Trekking dookoła Annapurny był moim marzeniem od dziesięciu lat, kiedy w Nepalu byłem po raz pierwszy. Wtedy wybrałem inny szlak i miałem mniej czasu. Tym razem Annapurna circuit trek był moim głównym celem. Znów chciałem się sprawdzić w Himalajach i podziwiać piękne widoki.
Kiedy byłem w Nepalu 10 lat temu, był to mój pierwszy duży i samodzielny wyjazd. Ech, jaki ja wtedy miałem stres. Że coś się nie uda, że sobie nie poradzę, że wynikną jakieś nieprzewidziane okoliczności, że zasypie mnie lawina lub dotkną inne plagi. Wiecie, niepewność nowicjusza. Wtedy celem był trekking do Pierwszej Bazy Annapurny – Annapurna Base Camp, o wiele krótszy marsz niż ten, który zaplanowałem na ten pobyt w Nepalu. Wtedy potrzebowałem tygodnia na drogę w tę i z powrotem. Teraz trekking dookoła Annapurny miał mi zająć około dwóch tygodni. Zajął 9 dni plus dzień dojazdu autobusem z Jomson do Pokhary. Wrażenia z trekkingu są magiczne i niezapomniane i widoki na pewno na zawsze pozostaną we wspomnieniach. Ale tak to jest, jak się obcuje z pięknem absolutnym.
I tym razem nauczony doświadczeniem pojechałem o wiele lepiej przygotowany, odrobiłem lekcję z ostatniego pobytu. Na trekking dookoła Annapurny wziąłem o wiele mniejszy bagaż, ale dołączyłem do niego także kije trekkingowe, by odciążyć kolana – bez tego nie wyobrażam sobie teraz marszu po górach. I tak samo jak wtedy, tak i teraz niepotrzebne rzeczy zostawiłem w hotelu w Pokharze, wziąłem tylko to, co niezbędne.
Troszkę żałuję, że nie poszedłem tym razem na szlak do Tilcho Lake, ale miałem wybór albo jezioro, albo rafting. I to nęci i to kusi, ale wybór finalnie padł na mokrą przygodę 🙂 Zatem mam powód, by Nepal odwiedzić jeszcze raz. Kiedyś… Zapraszam na relację z trekkingu. Dzień po dniu, z mnóstwem wrażeń i szczerych przemyśleń. Aha i to co zdradzę Wam od razu, podczas trekkingu dookoła Annapurny najpiękniejsze widoki zazwyczaj będziecie mieli za plecami. Zapraszam na relację z wyjazdu!
Dzień pierwszy – w drodze do Tal (1700 m.n.p.m.)
To jeszcze nie jest właściwy trekking dookoła Annapurny, ale bez tego dnia się nie obędzie. Wstaję rano w hotelu w Pokharze i ruszam na turystyczny dworzec autobusowy (Tourist bus park). To stąd o 6:30 odjeżdża autobus do Besisahar czyli miejscowości, skąd można zacząć właściwy trekking. Mam plany delikatnego skrócenia trekkingu, bo czas goni, a w Nepalu chcę przeżyć i zobaczyć coś więcej niż Himalaje.
Kiedy idę na dworzec, jest jeszcze ciemno, kiedy dochodzę tuż po szóstej, jest już jasno. Tuż przy wejściu na plac manewrowy autobusów, zostaję przechwycony i skierowany do budy sprzedającej jedzenie oraz bilety. Płacę 500 rupii za bilet i… czekam. Bo autobus ma podobno odjechać o 7, jak informuje pan. Finalnie okazuje się jednak, że odjeżdża wcześniej, bo o godzinie 6:30, tak jak zresztą podaje wiele źródeł w internecie. W każdym razie, jak tylko przyjechał warto się do niego rzucić i zająć miejsce, bo z siedzeniami może być kłopot. Część osób przez całe prawie 4 godziny jazdy po wertepach musiała stać lub siedzieć na niewygodnej drewnianej ławeczce, którą postawiono w przejściu. Lokalny koloryt, tu przepisy przewozowe nie obowiązują 🙂
Po przyjeździe do Besisahar turyści organizują się w grupki, by podjechać kawałek trasy i zaoszczędzić czas, potrzebny na pokonanie pierwszych kilometrów trekkingu. W sumie w pół dnia można zaoszczędzić nawet dwa dni marszu. Tu trzeba dodać słowo wyjaśnienia: Trekking dookoła Annapurny bardzo się skomercjalizował i jest jedną z największych atrakcji turystycznych Nepalu. Co za tym idzie, chce go przynajmniej na jakimś odcinku przebyć duża rzesza turystów – także i tych, którzy w normalnych warunkach nigdy by się na szlaku nie pojawili. Dla nich przygotowane są jeepy, które za opłatą są gotowe zawieźć ich nawet na wysokość 4000 metrów.
Piszę o tym tylko dlatego, żeby pokazać Wam, że szczególnie na dolnych partiach szlaku odbywa się całkiem spory ruch kołowy, a część szlaku dookoła Annapurny odbywa się po zwyczajnej drodze. Drodze, która jest pylista, a każdy jeep podrywa tumany dławiącej gardło chmury. Naczytałem się o tym i wolałem tego uniknąć. Czy uczyniłem dobrze? Nie wiem, osoby które potem spotkałem na szlaku twierdziły, że wcale nie było tak źle i samochodów nie było wiele. Dało się iść i żyć. Ale poniżej macie zdjęcie, które zrobiłem przez tylną szybę jeepa na to, co zostawało za nami.
Ja jednak wybrałem skrócenie trekkingu o około dwa dni i podjechałem jeepem do Chamje. Wraz z 6 innymi turystami potargowaliśmy się i ustaliliśmy cenę 1300 RS za podrzucenie nas do Tal – to w drodze zadecydowaliśmy, że dzień jest jeszcze młody i przyjechaliśmy tu na trekking, a nie by wozić dupsko samochodem. Wysiedliśmy i ostatnie kilometry z Chamje do Tal pokonaliśmy pieszo. Wysiedliśmy właśnie tam, bo w tym miejscu szlak dla ludzi przechodził na drugą stronę rzeki.
Ech, to był ten przedsmak Himalajów Nepalu. To tu zaczynały się dla nas pierwsze górskie widoki – niebieskie niebo, zielona roślinność, szare i surowe skały – miks idealny. Przedsmak przygody, początek czegoś, na co czekało się tyle miesięcy, a marzyło jeszcze dłużej, bo trekking dookoła Annapurny jest chyba na liście marzeń większości osób, które lubią góry.
Wiecie, jak wspaniale było przekroczyć pierwszy wiszący most? Symboliczną bramę między wygodnym podróżowaniem samochodem, a wysiłkiem na własnych nogach. Dodatkowo z pełnym bagażem, zabranym ze sobą na trekking. I pomimo tego, że plecak miałem dość lekki, to jednak dość szybko przekonałem się, że co innego iść z nim po równym, a co innego pod górę. Tym bardziej, że po odcinkach gdzie przewyższenia były dość nieznaczne, nastały takie, gdzie trzeba było podejść ponad sto metrów w górę za jednym razem. Ech, w takich chwilach człowiek wie, jak nigdy, że w dużej części składa się z wody 🙂
Ale zaczęło się to, po co przyjechałem w Himalaje. Wysiłek i piękne widoki. Oraz widoki dość kuriozalne jak wisząca na wyciągnięcie dłoni linia wysokiego napięcia z napisem, by nie dotykać, bo płynie tam 33 000 volt. Faktycznie, sporo w Himalajach małych elektrowni wodnych, by zasilać okoliczne wioski.
Dzień drugi – Z Tal do Timang (na 2750 m.n.p.m.)
Pierwszy cały dzień na szlaku. Mieszanina ekscytacji i obaw jak to będzie. Czy kondycja okaże się taką, jaką być powinna? Czy widoki takie, jak widziało się w internecie? 😉 Znaki w Tal informują, że dziś przede mną przynajmniej 5,5 godziny drogi. Ale ponieważ nie pomykam już po szlakach jak górska kozica, już o poranku jestem pewien, że to będzie dłuuuższy dzień. Dziesięć lat temu podczas trekingu do Annapurna Basa Camp szło mi zdecydowanie szybciej.
Wciąż idę z poznaną w autobusie grupą zebraną z różnych narodowości. Są Australijczycy, jest ktoś z Holandii oraz z Anglii i Szkocji. No i jest też osobnik z Korei Południowej, ale on nic nie mówi, bo niemalże nie zna angielskiego. Zresztą ja też mówię mało, bo angielski z australijskim akcentem brzmi dla mnie jak język kosmitów. Zresztą oni wzajemnie też czasami się nie rozumieją 😀
Początek drogi to idylla. Po lewej szemrze strumyk, my idziemy głęboką doliną, której granie chronią przed słońcem, a w oddali widać zamykające horyzont szczyty. Szlak wije się po drugiej stronie drogi, a wspomniana rzeka separuje nas od ruchu samochodowego – zapewniając i święty spokój, i świeże, wolne od kurzu powietrze. Wąska ścieżka prowadzi powoli w górę, nie trzeba tu dużego wysiłku, jeśli są jakieś wyższe podejścia, ktoś ułożył wygodne schody. Tak można maszerować godzinami, wysokość 1700 metrów jest jeszcze kompletnie nieodczuwalna dla organizmu.
Wioska Odar – tu zatrzymał się czas
Za Dharapani docieramy do pierwszego punktu decyzyjnego – iść prosto, czy odbić w górę i zobaczyć, co kryje się w miejscowości nazwanej dźwięcznie Odar. Decyzja pada, by iść w górę i odbić od głównego szlaku. Może to i dłużej, ale przecież jesteśmy tu nie po to, by jak najszybciej przejść szlak dookoła Annapurny, lecz by maksymalnie dużo zobaczyć. I wiecie co? I tu zaczęły się schody – dosłownie i w przenośni. Bo o ile wcześniej podejścia były relatywnie nieduże, to tu nagle okazało się, że schody wiją się i wiją… a nam sił zaczyna już powoli brakować. Ok, ponieważ byłem jednym z najstarszych w tej grupie, to zazwyczaj ja byłem gdzieś tam w ogonie. Co poradzić, że w wieku 20 lat ludzie mają lepszą kondycję? 🙂
Wreszcie docieramy do celu czyli wioski Odar. By ją sobie wyobrazić, najlepiej dokonać porównania. Jeśli zamkniecie oczy i będziecie chcieli przywołać obraz średniowiecznej wioski, w której są wstawki z nowoczesności w postaci rynny z PCV oraz dachu z blachy, to to będzie właśnie Odar. Kamienne, misternie ułożone ściany domów i budynków gospodarczych, które zapewne mają po kilkaset lat, drewniane drabiny, które nie są zbite z desek tak jak u nas. Tu drabinę wycina się w pniu drewna – nacinając w odpowiedni sposób i tworząc coś w rodzaju schodów. Takie male szczegóły, które stanowią o klimacie miejsca.
Rozglądamy się po okolicy, praktycznie nikt z lokalnej ludności się nami nie interesuje. Co więcej, wioska nie jest nastawiona na turystów. Tu nikt nie sprzedaje coca coli i ciastek. Życie płynie swoim rytmem, ktoś coś niesie, jakaś pani przy gumowym wężu z nowoczesnym zaworem robi pranie. Gdzieś tam ktoś gada w drzwiach z sąsiadem. A my poszliśmy najwyżej, jak się da czyli na wzniesienie z punktem widokowym i małą świątynią na górze. Pięknie tu… dookoła nas góry, zieleń i tarasowe pola wraz z siatką dojść do nich, która wygląda jak dziwna plątanina ale ma swój cel. Szkoda, że już jest po żniwach, przed nimi musiało tu być jeszcze bardziej zjawiskowo.
Schodzimy i podążamy dalej przez to fascynujące miejsce, gdzie w pewnym sensie zatrzymał się czas. Otwieramy i zamykamy furtki, ustawione na ścieżkach, a które to chronią przed tym, by krowy się nie rozbiegły po okolicy – bo kozy i tak skaczą, jak chcą. Wieś w czystej postaci. Ale o tym, że jednak i w Nepalu jest nowoczesność przypomina nam szkoła. Co ciekawe, dzieci od razu wybiegły do nas, by pogadać i poćwiczyć angielski. Nawet na przysłowiowym krańcu świata wszyscy mają świadomość, że nauka jest kluczem do rozwoju.
I tu następuje rozstanie, bo grupa, z którą podróżuję zatrzymuje się na obiad. Mnie nie chce się jeść i postanawiam odłączyć się od nich. Zresztą i tak nie ma za bardzo chemii między nami zatem bez żalu. A poza tym co poradzić, że wolę chodzić w swoim tempie i nie gonić, ani nie czekać na nikogo. Tak mniej się męczę. Nagle stuk, stuk kijków trekkingowych należy tylko do mnie. Moja jest cisza i moje są ptaki – nikt mi niczego nie narzuca ani ja nie muszę się dostosować. Doskonały wybór.
Szkoda tylko, że pogoda się psuje. Od jakiegoś czasu już nie ma niebieskiego nieba, słońce nie ogrzewa twarzy, a i delikatny wiaterek zaczyna mocno chłodzić – trzeba założyć kurtkę przeciwwiatrową. A potem zaczyna padać deszcz… Wściekły jestem, bo… przecież przyjechałem tu po widoki, a zza deszczu i chmur ledwo widać najbliższa okolicę. Ale co robić, wysokie góry rządzą się swoimi prawami. Trzeba je uszanować. I liczyć, że po noclegu w Timang następny dzień będzie lepszy.
Chociaż i tak najważniejsze dla mnie to, fakt, że wreszcie idę sam, nie muszę się dostosowywać do innych. Mogę zatrzymać się kiedy chcę, podziwiać to co chcę i kiedy chcę. Tym są dla mnie góry, wolnością wyboru. Zatem przystaję, kiedy widzę kobietę siedzącą na kupie kamieni, bo jej zajęcie polega na kruszeniu większych głazów na drobny tłuczeń, którym później będzie wysypana droga lub podwórko. Przystaję zdumiony, kiedy widzę kobietę z dwójką dzieci, z których jedno na plecach ma kosz i właśnie trwa ładowanie drewnianych szczap na plecy kilkulatki. Jakże to inne od tego, jak dzieci są wychowywane i co robią w Europie.
Dzień trzeci – Z Timang do Dhikur Pokhari (3060 m.n.p.m.)
Rano jest przepięknie. Chmury rozwiały się gdzieś, a błękitne niebo niesamowicie kontrastuje z kolorami jesiennych liści – idylla albo kicz, to dwa pojęcia, które przychodzą mi do głowy, kiedy wracam pamięcią do tego miejsca. Ale co poradzić, że jedyne co można powiedzieć to: Jak tu pięknie! I chłonąć krajobraz, z żalem wręcz idąc dalej, bo chciałoby się w takim miejscu siedzieć długie godziny. Czasami jest nawet swojsko, bo idzie się pośród owocujących sadów, gdzie jabłonie byłyby na wyciągnięcie ręki, ale ponieważ są to cenne owoce, to każdy sad jest dobrze ogrodzony 🙂 A dodatkiem do klimatu są małe kapliczki i rzecz jasna tybetańskie flagi modlitewne nad głową.
W trakcie całego trekkingu korzystam z aplikacji maps.me, która chyba jest najlepszym istniejącym przewodnikiem, jeśli chodzi o wybór szlaku po Himalajach. W pewnym momencie widzę, że mam do wyboru dwie ścieżki, jedna po głównej drodze i druga boczna, przebiegająca bliżej płynącej tu rzeki. Nie lubię towarzystwa samochodów, zatem wybieram bardziej ustronny szlak i w pewnym momencie jestem w kropce.
Okazuje się, że ścieżka prawie zanikła, że i owszem jakieś pojedyncze osoby tędy chodzą, ale to szlak, który jest używany rzadko i przez nielicznych. Mam podejrzenia, że to może stary szlak, istniejący tu, zanim powstała wygodna droga dla samochodów. A utwierdza mnie w tej opinii widok zrujnowanego kamiennego domu, który kiedyś zapewne był jednym z tych, gdzie można było znaleźć nocleg i jedzenie podczas trekkingu. Dziś pozostało z niego bardzo niewiele – kupki desek i kamienne ściany czegoś, co kiedyś pewnie było łazienką. Idzie się coraz ciężej, bo trzeba przedzierać się przez paprocie i inne krzewy porastające ledwo widoczną ścieżkę. Ale za to jestem pewien, że miejsce jest tylko dla mnie. Idealne dla wyciszenia myśli przy płynącej tuż obok rzece. Tak szczerze mówiąc, to ten odcinek szlaku dookoła Annapurny przypomina mi… odległe o kilka tysięcy kilometrów Tatry 🙂
O tym, że jestem jednak w Himalajach przypominają mi mosty linowe, wiszące nad strumieniami i parowami. I wreszcie znów wychodzę na główny szlak, znów z rzadka mijają mnie jeepy z zaopatrzeniem i nielicznymi turystami, którzy wolą kawałek podjechać. Przede mną wioska Chame – jedna z większych na całym szlaku, zatem jeśli macie chęć na odwiedzenie piekarni, uzupełnienie zapasów wody lub po prostu nocleg, tu znajdziecie wszystko.
Zaczynają zanikać drzewa liściaste, krajobraz staje się coraz bardziej surowy. I nagle wśród tego krajobrazu… droga przecina wielkie połacie ogrodzonych sadów z jabłoniami. Jabłka może nie są jakieś wielkie, ale fakt, że na tej wysokości ktoś posadził sady, zaskakuje! Ba, jest tu nawet wielki magazyn jabłek, a za nim podobno jeden z najbardziej luksusowych a na pewno droższych hoteli na szlaku dookoła Annapurny. To jeśli lubicie luksus, może być ciekawe miejsce, ja wolę skromniejsze warunki 🙂
Kolejne kilometry trekkingu, to kolejne zdziwienia, bo jak nie podziwiać drogi wyciętej w skale? Inżynierowie przewidzieli tu nawet mijanki dla samochodów, bo przecież ruch jest w dwóch kierunkach. Chociaż powiem Wam, że droga wijąca się nad przepaścią i to bez żadnych barierek do najbezpieczniejszych nie należy. Ale samochody jakoś się mijają, a wypadków wcale nie ma aż tak wiele. Jednak powiedzmy to sobie uczciwe… są! Znów nadciągają chmury, wiatr zaczyna wiać coraz silniej a przyjemna wędrówka staje się większym zmaganiem z przeciwnościami przyrody.