szlaku w Nepalu na ławeczce pod chałupą jednego chłopa. Kiedyś będę tam musiał wrócić i zabrać je do domu :) Preferuję samotne wyjazdy, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. W czasie wolnym od pracy i podróży zapalony degustator piwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *