0

Rafting powinien być punktem obowiązkowym dla każdego turysty, który odwiedza Nepal. Nawet nie wiecie, jaka to wspaniała atrakcja, fantastyczne emocje i niesamowicie ekscytująca przygoda!

Rwące rzeki spływające z Himalajów, aż się proszą, by wykorzystać je do raftingu. I nic dziwnego, że wiele agencji turystycznych, które są praktycznie na każdym rogu nepalskich miast, oferuje rafting jako jedną z atrakcji. Wybór jest potężny, bo z Katmandu lub Pokhary można wybrać się na spływ, który potrwa pół dnia, ale są też takie które potrafią trwać prawie dwa tygodnie! Wszystko zależy więc od tego, na jak długi rafting mamy czas i ochotę.

Ja wybrałem dwudniowy rafting po rzece Marshyangdi. Decyzję podjąłem jeszcze zanim przyjechałem do Nepalu, kiedy zacząłem przeglądać w internecie filmiki na Youtube. Nawet nie wiecie, jak bardzo z każdym obejrzanym filmem, rosła moja chęć wzięcia udziału w takiej przygodzie! Rwąca rzeka, z białymi grzywami wody, które powstają na wystających z nurtu rzeki kamieniach… A między tymi kamieniami lawiruje ponton, obsadzony przez 7 osobowa załogę. Wyglądało to ekscytująco! Rwąca rzeka, kamienie, zielone brzegi i w tej scenerii niebieski ponton z małymi ludzikami machającymi wiosłami, wyskakującymi w górę na progach wodnych. Dla mnie magia!

Rafting – początek

Ok, nie wszystko było takie kolorowe, bo początek przygody zaczynał się o 5:45 pod biurem podróży. To tu było miejsce zbiórki i miał po nas podjechać autobus. I faktycznie pojazd z kajakami na dachu i załogą wewnątrz przyjechał dość punktualnie. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy zdałem sobie sprawę, że na 6 uczestników spływu, przypada aż 8 członków obsługi. Ale bezpieczeństwo było ponad wszystko, zatem w obsłudze było np. trzech kajakarzy mających zapewnić nam asekurację z wody, jeśli ktoś z nas wypadłby za burtę do lodowatej wody.

Ponton i kajaki asekuracyjne jeszcze przed spuszczeniem ich na wodę.

Ponton i kajaki asekuracyjne jeszcze przed spuszczeniem ich na wodę.

Jadąc na miejsce startu raftingu, deczko się uśmiałem, bo okazało się, że trasa pokrywa się z początkiem trekkingu dookoła Annapurny. Zatem po raz drugi i dość nieplanowany znalazłem się w tym samym miejscu. Autobus wąską i krętą, górską dróżką piął się kolejne metry w górę. Wszystko po to, byśmy my mogli płynąć dłużej i mieć większą frajdę ze spływu rzeką. Docieramy na miejsce. Teraz pompowanie pontonu, znoszenie w kierunku rzeki kajaków, założenie ubrań mających zapewnić nam chociaż troszkę ciepła podczas spływu oraz rzecz jasna kapoków i kasków, a potem najważniejsze: szkolenie bezpieczeństwa. Komendy, postępowanie na wypadek wypadnięcia do wody – jak chwycić kajak, jak czekać aż ktoś wciągnie nas na pokład, sygnalizacja tego, że potrzebuje się pomocy itp. Zaskakujące szkolenie, które po raz kolejny upewniło mnie, że dobrze wybrałem. Nie lubię oszczędzać na bezpieczeństwie.

Znoszenie do rzeki pontonu na którym będziemy płynąć

Znoszenie do rzeki pontonu na którym będziemy płynąć.

Rafting w Nepalu

I wreszcie następuje to, po co tu jestem. Cała nasza czwórka wsiada do pontonu, dołącza do nas jeszcze dwóch lokalnych chłopaków, mających sprawić, że będziemy mieli pełną obsadę i w razie konieczności lepszą sterowność na rzece, bo będzie wiosłowało sześć osób, a nie 4. Już niedługo mieliśmy się na własnej skórze przekonać, że sterowność na górskiej rzece to podstawa bezpieczeństwa.

Rzeka Marshyangdi

Rzeka Marshyangdi w Nepalu. Jak widać kamienie i wartki prąd wody, tworzą idealne warunki do raftingu.

Padają komendy, zaczynamy wiosłować. Prawa, lewa, w przód, w tył, bywa że także wstecz. Komendy wciąż się zmieniają i nie ma miejsca na nudę i nieuwagę. Rzeka zaczyna nas porywać, ponton niesiony wartkim nurtem musi płynąć bezpiecznym szlakiem, zatem sternik ma pełne ręce roboty. Stara się wypośrodkować frajdę dla nas oraz zachować bezpieczeństwo. Co i rusz wpływamy na progi wodne z wystającymi skałami, przez które przemykamy z dużą prędkością. Czasami ponton wręcz wyskakuje z wody jak z katapulty, tylko po to, by wpaść w białą kotłującą się kipiel. To przed takimi miejscami sternik krzyczy, byśmy wszyscy padli na dno pontonu. Bezpieczeństwo ponad wszytko, woli nie ryzykować, że ktoś wypadnie za burtę i wpadnie na skały, łamiąc taką czy inną kończynę. Facet jest doświadczony, a my mu po prostu ufamy.

W międzyczasie zaczyna padać deszcz. Niby można by się było wkurzyć, bo przecież nic gorszego niż opady podczas urlopu, ale w przypadku raftingu to troszkę bez różnicy, bo przecież i tak jesteśmy już mokrzy od stóp do głów. Ok, może słońce by nas delikatnie ogrzewało, ale nie szukajmy dziury w całym. Emocje są tak duże a adrenalina na takim poziomie, że nikomu nie jest zimno. Znów kolejne progi wodne, kolejne skały na które wpadamy, od których się odbijamy, które nas obracają, setki litrów wody, które nas ochlapują z góry i z dołu. To jest dokładnie to, czego szukałem. Rafting jest dokładnie taki, jak na filmikach wideo, które oglądałem na Youtube.

Kajakarze na rzece Marshyangdi. Bo nie tylko na pontonach spływa się po rzece.

Kajakarze na rzece Marshyangdi. Bo nie tylko na pontonach spływa się po rzece.

W międzyczasie okazuje się, że dwóch kajakarzy, którzy wykupili nie jak my spływ pontonem, lecz spływ kajakiem mają taką samą frajdę jak my. Do czasu… w pewnym momencie na progu wodnym, jeden kajak przewraca się na skale, a kajakarz ledwo odwraca się na powierzchnię i widać, że coś się stało. Drugi doprowadza go do brzegu i krzyżuje nad sobą ręce. Znak, że ktoś wymaga pomocy medycznej, jest ranny. W tym momencie zdajemy sobie sprawę, że podczas raftingu na wodzie naprawdę nie ma żartów. I jednocześnie możemy oceniać profesjonalizm załogi.

Skrzyżowane ramiona nad głową momentalnie wyzwalają świdrujący gwizdek naszego sternika, który jest tu szefem. Kajakarze płyną do poszkodowanego, my pontonem walczymy z przeciwnym nurtem i co sił wiosłujemy w górę rzeki, by podpłynąć do rannego. Potem w ruch idzie apteczka z pierwszą pomocą, by umieścić na temblaku wybitą ze stawu rękę. Następnie telefon, ściągnięcie autobusu jak najbliżej rzeki, jeden kajakarz zostaje i idzie wraz z poszkodowanym w kierunku drogi. Pojadą do nieodległego szpitala.

My wsiadamy do pontonu i kontynuujemy mokrą przygodę. Na dziś mamy zaplanowane dwie i pół godziny spływu, a płynęliśmy dotąd zaledwie godzinę. Ręce same rwą się do wiosłowania, bo to najlepszy sposób, by się ogrzać. Znów grzywy wody, znów fale wlewające się do pontonu i moczące nas od stóp do głów. Kurcze, bawimy się jak dzieci, a najstarsi z nas mają tak bardziej pod 60 lat. Aha i nawet przestaje padać. Czas na spływ mija nawet nie wiemy kiedy, twarze się śmieją, a mięśnie okazują oznaki zmęczenia.

A potem jedziemy na tymczasowy kemping, który zaplanowano na boisku lokalnej szkoły. Rozstawiamy namioty, chłopaki zaczynają gotować kolację a w międzyczasie robią cały garnek popcornu, byśmy mieli się czym zająć, zanim oni nie zrobią tego, co jest w menu. I jakież jest nasze zaskoczenie, kiedy komunikują, że oto ognisko jest już gotowe i możemy się przy nim ogrzać i wysuszyć ubrania. Co ja Wam będę opowiadał… uwielbiam ogniska i rozmowy przy nim.

Obóz na noc podczas dwudniowego raftingu w Nepalu

Obóz na noc podczas dwudniowego raftingu w Nepalu

I kiedy nastał poranek, po śniadaniu znów przyszedł czas na kolejne dwie do trzech godzin raftingu – w zależności od prędkości spływu. Po pierwszym dniu o wiele lepiej rozumieliśmy się już ze sternikiem, także on o wiele lepiej poznał nasze reakcje, możliwości i oczekiwania. Zrodziło się zaufanie, na tyle, na ile to było możliwe w tak krótkim czasie.

Ale okazało się, że dzięki temu nasz prowadzący ponton zdał sobie sprawę z naszych potrzeb i możliwości. Oraz z wytrzymałości. I jakież było nasze zdziwienie, kiedy potrafił wprowadzić ponton na kamień tak, by go unieruchomić a jednocześnie zatopić całą załogę aż po ramiona! 🙂 Bo kiedy już wydawało się nam, że zaczyna się robić nudniej, on jakby na zawołanie wprowadzał nas na skały, albo wybierał taki szlak przez próg wodny, by nas obudzić i zmusić do wysiłku. To zdecydowanie nie miał być krajoznawczy rejs. Tu miało się coś dziać, tu biała i hucząca woda miała nas ochlapywać, miała się wlewać do pontonu, pobudzać i rozruszać. Za to zapłaciliśmy, tego oczekiwaliśmy.

I kiedy wydawało się, że nic nie może nas już zaskoczyć, wpłynęliśmy na kolejny próg z huczącą i przelewającą się po kamieniach wodą. Nagle ponton wyskoczył, w coś uderzył, przewrócił się do góry dnem, a my wszyscy wylądowaliśmy w wodzie. Do dziś nie mam pojęcia, czy nasz prowadzący zrobił to specjalnie, czy to był przypadek. W każdym razie moment, kiedy zamyka się nad człowiekiem woda i uderza się głową w dno pontonu, nie należy do przyjemności. Wtedy trzeba opanować panikę, przestać brać oddechy, bo wszak wodą się oddychać nie da i starać się wypłynąć na powierzchnię. W takim momencie można ocenić profesjonalizm i zapewniane bezpieczeństwo.

Nagle koło mnie pojawia się kajakarz, a ja mogę się przytrzymać specjalnych uchwytów. Potem podpływamy w okolicę pontonu i za szelki kapoka zostaję wciągnięty na pokład. I nie ma za bardzo czasu na zastanawianie się i analizy, bo wiosło już na mnie czeka, a my płyniemy w kierunku kolejnej kipieli. Cóż, więcej spektakularnych wywrotek nie było. Za to oglądaliśmy małpy na drzewie, słuchaliśmy śpiewów ptaków dryfując przez płycizny i wiosłowaliśmy. Dużo wiosłowaliśmy.

Rzeka Marshyangdi

Rzeka Marshyangdi a nad nią most na stalowych linach – to powszechny widok w Nepalu.

Może się wydawać, że to zwyczajny spływ, tylko po rwącej rzece, że nie ma czasu na oglądanie przyrody, ale tu też nic bardziej mylnego. Przecież nie cały czas pokonuje się progi wodne, różnice wysokości lustra wody o metr czy półtora. Są miejsca, gdzie płynie się bardzo wolno. Wtedy patrzy się na brzegi, na przyrodę, mijane wioski i… ghaty! Tak, to bardzo dziwne uczucie, kiedy wy płyniecie środkiem rzeki, a na jej brzegu właśnie dokonuje się ceremonia spalenia zwłok. Odświętnie ubrani ludzie, ciało leżące na stosie drewna, który niedługo zostanie podpalony a prochy wrzucone do wody. Do tej samej wody, którą wy właśnie płyniecie! Sacrum i profanum w jednym miejscu – rozrywka i tradycja, śmierć i życie…

Ech, jak smutno było wpłynąć na ostatni próg wodny, jak smutno dopływało się do brzegu wiedząc, że to ostatnie pociągnięcia wiosłem. Że to koniec przygody na raftingu w Nepalu.

I przepraszam Was, że nie mam zdjęć z samego spływu rzeką. Niestety nie za bardzo było gdzie wziąć aparat fotograficzny lub telefon. Nie było tu żadnych kieszeni, by można było schować sprzęt. Żadnego bezpiecznego miejsca, z którego by nie wypadł i… nie zamoczył się. Dlatego zdjęcia są tylko z miejsc, gdzie miałem dostęp do swojego plecaka czyli z początku, z końca i z nocnego biwaku.

To co Wam powiem: nie żałuję ani jednego dolara, którego wydałem na ten dwudniowy spływ. Każdy ze 159 dolarów uważam za słusznie i z radością wydany. Bo zabawa i przyjemności kosztują. A tym bardziej bezpieczeństwo.

Paweł Osmólski
Amator podróży do Azji i po Europie Wschodniej, a szczególnie po Bałkanach. Jakoś tak mam, że marzenia same mi się nie spełniają, zatem robię wszystko, by je spełnić. Preferuję wyjazdy w pojedynkę, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. Nie zawsze miłych, ale tylko tak można poznać prawdziwą twarz danego kraju. Wolę brudną prawdę niż lukrowane opowieści o jednorożcach. Dlatego moje opisy są czasami do bólu szczere ale zawsze prawdziwe. Dużo pracuję, w czasie wolnym piszę tego bloga i szukam najlepszego piwa na świecie :)

More in Nepal

You may also like

Comments

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.