Home » Azja » Luang Prabang – najpiękniejsze miasto Laosu
Swiatynia Haw Pha Bang w Luang Prabang
Świątynia Haw Pha Bang w kompleksie obok pałacu królewskiego

Luang Prabang – najpiękniejsze miasto Laosu

Share Button

Są takie miasta, do których przyjeżdżasz i wiesz, że jesteś we właściwym czasie, we właściwym miejscu. Luang Prabang jest jednym z nich. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, nie wiem, jak to dobrze opisać, ale tu się człowiek dobrze czuje, tu czas nie gna, on powoli płynie, a jak mu się znudzi, to się zatrzymuje, kładzie gdzieś z boku i odpoczywa. Bo tu nawet zegarkom się nie spieszy.

A czas w Luang Prabang zatrzymał się ponad 100 lat temu, jest tu taka dziwna mieszanka Azji i Europy. Tej starej, kolonialnej. Ona dla przybyłych z Europy osadników i zarządców kolonii miała być cząstką Starego Kontynentu przeniesioną kilka tysięcy kilometrów dalej, do nowych, często tymczasowych ojczyzn. A z Luang Prabang do Francji było daleko, bo Laos był francuską kolonią. Słynne Indochiny, to ten region. I ten postkolonialny klimat wciąż jest widoczny w starej części miasta, tu stoją piękne stare domy, pobielone, pomalowane odnowione, przystrojone. Przed domami są dobrze utrzymane trawniki, albo są w nich hostele, hotele i guesthousy lub po prostu restauracje. Bo ta część miasta jest w pełni turystyczna, może to jest też powód dla którego nigdzie i nikomu się nie spieszy? Bo dokąd ma się spieszyć turyście? On ma plan w miarę stały czyli pojechać lub popłynąć do jaskini Pak Ou, pojechać do wodospadów Kuang Si, pochodzić po mieście, zajść do restauracji, czy innej knajpki na obiad lub piwo Beerlao. Albo jak jest to bardziej ambitny turysta, to wypożyczy rower lub skuter i pojeździ po okolicy.

Luang Prabang w nocy
Nocne Luang Prabang to klimatycznie podświetlone stare domy, w których mieszczą się hotele, sklepiki z pamiątkami i knajpki

Poranny targ w Luang Prabang

Wstajemy rano, my czyli ja i moi niemieccy znajomi poznani trzy dni temu, kiedy zaczynaliśmy spływ Mekongiem. Na ten poranek zaplanowaliśmy obejrzenie pochodu mnichów, którzy każdego poranka wychodzą ze swych świątyń i idą prosić o ryż. Kiedyś to, co zebrali, było jedynym posiłkiem tego dnia, teraz klasztory posiłkują się już także zakupami w sklepach. Pochód mnichów, których sznur ciągnie się przez wiele metrów i każdy klasztor maszeruje gęsiego osobno, jest niesamowicie widowiskowy i fotogeniczny, ale nie ma co się dziwić, piękne pomarańczowe szaty mnichów odcinają się od zieleni drzew i czerni asfaltu. To pięknie wygląda, ale też przez zachowanie turystów ma swoje ciemne strony. O czym jeszcze napiszę, bo jest to warte osobnego artykułu. Tu wystarczy powiedzieć, że to jedna z tych chwil i tych widoków, których się nie zapomina.

Ceremonia ofiarowania darów w Luang Prabang
Poranna ceremonia podczas której mnisi idą przez całe miasto zbierając ryż

A potem poszliśmy na poranny targ. I to jest miejsce, w którym turyści są gośćmi, ale zarazem pełnoprawnymi uczestnikami, nie są w stanie tu nic popsuć, czy czegokolwiek zmienić. Wchodzimy w wąską alejkę w której po prawej i lewej kobiety oferują różne produkty. Kupimy tu owoce, warzywa (część nawet nie jestem w stanie nazwać), grzyby ale także rzeczy zakazane. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo jedna z pań oferowała coś, co ukryte było pod gazetą. Podszedł do niej mężczyzna, który najwidoczniej zainteresowany był zakupem, ale nawet jako kupujący nie mógł zdjąć całości gazety, bo pani momentalnie zasłoniła widok. Po chwili obserwacji okazało się, że do sprzedaży oferowane były (najprawdopodobniej) pieczone nietoperze. Tak to przynajmniej wyglądało. Poszedłem jednak dalej, przyglądając się uważnie, co jest rozłożone na ziemi. A kupić można np. ślimaki, z których tutaj robi się jakąś zupę czy raczej bulion, a dalej było coś, co uważam za najobrzydliwszą rzecz spożywczą, którą widziałem w życiu.

Poranny targ w Luang Prabang - Laos
Poranny targ w Luang Prabang – tu można kupić tylko świeże produkty. Ślimaki, owoce, warzywa, mięso, jadalne kwiaty.

Oto mniej więcej w środku alejki, stała pani, która warzyła w kociołku jakąś miksturę. Zdjęła pokrywę i zaczęło się… Nie będzie tu żadnej dyplomacji w opisie… (wrażliwych uprasza się o przejście do kolejnego akapitu). Pani wyjęła plastikowe woreczki, w jakich w Azji nosi się zupy i zaczęła przelewać do nich ciecz. Ciecz która miała zapach odchodów, zapach, który przypomniał mi, co jadłem tydzień temu i że to jedzenie ma właśnie ochotę wydostać się na zewnątrz. Pani raz za razem nabierała ciemną ciecz i wlewała do kolejnych woreczków, w pewnym momencie nabrała jakiś owalny przedmiot, który ześliznął się z chochli i z pluskiem wpadł do środka. Domyślcie się, co oczyma wyobraźni stwierdziłem, że wpadło do kociołka. Poddałem tyły i uciekłem co szybciej z miejsca smrodu. Od tego co powąchałem, wolę może niezbyt dla mnie przyjemny ale jednak znośny zapach świeżych warzyw. Zresztą później były już tylko stragany z mięsem, które sprzedawane jest tak, że nasz Sanepid dawno zamknąłby te przybytki, a tu ludzie jak na złość nie umierają od tego 😉

Później zaś wypadało pójść na śniadanie, a nie ma lepszego miejsca dla turysty niż miejsce zrobione pod turystów i ich gusta. Taki miks Laosu i oczekiwań odwiedzających. Oto na jednym ze skrzyżowań stoi skupisko budek z długimi ławami, które dedykowane jest tylko turystom. Tu można kupić kanapkę z czym się tylko chce, owocowego szejka oraz pyszną kawę po laotańsku. A wszystko w cenach do 2 dolarów za sztukę. Od śniadania lepsza jest tylko kolacja lub obiad z lokalnego straganu, kiedy możemy zamówić świeżą rybę z grilla – zapakowaną między dwa patyki i powoli opiekaną. Niebo w gębie!

Stragan z jedzeniem w Laosie
Ryba między dwa patyki, a następnie na grilla. Prostota dania, a smak jak niebo w gębie

Zwiedzając Luang Prabang

I kiedy już się posilimy, można zacząć zwiedzać i chodzić po mieście. Nie zagubimy się w nim, bo stara część Luang Prabang to mała okolica, ale jak już wspomniałem niezwykle malownicza. Polecam przejść się ulicą nad Mekongiem i oglądać piękne fronty domów. A żeby nie było jednostajnie, warto czasami skręcić w jedną z prostopadłych uliczek i pochodzić po mniejszych alejkach. Tu świat zatrzymał się sto lat temu, domy mają ten mieszany kolonialno-azjatycki charakter, a rosnące przy nich palmy i kolorowe krzewy, tylko dodają klimatu. I gdyby zakazać ruchu samochodów i motorowerów, okolica nie różniłaby się od tej sprzed 100 lat. Pięknie tu. Żałuję tylko, że nie udało mi się załapać na żadną łódkę do jaskini Pak Ou. Niestety nic zorganizowanego w tym czasie nie odpływało, a prywatna łódka dla jednej osoby to zdecydowanie zbyt wysoki koszt.

Stare domy w Luang Prabang Laos
Ulica nad rzeką w Luang Prabang – tu zachowała się stara architektura i panuje klimat jak przed 100 laty. Azja zmieszana z Europą

Dlatego zamiast tego wybrałem się w kierunku dominującego nad Luang Prabang wzgórza Phu Si. I tu pierwsze rozczarowanie czy może raczej dysonans, bo z jednej strony powoli wchodzę na wzgórze, a z drugiej gdzieś z dołu atakuje mnie dźwięk baru karaoke. I nie, nie jest to to, co znamy z naszych barów czy dyskotek. Niestety to co oni nazywają muzyką jako tako brzmi jeszcze w profesjonalnym wykonaniu, o tyle w wersji ludowej czyli zwykłych ludzi z ulicy ichnie piosenki są już nie do słuchania i przypomina to po prostu zwykłe fałszujące zawodzenie. I to zawodzenie wzmocnione przez potężne głośniki. Jednym słowem makabra. Z jednej strony piękne, ocienione wzgórze, klasztor i cały ten mistycyzm, a z drugiej profanum walące po głowie muzyką. Na szczęście w pewnym momencie wycie zamilkło i mogłem znów w spokoju chłonąć miejsce. I pal sześć, że to co zwie się odbiciem stopy Buddy, to jakaś plama odciśnięta w ciemnym pomieszczeniu, ale wszystko wynagradza widok z góry na płynący u stóp miasta Mekong i porośnięte roślinnością góry, które tak kojarzą się z Laosem. Pięknie tu!

Panorama w Luang Prabang
Widok ze wzgórza Phu Si w Luang Prabang

I nie zapomnijmy jeszcze przy schodzeniu zajrzeć do szkoły dla mnichów, która położona jest przy klasztorze u stóp wzgórza. Tu w salkach przeznaczonych dla może 20 czy 25 uczniów, naukę pobiera pewnie około 50 młodych mnichów, których pomarańczowy kolor szat zalewa klasę. Co ciekawe, to młodzi mnisi nie za wiele sobie robią z turystów, którzy z rzadka się tu pojawiają. Jak widać przywykli już do tego, że to co dla nich normalne, dla przybyszów z Zachodu, jest dziwem nad dziwy. Bo jak zrozumieć, że ktoś chce się uczyć w takich warunkach? Co prawda z tego co wiem w Polsce po II wojnie światowej też nie było różowo i klasy liczące po pięćdziesięciu uczniów były na porządku dziennym. Bo lepiej zdobywać wiedzę jakkolwiek niż w ogóle. A starzy mnisi wiedzą, że wiedza to klucz do władzy i awansu społecznego. Dlatego tak wielką wagę przykładają do edukacji młodych mnichów.

Szkoła dla mnichów w Luang Prabang
Szkoła w której młodzi mnisi pobierają naukę. Daleko jej do standardów europejskich, ale klasy są zapełnione.

Punktem obowiązkowym na szlaku zwiedzania Luang Prabang jest niewątpliwie Pałac Królewski. Kiedy wchodzę przez bramę nie wiem, czy pałac to zdobiona budowla po prawo, czy dość niepozorny budynek na wprost. Okazuje się jednak, że to po prawo to Haw Pha Bang, a mniej okazała budowla to królewski pałac. Tu zaskoczenie, bo do środka nie można wnosić żadnych plecaków, toreb, aparatów fotograficznych czy kamer. Trudno, nie będzie zdjęć. No i nie można wejść w butach, ale inaczej niż w Polsce nie otrzymamy tu kapci na zmianę, tylko jak w świątyniach będziemy chodzili na bosaka. Cudów w środku nie ma, ale jak to u królów, trochę bogactwa się skumulowało i część wystawionych przedmiotów robi wrażenie. Chociaż w pamięci zostają raczej inne części wystawy, te bardziej polityczne.

Ponieważ Laos jest Republiką Ludową, to przed ’89 utrzymywał całkiem niezłe stosunki z innymi państwami demokracji ludowej dlatego są tu podarunki od innych tego typu krajów dla Laosu. I tak obejrzeć możemy różne prezenty od Chin czy Wietnamu, ale również od bardziej odległych jak np. Polska. Nie wykosztowaliśmy się jakoś znacznie i podarowaliśmy Laotańczykom kopię koronacyjnego miecza królów Polski czyli Szczerbca. I wszystko byłoby całkiem ok, gdyby nie fakt, że jest to miniaturka i wygląda jak nożyk do papieru. Na pocieszenie powiem Wam, że ZSRR też się jakoś nie wykosztował a nasz podarunek stoi na tej samej półce. Wrażenie jednak robi to co dały Laosowi USA. Oto jest to kawałek skały przywiezionej z Księżyca oraz flaga, która podobno też tam była. Jakby ktoś chciał je ukraść, to można będzie bronić jej „Szczerbcem” 😉

Pałac królewski w Luang Prabang w Laosie
Pałac królewski w Luang Prabang

Świątynie Luang Prabang

Ale o klimacie Luang Prabang przesądzają głównie liczne świątynie (jest ich tu kilkadziesiąt) i klasztory. Najbardziej znanym i najpiękniejszym jest Wat Xieng Thong, miałem to szczęście, że nasz hotelik położony był dosłownie vis-a-vis świątyni, w małej uliczce tuż nad Mekongiem. Wejście jest płatne, ale niech Was to nie zniechęca, bo wejść absolutnie warto. Trzeba przejść się między poszczególnymi budynkami i obejrzeć ich bogate zdobienia. Jak np. drzwi pokryte w całości fantazyjnymi ornamentami, trzeba wejść do środka i zobaczyć ołtarz Buddy i stojące przed nim ofiary.

Albo przejść się dookoła ścian i obejrzeć malowidła lub usiąść w kącie i obserwować co się dzieje. Jak np. dziewczynę, która przez około dziesięć minut pocierała gong stojący pod ścianą, a kiedy skończyła… zrobiła zdjęcie i wyszła. Żarliwa modlitwa a potem uwiecznienie dla rodziny. Sacrum i profanum, tradycja i nowoczesność. Przez takie chwile lubię siedzieć i obserwować, co robią lokalni wierni. Ale do Wat Xieng Thong można przyjść też później, można tu wejść nocą i obejrzeć dyskretnie podświetlone budynki, można wtedy mieć to miejsce niemalże tylko dla siebie, bo mnisi z klasztoru już dawno śpią, turyści o tej porze raczej siedzą w knajpach, a my… będziemy sam na sam z sacrum. Będziemy, o ile nie uniemożliwi nam tego jakiś ujadający zza krat klasztoru pies 😉

Wat Xieng Thong w Luang Prabang
Świątynia Wat Xieng Thong w Luang Prabang. Jedna z najpiękniejszych świątyń w Laosie

Ale ponieważ Luang Prabang klasztorami stoi, to na drodze naszych wędrówek niejednokrotnie spotkamy malownicze klasztory. Pewnego wieczora szedłem ulicą w kierunku centrum, mijałem pięknie i nastrojowo podświetlone budynki, pamiętające jeszcze Francuzów, wszędzie z domów zwieszały się gwiazdy mieniące się wszystkimi kolorami. Z knajpek dobiegał cichy gwar rozmów, z rzadka zagłuszany przez przejeżdżające skutery. I nagle do moich uszu dobiegły śpiewy. Podszedłem do pobliskiego klasztoru, z którego dobywał się ten dźwięk… to mnisi śpiewali mantry.

A w chórze można było wyodrębnić wiele tonów. Młodych mnichów, których to najwidoczniej bawiło i radosnym głosem wyskakiwali poza tonację, zaczynali lub kończyli ułamek sekundy wcześniej. Lecz były także głosy spokojne, znające swoją rolę i wiodące muzykę za sobą. Słychać było, że wtedy kiedy młodzież nie wie już co śpiewać, one podają tekst, nadają rytm i to one zadecydują, kiedy mantra się skończy. A mantra… mantra ciągnie się długo. Tylko upływający czas wcale nie przeszkadza, kiedy stoi się w drzwiach świątyni, z wewnątrz dobiegają głosy i sączy się delikatne światło świec. Tak jak było kilkaset lat temu i mam nadzieję będzie za kilkaset.

Front swiatyni w Luang Prabang Laos
Nawet oglądając świątynie z zewnątrz możemy spędzić godziny, bo tu każdy detal bogatego zdobienia wart jest długiej kontemplacji

Bo w Luang Prabang czas nie gna, on powoli płynie, a jak mu się znudzi, to się zatrzymuje, kładzie gdzieś z boku i odpoczywa. Bo tu nawet zegarkom się nie spieszy.

Jedziesz do Laosu? Zapoznaj się z informacjami praktycznymi o tym kraju.

Share Button

About Paweł Osmólski

Amator podróży do Azji, którego wspomnienia zostały gdzieś na szlaku w Nepalu na ławeczce pod chałupą jednego chłopa. Kiedyś będę tam musiał wrócić i zabrać je do domu :) Preferuję samotne wyjazdy, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. W czasie wolnym od pracy i podróży zapalony degustator piwa.

3 komentarze

  1. Dla mnie Luang Prabang jest wyjątkowym miastem, które każdemu polecam. Głównym powodem jest nastrój, ale również szereg atrakcji w mieści i bliskiej okolicy.

  2. Hmm – nie ma to jak zrobić mnichom zdjęcie z półtora metra i jednocześnie psioczyć na to, że „przez turystów ma to swoje ciemne strony”. To jest właśnie ta strona – przyszedłeś i wycykałeś im fotki, jak tysiące turystów przed Tobą i po Tobie. Czy naprawdę trzeba tak to robić?

    „I nie zapomnijmy jeszcze przy schodzeniu zajrzeć do szkoły dla mnichów” – a ja bym powiedział, że zapomnijmy, i nie wtrącajmy się do każdej dziury, tylko dlatego, że jesteśmy turystami.

    I jak ci Laotańczycy tak mogą w ogóle gnieść się w małych salkach -„Bo jak zrozumieć, że ktoś chce się uczyć w takich warunkach?” – SERIO?!?

    • A zatem „drogi” Hubercie jedziemy z Twoimi uwagami 🙂 Po kolei:
      „Hmm – nie ma to jak zrobić mnichom zdjęcie z półtora metra.”
      Moim problemem jest to, że nigdy nie robię fotek z półtora metra. I dlatego nie posiadam dobrych fotek. Ale jak chcesz, to mogę Ci pokazać kilka zdjęć turystów robiących fotki z pół metra.
      Podpowiem Ci, bo jesteś mało biegły w technice, jak widać: słyszałeś kiedyś o zoomie?

      „I nie zapomnijmy jeszcze przy schodzeniu zajrzeć do szkoły dla mnichów”
      Zaskoczysz się pewnie, bo widać, że w Azji nie bywałeś i nic o niej nie wiesz, ale zapraszanie turystów do sal lekcyjnych po to, by młodzi mnisi lub po prostu uczniowie mogli posłuchać angielskiego, pouczyć się, ale też zapytać o to, „jak jest na świecie”, jest na porządku dziennym.
      Pojedź, przekonaj się, wróć, pogadamy. Zdobędziesz deczko obycia w świecie, podszkolisz się, będziesz godnym interlokutorem.

      „I jak ci Laotańczycy tak mogą w ogóle gnieść się w małych salkach -„Bo jak zrozumieć, że ktoś chce się uczyć w takich warunkach?” – SERIO?!?”
      A doczytałeś dalej? Bo coś mi się wydaje, że nie. I to jest Twój problem. Czytasz, ale nie rozumiesz, piszesz, ale nie wiesz o czym.
      Wróć, jak już się dokształcisz i poznasz coś więcej niż przedmieścia swojego miasta.
      SERIO!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *