Home » Bałkany » Rovinj – chorwackie miasteczko z którym się nie polubiliśmy
Widok na wyspę ze starym miastem w Rovinj
Rovinj to podobno jedno z najładniejszych miast chorwackiej Istrii. Cóż, ja zdecydowanie wolę Pulę, ale to inna opowieść.

Rovinj – chorwackie miasteczko z którym się nie polubiliśmy

Share Button

Moje nastawienie do Rovinj zdradziłem już w tytule, ale co będę Was trzymał w niepewności. Ot z odwiedzanymi miejscami jest jak z ludźmi, którzy spotykają się gdzieś w trasie. Czasami wystarczy, że wymienisz kilka słów i wiesz, że zrozumiecie się bez słów. A są też tacy, z którymi chemii nie ma od pierwszej sylaby. Nikt nie wie dlaczego, ale po prostu tak jest. Moja znajomość z Rovinj sprowadza się do chłodnej obojętności.

W sumie to nawet dziwne, bo Rovinj był jednym z głównych powodów mojego pobytu w Chorwacji. To dla tego miasteczka jechałem autobusami ze Splitu przez Trogir i Szybenik aż tu do Istrii. Rzecz jasna zatrzymywałem się we wzmiankowanych miejscowościach, by przy okazji pozwiedzać, co się da. Los płata zresztą różne dziwne figle, bo chociaż to Rovinji był głównym celem, to zatrzymałem się w hostelu w Puli. I to ostatnie miasto miało być kompletnie nieklimatyczne, a ja w nie wsiąkłem jak woda w gąbkę, czułem się tam znakomicie i chętnie bym wrócił. A wspomniany główny cel? Mogę powiedzieć, że byłem, widziałem, wracać nie zamierzam. Ale to ja, Wy możecie mieć zupełnie inaczej albo wręcz odwrotnie i zakochać się w tym małym mieście z pnącym się ku górze starym miastem.

Zwiedzając Rovinj

Cel mej podróży był zaledwie około godzinę drogi od Puli. Wysiadłem na dworcu autobusowym i powoli poszedłem w stronę górującego nad miastem kościoła św. Eufemii. Wierzcie mi, że nie macie szans go przegapić. Góruje nad starymi domkami, wypełniającymi kiedyś wyspę, która od XVIII wieku przestała mieć status wyspy a stała się cyplem. Część morza po protu zasypano – tak było wygodniej, tak uzyskano nowe tereny pod zabudowę. Z perspektywy portu widok jest sielski. Przede mną zacumowane do nabrzeża jachty i łódki, dalej pnące się w górę wzgórza kolorowe domki, a nad wszystkim gmach świątyni. By lepiej się kontemplowało krajobraz, zająłem miejsce w jednej z kawiarenek, które tuż obok, szczelnie, jedna przy drugiej wypełniają brzeg.

Port w Rovinj
Pijąc kawę lub piwo w jednej z knajpek, będziecie mieli taki lub podobny widok.

Kofeina zawsze dodaje mi energii, zatem po kilkunastu minutach żwawym krokiem poszedłem w kierunku niegdysiejszej wyspy, czyli czegoś co możemy śmiało nazywać starym miastem. Jeśli miałbym powiedzieć, że nie jest tu ładnie to skłamałbym. Tyle, że nie powinno to dziwić, bo Rovinj przez kilkaset lat był we władaniu imperium zbudowanego przez Wenecję, zatem utrzymany jest w stylu miast, które miałem już przyjemność odwiedzić. Tu podpowiem, że warto się przypatrywać, bo w kilku miejscach dostrzeżecie charakterystycznego weneckiego lwa umieszczonego na płaskorzeźbach.

Wenecki lew w Rovinj
Spacerując po mieście podnoście głowę, bo nad Wami może być właśnie kilkusetletni lew – niechybny symbol że miasto należało do Republiki Wenecji.

Ponieważ jednak nie mam jakiejś wielkiej przyjemności z kontemplacji lwów, fontann i nabrzeża, poszedłem do góry w kierunku wspomnianej już świątyni. Ładnie tu, wąskie uliczki między domami tworzą pewien nastrój, uzupełniają go liczne restauracje i kawiarnie. A wisienką na torcie są stragany lokalnych artystów, którzy swoje kramy rozstawiają w zaułkach, bramach a nawet wprost na schodach. Jeśli lubicie ludową sztukę, rękodzieło, wyroby z lawendy itp. na pewno nie przejdziecie obojętnie obok straganów. Ja przeszedłem.
I tym samym doszedłem go kościoła św. Eufemii. Na pewno wejdziecie do środka i rzecz jasna dobrze zrobicie, bo po pierwsze kościół ma bardzo ładny ołtarz ale też trzeba wiedzieć, że za nim znajduje się przywieziony tu z Bizancjum grób św. Eufemii. Jak już tam będziecie, to spójrzcie na ściany, bo zdobią je malowidła przedstawiające męczeńską śmierć świętej. Jako jedna z pierwszych chrześcijanek skończyła na arenie, wcześniej doświadczając tego, w czym ludzkość zawsze gustowała, mogąc się poznęcać nad kimś słabszym czyli tortur. Jak głosi legenda lwy nie chciały zeżreć ciała Eufemii, co wprawiło w osłupienie zgromadzoną na widowni gawiedź. Tyle legenda, bo dziś możemy tu obejrzeć wielki, kamienny grobowiec.

Grobowec sw Eufemii w Rovinj
Grobowiec św. Eufemii w kościele pod jej wezwaniem to jedna z atrakcji Rovinj.

Wieża kościoła św. Eufemii, czyli czy to się nie zawali?

O wiele większe wrażenia czekały mnie kilkanaście metrów dalej, bo jest w bazylice możliwość wejścia na wieżę i tu przyznaję oraz ostrzegam, jest to czynność tylko dla ludzi o silnych nerwach. „Rozrywki”i wrażeń dostarczają drewniane schody, które sądząc po ich stanie, nie wiem czy kiedykolwiek od nowości były remontowane. W momencie kiedy postawicie stopę na schodku, usłyszycie skrzypienie lub deska po prostu się pod Wami ugnie. Wtedy spojrzycie jeszcze raz pod nogi i stwierdzicie, że schodek ma rozmiar może połowy tego ile miał pierwotnie, kiedy go tu montowano. Reszta zmurszała, starła się… słowem znikła.

Schody na dzwonnice kościoła w Rovinj
Schody zdecydowanie nie do raju lecz prowadzące przez czyściec, bo iść po nich będziecie z duszą na ramieniu. Ale warto się wspinać, bo widok z dzwonnicy na Rovinj jest wart uwagi.

I tak szedłem krok za krokiem starając się trzymać ściany. Emocje rosły wraz z wysokością, bo i wyobraźnia zaczęła pracować, co by było, jakby konstrukcja postanowiła zakończyć żywot właśnie w tym momencie? Na szczęście obstawiam, że schody jednak są badane przez specjalistów i to tylko moja chora wyobraźnia, ale spójrzcie sami na zdjęcie. Czy to coś może wzbudzać zaufanie? Czy prawie 60 metrowa wspinaczka w górę po czymś takim może być pozbawiona emocji?
Na szczęście na górze czeka na nas nagroda: piękny widok na Rovinj – zarówno na wyspę jak i na nowszą część miasta oraz na Adriatyk, bo nie zapominajmy, że była to kiedyś wyspa i że jest to przybrzeżne miasteczko. Zawsze w takich momentach zazdroszczę tego typu miejscom, bo w Rovinj nie ma miejsca na dowolność, na pstrokaciznę i brak spójności architektonicznej. Dachy są czerwone od dachówek, domy zaś bieleją barwą kamienia, czasami przechodząc w szarość która pojawia się wraz ze starzeniem się bloków z których zbudowano domy.

Widok z dzwonnicy kosciola Rovinj
Widok z dzwonnicy kościoła na okalające Rovinj morze.

Niewątpliwie wejście na wieżę świątyni jest jednym z najjaśniejszych punktów pobytu w Rovinj. Kolejnym jest powolna wędrówka wąskimi i stromymi uliczkami oraz główną ulicą nie będącą częścią dawnej wyspy. Śmiało mogę powiedzieć, że to tutejszy deptak, którym zapewne wieczorem przechadzają się tak turyści, jak i lokalni mieszkańcy. I powiem Wam, że warto tu zaglądać w zaułki, bo możecie się w nich natknąć na ciekawe knajpki. Jedną z nich jest np. miejsce, gdzie serwują dobre piwo. W Chorwacji, kraju słynącym z wina i sikaczy a nie piwa, to nie lada atrakcja. Problem tylko w tym, że nie pamiętam już gdzie ta knajpka była. Będąc w Rovinj rzecz jasna doszedłbym tam na czuja, ale z opisem mam problem.

Uliczki Rovinj Chorwacja
Jedna z uliczek starego miasta w Rovinj – jak widać wąskie ulice pną się w górę, by finalnie doprowadzić do kościoła na wzgórzu

Ciekaw jestem, jak to jest w Rovinj, kiedy przyjeżdża się tu latem, bo podobno atmosfera nie jest tak senna jak w maju, kiedy ja odwiedziłem to miasto. Latem miejscowość tętni życiem, i ludzie starają się tu robić to, po co przyjeżdża się tu nad morze – opalają się. Pech chce, że w Rovinj nie ma piaszczystych plaż, zatem turyści opalają się tam, gdzie się da, leżąc na nabrzeżu, skałach i niezabudowanych skrawkach nabrzeża. I co ciekawe to krzyżują się tu szlaki zarówno kochających opalać się nago, jak też bardziej pruderyjnych odpoczywających. I nikt nie patrzy tu na siebie z ukosa. Pełna symbioza. Cóż, może to powód, bym kiedyś wrócił tu latem, by sprawdzić, czy to prawda.

Troszkę żałuję, że nie zostałem w Rovinj na noc, ale niestety albo i stety mieszkałem w polubionej przeze mnie Puli i czas było wracać. Żałuję, bo dawna wyspa musi wyglądać nocą ładnie, kiedy jest podświetlona światłem domów. A górujący nad dawną wyspą kościół, zapewne jeszcze bardziej dominuje nad okolicą, odcinając się od mroku. O tym mogę się przekonać, oglądając zdjęcia w Google, ale to nie to samo.

Share Button

About Paweł Osmólski

Amator podróży do Azji, którego wspomnienia zostały gdzieś na szlaku w Nepalu na ławeczce pod chałupą jednego chłopa. Kiedyś będę tam musiał wrócić i zabrać je do domu :) Preferuję samotne wyjazdy, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. W czasie wolnym od pracy i podróży zapalony degustator piwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *