Home » Azja » Malakka – perła Malezji. Dawne centrum łączące Azję i Europę
Centralny plac w Malakce Malezja
Plac Czerwony zwany też Placem Holenderskim to główny turystyczny plac Malakki

Malakka – perła Malezji. Dawne centrum łączące Azję i Europę

Share Button

Malakka to jedno z tych miejsc, w których zaraz po wyjeździe z dworca uznałem, że jestem u siebie, że czuję się jak ryba w wodzie i jest mi po prostu dobrze. Niewiele jest miejsc, w których tak się czułem, ale Malakka jest jednym z nich. Pewnie wiecie o co mi chodzi, bo tego nie da się opisać. To się czuje. Po prostu.

Zamieszkałem w China Town, ale w zasadzie cała Malakka to taki chiński rejon, bo przez setki lat, dziesiątki tysięcy Chińczyków przyjechały tu szukać szczęścia z dala od swej ojczyzny. A że Chińczycy to tacy Żydzi Azji, to i z powodzeniem zajęli się handlem. I ten chiński klimat zobaczyłem od razu po wyjściu z hotelu. Stragany, zdobienia, napisy. Była sobota, a obsługa hotelu poinformowała mnie, że dziś na Jonker Street czyli na głównej ulicy Malakki odbywa się targ.

Cotygodniowy targ w Malakce, czyli azjatyckie mydło i powidło

Powoli zapadał już zmrok, zatem podreptałem niespiesznie w kierunku centrum miasta. Jak się łatwo domyślić, portowe miasto, miasto które wyrosło na handlu żyje blisko wody. Dokładnie tak jest w Malakce. Przyznam, że ten długi targ na Jonker Street jakoś nie zrobił na mnie wrażenia. Po części dlatego, że ja po prostu nie lubię zakupów i targów, a po części też z powodu tego, że targi na całym świecie wyglądają dla mnie podobnie. Jeśli z czymś miałbym mieć skojarzenia, to z takim wiejskim odpustem, gdzie na straganach jest mydło i powidło. Tyle, że polskie odpusty zapewniają atrakcję strzelania z korkowca, a tu było po prostu nudno.

Malakka nocą
Malakka nocą przyciąga rzesze turystów nie tylko podczas weekendowego targu. Liczne knajpki i restauracje są tłumnie oblegane przez odwiedzających. Chociaż ceny piwa do najniższych tu nie należą

Bo też na stoiskach królowała chińszczyzna – i te produkty łączą chyba większość targowisk w świecie. W końcówce listopada zaczął się już sezon przedświąteczny, dlatego znalazło się kilka stoisk ze świątecznym oświetleniem i ozdobami, oprócz tego jakieś turystyczne pamiątki a uzupełnieniem było wszystko, co możecie sobie wyobrazić. Artykuły metalowe, telefony komórkowe i akcesoria, ubrania oraz wiele, wiele innych. Brakowało mi tylko wspomnianych strzałów z korkowców i kapiszonów, jak to ma miejsce w Polsce.

Jednak to, co na pewno przypada do gustu znacznej części ludzi, to jedzenie. Obstawiam, że tutejsze garkuchnie to raj dla podniebienia. Obstawiam, bo akurat ja jedzenie traktuję czysto utylitarnie i ma ono dla mnie znaczenie marginalne. Co jest jednak tematem na inną opowieść 🙂 W każdym razie po początkowych straganach kuszących słodkim zapachem ciastek i innych łakoci, w dalszej części Jonker Street znajduje się prawdziwe królestwo jedzenia.

Oto przed głodnymi rozpościera się raj wyboru pomiędzy owocami morza, które jeszcze kilka godzin wcześniej przebierały odnóżami po dnie morza lub swobodnie pływały po bezkresie wód… Ostrygi, ryby, krewetki i rzeczy, których nawet nie umiem nazwać. Podawane na surowo, z grilla, z głębokiego tłuszczu lub polewane z gara. Przy części knajpek królowali Chińczycy, przy innych prawie sami Europejczycy, a inne to tygiel narodów. Dla każdego coś smacznego. Nawet dla mnie znalazł się szejk i sok ze świeżo wyciskanych owoców wprost z jednego z licznych wózków oferujących tego typu napoje. Mogę nie jeść nawet cztery dni, ale bez picia długo nie pociągnę 🙂

I jest jeszcze jedna atrakcja niekoniecznie turystyczna podczas tego cotygodniowego targu. Gdzieś w połowie ulicy, na placyku ustawiono ogromną scenę, przed nią kilkanaście rzędów krzeseł, zainstalowano nagłośnienie i postawiono mikrofon. Oto prawdziwie azjatyckie karaoke! Ktokolwiek był w Azji ten wie, jak wielki to ból dla uszu. To karaoke rani w dwójnasób, bo niestety nie jest za bardzo kontrolowane, to nie talent show i nie ma przesłuchań przed wejściem na scenę. Kończy się zatem tak jak na każdym publicznym śpiewaniu, śpiewają dokładnie ci, którzy śpiewać nie powinni. A jeśli jeszcze dodacie do tego azjatycki repertuar to… dobra, to można albo kochać, albo nienawidzić. Mnie bliżej do tego drugiego odczucia 😀  Ale nie ma się czemu dziwić, bo na scenie zjawiali się przede wszystkim przedstawiciele sekty emeryckiej, która wcześniej miała żywe spotkanie ze stadem słoni, ochoczo przebiegających im po uszach.

Nocny rejs po Malakce

Rzeka Malakka nocą
Nocne rejsy barkami po rzece Malakka to jedna z głównych atrakcji turystycznych miasta

Ale prawdziwą żywą turystyczną osią Malakki jest rzeka – skądinąd też Malakka. To wzdłuż niej są usytuowane liczne knajpki i restauracje, to tu się najprzyjemniej spaceruje, tu co i rusz mijają mnie wypełnione do ostatniego miejsca łódki. Łódki w których płyną głównie Malezyjczycy, śpiewają piosenki, śmieją się, machają, żyją. Beztroski klimat, klimat który widać szczególnie nocą. Ale też o dziwo nie jest łatwo dostać się na taką łódeczkę, bo chociaż są one spore, to kolejka potrafi mieć ponad sto metrów i to pomimo ceny która jak na Azję nie jest wcale niska. W zależności od tego, czy to weekend, czy dzień powszedni, cena potrafi sięgnąć nawet 25 zł za osobę. Od Was zależy, czy macie chęć na przepływanie pod mostkami, na obserwowanie spacerujących turystów, podświetlonych domów i… pośpiewanie ze współpasażerami 🙂 O ile rzecz jasna znacie język 😉

Oglądanie Malakki z bajkowej rowerowej rikszy

Jednak chyba największą osobliwością i zarazem atrakcją Malakki są riksze rowerowe. Powiedzielibyście, co tam riksza. Rower, kosz, pedały i pedałujący. W wielkim będziecie błędzie, bo w Malakce riksze ewoluowały i przybrały rozmiar porównywalny tylko z tancerką z sambodromu w Rio de Janeiro. Wydawało mi się, że kiedy w Pyin Oo Lwin w Birmie z dworca do hoteliku jechałem czymś co przypominało karetę, widziałem coś oryginalnego. Myliłem się, bo w Malakce pojechać można prawdziwym dziełem sztuki. Sztuki bardziej dziecięcej, ale jednak sztuki. Każda riksza jest przystrojona w oryginalny sposób i każda z nich nawiązuje do innych bohaterów dziecięcej i dorosłej wyobraźni. Można jechać rikszą w stylu królewny śnieżki, można zabrać się Shrekiem, można minionkiem, kotem i sam Bóg lub Allah wie, czym jeszcze, twarz się śmieje na sam widok tych cudactw 🙂

Riksze rowerowe w Malakce Malezja
Kolorowe, rozświetlone setkami światełek riksze rowerowe obwożą turystów po najciekawszych miejscach Malakki

Jednak prawdziwe wrażenie riksze robią w nocy, zaskoczycie się, ale wszystkie riksze są podświetlone, są jak choinki na Boże Narodzenie, migają setkami lampek. Aaaa i czy pisałem, że każda z nich dodatkowo jest jeszcze wyposażona w głośniki? Że najpierw je słychać a dopiero potem widać? Możecie to nazwać kiczem i początkowo tak mi się wydawało, ale przecież to po prostu lokalny koloryt. Coś co wyróżnia miasto spośród wszystkich innych w regionie. Bo miasta to nie tylko piękna architektura lub jej brak, ale także robiona przez takie pojazdy atmosfera.  I jedyna wada to cena, w przeliczeniu 40 zł za godzinną przejażdżkę… Ale czy warto być obwiezionym czymś takim po głównych atrakcjach miasta? Moim zdaniem tak, szczególnie jeśli jesteście w dwie osoby, by podzielić koszt. Permanentny banan na twarzy gwarantowany, a przy okazji pośpiewacie sobie złote przeboje Abby czy innego artysty. Albo i nie pośpiewacie, bo Wasz rikszarz zapuści lokalne przeboje 😀

Stara Malakka czyli atrakcje miasta i co zostało z przeszłości

Fontanna na placu Holenderskim - Malakka
Fontanna przed ratuszem miejskim i kościołem. Przecież ta część Malakki jest jak mała Europa

Jest coś takiego w Malakce, że od razu poczułem się tu jak ryba w wodzie, na pewno ma to związek z tym, że miasto powstało i przez stulecia rozwijało się na potrzeby Europejczyków i handlu pomiędzy Europą a Azją. To widać od razu, bo czy mogłem się poczuć źle, kiedy po kilkuminutowym marszu wzdłuż rzeki z całkiem przyjemną, dyskretną nawiązującą do europejskiej zabudową, nagle wychodzę na kameralny plac z kościołem zwany Placem Czerwonym lub też Placem Holenderskim? A dodatkowo wszystkie okalające budynki są zbudowane w tym charakterystycznym kolonialnym stylu i pomalowano je na czerwony kolor. To tu znajduje się główny postój wspomnianych wcześniej riksz.

Muzeum w kształcie okrętu - Malakka
Oryginalne muzeum morskie w Malakce znajduje się w replice statku jakim kiedyś przypływali tu z Europy kupcy

Portowego klimatu dodaje miejscu widok masztów, które wyłaniają się nad budynkami. To oryginalne muzeum morskie nawiązujące do portowej historii miasta i jego złotych lat. Przez kilkaset lat tego typu statki z ładowaniami wypełnionymi przyprawami, bronią, ryżem i wszystkim, co dawało zysk, kursowały pomiędzy Europą, Chinami i Malakką dając miastu bogactwa i będąc przedmiotem zazdrości wielu konkurujących państw. I nie ma żadnego zaskoczenia, że tak lukratywne miejsce musiało być łakomym kąskiem dla światowych mocarstw. Nic dziwnego, że przechodziło z rąk do rąk i znajdziemy tu ślady dominacji kilku państw, a ziemia nasiąkła krwią tysięcy ludzi, obrońców, atakujących zamieniających się po jakimś czasie w obrońców i kolejnych napastników. A było o co walczyć…

Plac Czerwony – tak, jest również w Malezji!

Początkowo, po wyrżnięciu miejscowych osadników, przez ponad 130 lat rządzili tu Portugalczycy. Jednak ich umocnienia zostały przełamane i miasto dostało się w długoletnie władanie Holendrów. I to po nich zachowało się chyba najwięcej śladów, czołowym będzie na pewno centralny plac miasta czyli… Plac Holenderski zwany także Placem Czerwonym. To ostatnie to nie nawiązanie i konkurencja dla Moskwy, tutejsza nazwa pochodzi od intensywnego koloru otaczających budynków.

Plac czerwony czyli plac Holenderski
Plac Czerwony… wystarczy tu przyjść, by wiedzieć dlaczego to miejsce w Malakce dostało taką nazwę. Ale druga nazwa to Plac Holenderski. A ponieważ zbudowali go Europejczycy rzecz jasna góruje nad nim kościół. 

Najbardziej charakterystycznym jest na pewno Kościół Chrystusowy oraz zbudowana tuż obok wieża zegarowa. Klimatu dodaje położona na środku piękna fontanna w bardzo europejskim stylu. Ciekawostką jest też zbudowany w 1659 roku Stadhuys czyli dawana siedziba holenderskiego gubernatora. Jeśli spojrzycie na ten budynek od razu widać, że to europejski ratusz i co zaskakujące także obecnie jest to siedziba władz miasta. Jak widać te wszystkie budynki pełnią swoje funkcje do dziś, mimo upływu kilkuset lat.

Ruiny kościoła św. Pawła w Malakce
Ruiny kościoła św. Pawła w Malakce. Dziś w nawach i pod ścianami stoją stare płyty nagrobne, a zamiast pełnej skupienia ciszy, słychać wrzaski licznych wycieczek.

Dawne ślady nie kończą się w tym konkretnym miejscu, bo koniecznie trzeba pójść wyżej wzdłuż wzgórza. Oto na szczycie wzniesienia znajdują się ruiny kościoła św. Pawła. Mogłoby tu być bardzo klimatycznie i pewnie wczesnym porankiem tak właśnie jest. Niestety ja przyszedłem sporo później i w tym czasie władzę nad miejscem przejęły spore wycieczki młodzieży i dzieci, które ganiając się i wrzeszcząc pomiędzy niezadaszonymi już murami dawnej świątyni kompletnie wytrącały mnie z równowagi. Fajnie byłoby wrócić o poranku, kiedy słońce delikatnie oświetla kamienne mury i w spokoju mógłbym oglądać pięknie rzeźbione i grawerowane płyty nagrobne, które pozostały po dawnych kolonizatorach. Chodząc od jednej do drugiej widzę daty i imiona… urodzony w Europie, zmarły kilka tysięcy kilometrów od państwa pochodzenia. Ale dla wielu była to śmierć w domu, bo Malakka tym się dla nich stawała.

Płyta nagrobna w kościele w Malakce
Pięknie zdobione płyty nagrobne otaczają całe wnętrze kościoła św. Pawła w Malakce

Ruiny dawnej Malakki

Jeśli lubicie podziwiać widoki, to ze wzgórza rozciąga się jedna z najlepszych panoram na miasto, widać stąd dalekie, ogromne statki kołyszące się na falach, widać stare dachy, widać maszty muzeum morskiego i widać wieżowce nowej części miasta. Drugim punktem widokowym jest wieża z obrotową platformą (płatna). Sami wybierzcie, co wolicie, a może macie chęć na jedno i drugie?

Fort Famosa w Malakce
Fort Famosa – tyle zachowało się do dziś po panowaniu Portugalczyków nad Malakką

U podnóża wzgórza znajduje się kolejna pamiątka historii czyli pozostałości po jednej ze starych bram wiodących do miasta fortu Famosa. Kamienne mury, biała zaprawa i europejskie zdobienia, tyle zachowało się do naszych czasów ze starych obwarowań miasta. Fortyfikacje zbudowali Portugalczycy, którzy jako pierwsi z kolonizatorów zaczęli władać miastem, jednak okazały się one nie na tyle mocne, by oprzeć się atakowi Holendrów, którzy po 130 latach dominacji portugalskiej na ponad 200 lat przejęli władanie nad Malakką. Ale nic nie może wiecznie trwać i każde imperium kiedyś upada, dlatego Holendrzy skapitulowali przed Anglikami. To co zostało z fortu Famosa, to niemy świadek historii oblężeń, obrony, rzezi, przepływu ludzi i towarów. Bezwzględnej walki o wpływy i bogactwa. Te mury widziały wsiąkającą krew obrońców i napastników, oglądały niezliczone wozy pełne towarów, dziesiątki tysięcy imigrantów ciągnących tu w poszukiwaniu lepszego pojutrza i strawy na teraz. Dziś mury i brama są szturmowane przez niezliczone rzesze turystów, chcących sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie w tym miejscu.

Kompletnie bezkrwawo.

Meczet na wodze i nowa część Malakki

Meczet na wodzie w Malakce
Meczet na wodzie w Malakce

I jest jeszcze w Malakce miejsce szczególnie charakterystyczne, to meczet zbudowany tu kilkanaście lat temu na wodzie. Idealna biel ścian na tle niebiesko-turkusowej wody, to szczególny widok. Jest tym szczególniejszy, że podczas oglądania tej całkiem ciekawej architektury za plecami będziecie mieli miasto widmo. Wyobraźcie sobie całe ulice, zabudowane szczelnie pustymi kamienicami. Dziesiątki już zbudowanych i kolejne wciąż powstające. Wszystkie lub prawie wszystkie niezamieszkałe. Tak oto powstaje nowe miasto na wyspie, w miejscu, które wciąż jest sztucznie powiększane.

Powiększanie wyspy piaskiem w Malezji
Powiększanie wyspy piaskiem pompowanym z dna morza. Tak rozbudowuje się Malakka

Dlatego chcąc dostać się do meczetu zróbcie tak jak ja i zdecydujcie się na ten trzykilometrowy spacer. Najpierw opuścicie starą część miasta, przejdziecie do nowej, wysokiej zabudowy, a w tle będzie jeszcze wyższa, pełna masywnych wysokościowców. Potem będzie grobla, most… z niego zobaczycie wyrzucające w górę piasek i szlam pogłębiarki. Oto zagarniając morskie dno, demolując morski ekosystem powstają całe hektary przestrzeni, która zostanie zabudowana.

Coraz więcej osób ciągnących do Malakki w poszukiwaniu pracy, wymaga nowych domów. Zabudowa idzie w górę i w morze… Nowe miasto, jego idealnie zaprojektowany układ ujrzycie na zdjęciu przed wejściem do tego (jeszcze) opuszczonego miejsca. Póki co miniecie tu tylko tłumy robotników. Z Bangladeszu, Nepalu, Afganistanu, Pakistanu.. wszyscy śniadzi. Wszyscy szukający szansy na wyrwanie się z biedy swoich krajów. A pomiędzy nimi mignąłem ja z moim drogim aparatem fotograficznym, wartym pewnie kilka ich pensji. I mimo wszystko uśmiechaliśmy się do siebie. Jak to ludzie, jak człowiek do człowieka.

Share Button

About Paweł Osmólski

Amator podróży do Azji, którego wspomnienia zostały gdzieś na szlaku w Nepalu na ławeczce pod chałupą jednego chłopa. Kiedyś będę tam musiał wrócić i zabrać je do domu :) Preferuję samotne wyjazdy, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. W czasie wolnym od pracy i podróży zapalony degustator piwa.

One comment

  1. Jest to miejsce, które zamierzam odwiedzić – nie tylko ze względu na targ!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *