Home » Azja » Magiczne ogrody Pyin Oo Lwin w Birmie
Pyin Oo Lwin w Birmie - ogród botaniczny
Ogród jest ogromny i przejście go z krańca na kraniec to przynajmniej kilka godzin. Sądzę, że przynajmniej cztery.

Magiczne ogrody Pyin Oo Lwin w Birmie

Share Button

Centrum Pyin Oo Lwin jest tak zwyczajnie, po ludzku brzydkie. Ale brzydkie brzydotą kompletną i nijaką, taką że jak po wyjeździe z niego ktoś by mnie spytał: Opowiedz mi, jak wygląda Pyin Oo Lwin, to nie widziałbym, co odpowiedzieć. Beton, szarzyzna, bure ulice. Ale jest tu też stary, założony przez Brytyjczyków ogród botaniczny. I on jest zjawiskowo piękny, zostaje w pamięci na zawsze. A przynajmniej zostanie w mojej. Ale od początku… bo w niewielu miejscach jechałem karetą!

Przyjeżdżając do pełnego zaskoczeń Pyin Oo Lwin

Wysiadłem na niepozornej stacji kolejowej Pyin Oo Lwin w Birmie. Stacja jak stacja, stacyjka raczej. Przyjeżdża tu dosłownie kilka pociągów dziennie i rzecz jasna jak to na “dworcu” na turystów i lokalnych podróżnych na stacji czekają naganiacze do taksówek. Tak, dałem się złowić, ustaliłem cenę przejazdu i poszliśmy w kierunku taksówki. I tu zaskoczenie, okazało się, że pojazd, którym mam jechać, to po prostu kareta! Dobra, nie przesadzajmy, po prostu biały, kryty, zdobiony powóz zaprzężony w jednego konia. Widząc to, parsknąłem śmiechem. Jakoś nie tak sobie wyobrażałem taxi, ale czy można mi się dziwić? I chyba było po mnie widać to zaskoczenie, tak samo jak po panu woźnicy. Było widać niechęć, że nie wyraziłem zachwytu nad jego pojazdem. Tak, pan był bardzo dumny ze swego powozu i jakiekolwiek podśmiechujki po prostu go urażały.

Mężczyzna w longyi w Birmie
Ubrany w tradycyjne longyi właściciel “karocy” przewożącej przeważnie turystów w Pyin Oo Lwin

Wsiadłem zatem do tego niecodziennego pojazdu. Na jednym siedzeniu zasiadłem ja, w miejscu na przeciwko rozsiadł się mój plecak. Krótka to była jazda, podczas której miałem nieodparte wrażenie, że wszyscy się na mnie gapią, w tym dziwacznym pojeździe, ale… przecież to  jednak codzienny widok na ulicach miasta. Dość powiedzieć, że ten powóz był jedną z ładniejszych rzeczy, jakie w Pyin Oo Lwin występują. Bo na samo miasto lepiej spuścić wspomnianą zasłonę milczenia.

Centrum pyin oo lwin w Birmie
Cetrum Pyin Oo Lwin wygląda tak. Dziwna wieża i sklepy na zbiegających się tu ulicach

W centrum nie ma tu nic szczególnego, dlatego z wielką radością powitałem poranek następnego dnia, a o szczęście przyprawił mnie fakt, że nawet przestało lać! Tak, jak w Birmie pada deszcz, to nie jest to nasze polskie popadywanie, tu z nieba spada ściana deszczu. A dobra pogoda była na wagę złota, zamierzałem obejrzeć słynny ogród botaniczny, który założony w 1924 roku pozostał po dawnych kolonizatorach.

Czasami ma się więcej szczęścia niż rozumu. Miałem farta, bo w recepcji mego nędznego acz taniego hoteliku spotkałem kierowcę motocykla, który bardzo dobrze mówił po angielsku. Od słowa do słowa doszliśmy do porozumienia, że zawiezie mnie do Ogrodu Botanicznego i na mnie poczeka dwie godziny i odwiezie. Wszystko za około 10zł.

Tylko problemem okazała się moja głupota. Stwierdziłem, że zwiedzanie zajmie mi ni mniej, ni więcej tylko dwie godziny. Tak! Z głupoty zdałem sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy wszedłem do ogrodu. Tak, zacząłem od zbierania szczęki! Bo jeśli Pyin Oo Lwin jest brzydkie, to ogród w którym się znalazłem, jest jego przeciwieństwem. Widać to już po przekroczeniu bramy, bo nagle znikają tradycyjne birmańskie śmieci, a ich miejsce zajmuje idealnie uporządkowana przestrzeń. To jak przeniesienie się w inny wymiar. A trzeba powiedzieć, że twórcy parku idealnie wykorzystali właściwości lokalnego mikroklimatu. W przeciwieństwie do reszty Birmy, tu nie ma upałów, klimat staje się umiarkowany, a deszcz idealnie nawadnia lokalne plantacje trzciny oraz liczne ogrody, w których uprawia się warzywa, owoce oraz drzewka ozdobne. To zupełnie inne oblicze Birmy niż to, które znam z nizin.

Ogród Botaniczny w Pyin Oo Lwin

Nagle ścieżka, którą szedłem, doprowadziła mnie do większej otwartej przestrzeni. Kojarzycie to uczucie, kiedy coś Wam się podoba, ale okazuje się, że przed oczy dostajecie jeszcze piękniejszy widok? Tak się właśnie poczułem, kiedy stanąłem przed murkiem, który wyznaczał coś w stylu punktu widokowego. Przede mną było sztuczne jezioro, a za nim idealnie przystrzyżona, soczyście zielona trawa z kolorowym, kwietnym kobiercem. Całość zaś, idealnie komponowała się z tłem drzew. I mógłbym tak stać całkiem długo, tylko że zaczął padać deszcz, zaganiając mnie do jakiegoś sklepiku. I znów szczęście, bo deszcz okazał się przelotny i chociaż niebo wciąż było raczej ołowiane, to ja mogłem pójść dalej.

Ogród Botaniczny Pyin Oo Lwin w Birmie
Założony w 1924 roku ogród botaniczny w Pyin Oo Lwin w Birmie. Niegdyś tu przyjeżdżała wypoczywać i zarządzać Birmą podczas upałów administracja brytyjska.

A w ogrodzie jest dokąd pójść, bo są tu np. ścieżki tematyczne. Ja podreptałem w kierunku czegoś co nazwano bagnami. I oto idę drewnianym chodnikiem nisko ułożonym nad taflą wody. Po prawo i lewo wydaje się, że to przypadkowe moczary, ale nic bardziej mylnego. Tu jest wszystko zaplanowane, każda kępa roślinności, każda wysepka i zapewne drzewo też. I… i znów przyroda okazała się łaskawsza niż mogłem sądzić, bo załapałem się na koncert. Taki sam jak rok wcześniej w Laosie, kiedy byłem w jaskini Kong Lor. Tak samo jak tam, na szczycie drzew siedziały jakieś owady, które zaczęły swoją muzykę. Coś jak znane nam świerszcze tylko o wiele, o wiele głośniejsze i odzywające się nie z krzaków, lecz z góry. Wyobraźcie sobie, że idziecie lasem, który jest tylko Wasz, że nie ma tu żywej duszy i ta muzyka jest tylko Wasza. Taka naturalna filharmonia…

Ścieżka bagienna w Pyin Oo Lwin Birma
Ścieżka “bagienna” w ogrodzie botanicznym. To jedna z kilku tematycznych części ogrodu

I tylko szkoda, że czas płynie, że już wiem, iż nie wyrobię się w dwie godziny i mój kierowca będzie musiał na mnie poczekać dłużej. Bo jak tu nie zagłębić się w bambusowy zagajnik? Jak nie pogapić się na jakieś zwierzaki, które smutno leżą za siatką na wybiegu czegoś, co prawdopodobnie jest mini zoo. I tylko sosnowy zagajnik, jakoś nie przyciąga mej uwagi, bo przecież sosnowy las, to ja mam na co dzień w rodzinnej Żabiance poczta Trojanów. W Polsce.

Ponownie wychodzę na miejsce, gdzie warto spędzić kilkadziesiąt minut po prostu gapiąc się na ładny widok. To to samo, co widziałem z przeciwnego brzegu jeziorka. Teraz kolorowe, kwiatowe wzory są na wyciągnięcie ręki, teraz mogę spacerować po trawniku jak po dywanie i jakoś nikt nie chce na mnie krzyczeć. Ba! ławeczki, na których można usiąść są ustawione po prostu w trawie, nie da się do nich dotrzeć inaczej niż po trawie. Ten park widać, że jest dla ludzi. I tylko to mnie dziwi, że odwiedzających jest tak niewielu. Może to wina pogody, chciałbym w to wierzyć, bo tu się znakomicie odpoczywa po chaosie zwykłej ulicy. Taka mentalna odskocznia dzięki może i sztucznie zaprojektowanej, ale jednak pięknej przyrodzie.

Ogród botaniczny w Pyin Oo Lwin - Birma
Niewielu jest odwiedzających ogród botaniczny, ale też trzeba to sobie powiedzieć jasno: jest on tak ogromny, że dopiero wpuszczenie tu tłumów spowodowałoby, że odczuwałoby się tłok.

Czas płynie nieubłaganie, ja pluję sobie w brodę, że dałem sobie tak mało czasu, a przecież jeszcze muszę obejrzeć wydzielony ogród z orchideami, jeszcze przede mną storczyki. I przecież nie wyjdę stąd zanim nie obejrzę tego muzeum motyli, które jest jedną z większych atrakcji ogrodu botanicznego, z którego słynie przecież Pyin Oo Lwin. Gnam zatem szybkim krokiem, na tyle szybkim, by nie biec, ale jednocześnie łapać kadry, zapamiętać wrażenie. I co? Nagle przede mną ukazuje się napis “Orchid” czyli Orchidea ułożony z roślin. To znak że tuż, że to tu jest miejsce, gdzie obejrzę orchidee. Pewnie mogłoby tu być bardziej zjawiskowo, kiedy przyjechałbym tu w czasie kiedy więcej z nich by kwitło, ale i tak nie narzekam.

Orchidee w ogrodzie botanicznym Pyin Oo Lwin w Birmie
Kwiaty w orchdearium. Szkoda, że nie wszystkie kwitły, ale i tak wyglądały pięknie

Tuż obok orchidei jest utrzymany w europejskim stylu pawilon z motylarium. I niestety tu małe rozczarowanie. Niestety nie można robić zdjęć. Zadbali o to turyści przede mną, ta cała hołota, która nie umie lub nie chce wyłączyć lampy błyskowej w aparacie fotograficznym. Niestety kolory na delikatnych skrzydłach motyli są na tyle wrażliwe, że ostre światło powoduje, iż blakną i te piękne okazy, które tu widzimy, trzeba wymieniać na nowe. A po co uśmiercać niepotrzebnie kolejne motyle, skoro te tutaj mogą jeszcze całe lata cieszyć oczy oglądających? A wierzcie mi, że jest co oglądać.

Budynek motylarium w ogrodzie botanicznym
Budynek motylarium. W środku są naprawdę piękne okazy, szkoda tylko, że turyści to często bydło i nie umie dostosować się do zakazów. Przez to nie mogłem robić zdjęć cudownie kolorowych motyli.

Feerie barw, całe gromady jednokolorowych motyli sąsiadują z pojedynczymi sztukami, większymi od nawet złączonych dłoni. Motyle z Europy, z Afryki, Ameryki i rzecz jasna Azji – najwięcej zaś z Birmy. Baaardzo żałuję, że nie mogę wyjąć aparatu i zrobić fotografii. Ale cóż, niestety muszę ponieść konsekwencję za turystyczne bydło, które było przede mną. I wiem, że to nie moje przypuszczenia. Wisi kartka z wytłumaczeniem zakazu.

I niestety powoli muszę zmierzać do wyjścia, nie wyrobiłem się z obejrzeniem widoku z wieży, która stoi w środku parku i zapewnia piękną panoramę nie tylko ogrodu, ale również części Pyin Oo Lwin, bo do centrum jest stąd jednak około trzech kilometrów. Po drodze ponownie przecinam doskonale utrzymane trawniki, muszę iść dłuższą drogą, bo krótszą przez groble tarasują czarne łabędzie (tak przynajmniej obstawiam, bo ornitologiem nie jestem) i ponownie zatrzymuję się w okolicach wejścia. Bo czy można przejść obojętnie obok kwiecistych grządek zatopionych wśród zieleni? Znajoma widząc zdjęcia, skomentowała, że przypomina to japoński park. Pewnie ma rację, może to powód dla którego powinienem odwiedzić, jakiś japoński park, by porównać i samemu sprawdzić.

alejka w ogrodzie botanicznym
Jedna ze ścieżek w ogrodzie Pyin Oo Lwin. Wszystko tu jest idealnie utrzymane, a na kamieniach czy trawniku nie leży nawet najmniejszy papierek. To tak inne niż wszystkie inne miejsca w Birmie

Kolonialna zabudowa, czyli pozostałości po Wielkiej Brytanii

Mój kierowca mimo prawie godzinnego spóźnienia i tak na mnie czekał. W taki dzień jak ten, nie ma wielu klientów, a jak widać te moje 10 zł ma tu o wiele większą wartość niż bym sądził. Znów rozmawiamy, ja go przepraszam, zachwycam się, opowiadam z emfazą… a on się uśmiecha. Słyszał to już nie raz, wszyscy turyści tak reagują oglądając tę główną atrakcję Pyi Oo Lwin. Ale coś się pojawia w jego oczach, kiedy schodzimy na Anglików, którzy przecież zbudowali ten park. Widać, że ma jakiś plan i wciela go, kiedy wsiadamy na motocykl.

Jedziemy obejrzeć tradycyjne domy, które zostały po Brytyjczykach – rzuca przez ramię

Stary postkolonialny dom w Pyin Oo Lwin
Niewiele pozostało tradycyjnych i nienaruszonych budynków, które ponad sto lat temu zbudowali tu dla siebie Brytyjczycy. To jeden z nich – każdy element jest tu oryginaly

Faktycznie, Pyin Oo Lwin było letnią stolicą dawnych kolonistów. Miejscem do którego uciekali przed żarem i wilgotnością równin. Tu na wysokości klimat jest bardziej umiarkowany, tu da się żyć i oddychać. Dlatego zbudowali tu ogromne posiadłości. Powstały domy otoczone przez ogromne parki, budynki w takim tradycyjnym kolonialnym stylu, że jak tylko na nie spojrzycie, będziecie wiedzieli, dla kogo zostały zbudowane.

Mój kierowca jedzie ze mną do dwóch takich miejsc, które jak mówi nie zostały jeszcze w żaden sposób przerobione. Które mają wszystko oryginalne, nawet dachówkę, bo jak mówi jest tu więcej podobnych budynków, ale tylko te dwa przetrwały bez jakichkolwiek zmian i nowoczesnych ingerencji. Jeden z nich to dawny hotel tylko dla rządowych notabli, a drugi był siedzibą jakiejś ważnej persony. Są rzeczywiście piękne. Zresztą, sami spójrzcie na zdjęcia.

Dom kolonialny w Birmie po Brytyjczykach
Drugi z nienaruszonych kolonialnych domów, jakie zbudowali tu Brytyjczycy zarządzający Birmą

A potem znów wróciłem do centrum miasta, znów od nijakości zabolały mnie oczy a mój kierowca… zawiózł mnie do miejsca, skąd odjeżdżały dzielone taksówki do Mandalay, wynegocjował dla mnie cenę, ustalił, że kierowca zawiezie mnie na dworzec autobusowy i kupi ze mną bilet do Rangunu, by przypadkiem nikt mnie nie naciągnął. Fakt, za to że sam postanowił zawieźć mnie do ciekawych miejsc, opowiedział o nich i czekał trzy godziny, zapłaciłem mu dwa razy więcej. Tylko, że zapłaciłem mu przed tym jak zapytałem skąd odjeżdża coś do Mandalay. Zawiózł mnie, bo są jeszcze uczciwi i pomocni ludzie w świecie.

Nocleg w Pyin Oo Lwin

W mieście jest kilka hoteli o lepszym i niższym standardzie. Wszystko zależy, na czym Wam zależy. Ja wziąłem dość nisko standard, ale też wziąłem go z czystą premedytacją. Płaciłem za niego 8 dolarów – jeśli jednak podróżujecie w grupie, na pewno możecie wziąć pokój kilkuosobowy i wtedy koszta wyjdą podobne, a standard będzie o wiele wyższy.
Jeśli chcecie znaleźć dobry nocleg w odpowiadającej Wam cenie i mieć pewność, że będzie dokładnie tym, co Wam odpowiada, >>skorzystajcie z tej wyszukiwarki<<

Share Button

About Paweł Osmólski

Amator podróży do Azji, którego wspomnienia zostały gdzieś na szlaku w Nepalu na ławeczce pod chałupą jednego chłopa. Kiedyś będę tam musiał wrócić i zabrać je do domu :) Preferuję samotne wyjazdy, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. W czasie wolnym od pracy i podróży zapalony degustator piwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *