Home » Azja » Radość na dachu autobusu, czyli ile potrzeba do szczęścia
Podróżując można jechać na dachu

Radość na dachu autobusu, czyli ile potrzeba do szczęścia

Share Button

To będzie opowieść o tym, jak to niewiele ludziom potrzeba do szczęścia… Siedzę sobie wygodnie na dachu autobusu, pęd powietrza mierzwi mi włosy, słońce grzeje mi to kark, to twarz. W uszach słyszę muzykę Beethovena… szczęście w podróży!

I naprawdę rzadko kiedy w życiu czułem się tak szczęśliwy. Właściwie to chyba nawet nigdy nie czułem się szczęśliwszy. Szczęście to kosztowało mnie 60 rupii czyli niecałego dolara – tyle kosztuje bilet na trasie Nayapool – Pokhara.
Oczywiście wracając z trekkingu Annapurna Base Camp mogłem wybrać taksówkę za około tysiąc rupii, pokonałbym tę trasę zapewne dwa czy trzy razy szybciej, kto wie, może nawet wygodniej. Ale czy dałoby mi to takie samo poczucie szczęścia? Czy wywołałoby dziki uśmiech na twarzy? Uśmiech od przysłowiowego ucha do ucha? Czy wszystko co droższe, daje wyższy komfort, daje od razu większe zadowolenie?

Podróż na dachu autobusu, to kwintesencja Azji. Wiatr we włosach, jak widać piwo w dłoni a niektórzy palili także jointa
Podróż na dachu autobusu, to kwintesencja Azji. Wiatr we włosach, jak widać piwo w dłoni a niektórzy palili także jointa

Ja wybrałem inny transport, dla mnie jeszcze wygodniejszy. Przeciąłem mostek, przeszedłem rzeczkę i kulejąc z uwagi na przeciążoną marszem nogę (tak, jak kretyn jakiś nie miałem kijków trekkingowych), wyszedłem na drogę prowadzącą w kierunku Pokhary. Od razu rzecz jasna podszedł do mnie taksówkarz, który nawet nie był namolny, kiedy odmówiłem. A odmówić było trzeba, bo przecież właśnie na poboczu stał zwykły, rejsowy, załadowany pod dach autobus. Popędziłem w jego kierunku i od razu zauważyłem, że kierowca rozkłada ręce i pokazuje, że w środku miejsc już nie ma. Ale w tym samym momencie pokazał też palcem w górę. Miejsca są wszak jeszcze na dachu!

Szybko podałem swój plecak, chwyciłem się drabinki z tyłu autobusu i wdrapałem na dach, gdzie było już kilku innych turystów, ale również autochtonów. Cudownie! Autobus rusza, ja wygodnie oparty o plecak, trzymam się niskich poręczy i obserwuję zmieniający się krajobraz. Po lewo ośnieżone szczyty, a poniżej równina gdzie gdzieś heeen w dali miga tafla jeziora Phewa. Po drodze migają przepaście z rwącymi potokami w dole. Co jakiś czas widzę przerwane betonowe i kamienne przydrożne barierki. To znak, że w tym miejscu ktoś nie miał szczęścia, że pojazd zapewne spadł w przepaść. A może jednak nie spadł, może się zatrzymał na skraju? Tego nie wiem.

Nasz autobus z pasażerami na dachu spokojnie zmierza w kierunku doliny. Moi współtowarzysze wyluzowali się jeszcze bardziej, każdy z nich chwycił w garść piwo, a z rąk do rąk przechodzi joint. Słodki zapach marihuany przyjemnie drażni nos, skłania do uśmiechu i wyluzowania. Wrażenia na zajętych paleniem współtowarzyszach nie robi nawet pomocnik kierowcy, który azjatyckim zwyczajem w czasie jazdy po prostu ze zwinnością cyrkowca wyszedł przez otwarte drzwi i wspiął się na dach. Bo bilety przecież trzeba sprzedać niezależnie od tego, czy się stoi, czy się jedzie.

A ja podczas jazdy mam czas na refleksje i wspomnienia niedawnego trekkingu. Myślę o tym co widziałem w ostatnich dniach, co rzuciło mnie na kolana, co wspominać będę z przysłowiową łezką w oku przez długie lata. I dochodzę do wniosku, że czymś, co na zawsze będę wspominać i co wywoływać będzie dreszczyk pięknych wspomnień na plecach i pod powiekami, nie będzie Annapurna Base Camp i okolice, które skryły się przede mną za zasłoną chmur. Najmilszym wspomnieniem będą “pagórki” na wysokości tysiąca czy tysiąca pięciuset metrów, kiedy idąc z plecakiem skrajem wzgórz, przecinałem coraz to kolejne wzniesienia. To wtedy mogłem patrzeć na wszechobecne tarasowe pola, ciągnące się od podstawy góry aż prawie po jej szczyt, pola ciągnące się aż po horyzont.

Rolnik orze pole w Nepalu
Pola orane wołem tak, jak to tradycyjnie robi się w Nepalu od wieków. Dość powszechny widok na trekkingu w Nepalu

I wspominać będę też chyba największe przeżycie z Himalajów. Nigdy wcześniej VI symfonia Beethovena nie brzmiała tak jak wtedy, kiedy słuchałem jej oparty plecami o rozpadającą się szopę. A cola którą wtedy kupiłem od chłopa w jakiejś krytej kamieniem chacie zagubionej pośród gór, miała nieziemski smak. Bo Nepal to piękny kraj, w którym nigdy nie wiesz, gdzie poczujesz się szczęśliwy.

Tarasowe pola w Nepalu - Himalaje
Idąc po Himalajach napotkamy domy zagubione gdzieś na zboczach tarasowych pól ryżowych. Tu czas zatrzymał się w miejscu
Share Button

About Paweł Osmólski

Amator podróży do Azji, którego wspomnienia zostały gdzieś na szlaku w Nepalu na ławeczce pod chałupą jednego chłopa. Kiedyś będę tam musiał wrócić i zabrać je do domu :) Preferuję samotne wyjazdy, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. W czasie wolnym od pracy i podróży zapalony degustator piwa.

One comment

  1. Wspaniały opis , opis kraju dla nas właściwie nieznanego, kraju gdzie chyba czas się zatrzymał.
    I ten ich sposób życia i patrzenia na życie.
    Oni są jakby prawdziwi a my ..my z plastiku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *