BirmaRóżne podróżnicze

Zwiedzanie o świcie, czyli dlaczego warto wstać rano

6

“Jak dobrze wstać skoro świt, jutrzenki blask, duszkiem pić. Nie zmąci tej radości żaden cień…” Jak już się wstało, to można śpiewać, ale powiedzmy to sobie wprost, wstawanie o świcie albo jeszcze przed nim, by zobaczyć wschód słońca w jakimś atrakcyjnym miejscu, to żadna przyjemność. Bo przecież urlop czy też po prostu podróż mają swoje prawa. Do nich należy wypoczywanie.  Wstawać jest ciężko.

Ale mimo wszystko czasami mi się udaje i wstaję jeszcze w nocy, by obejrzeć wschód słońca, który ma być zjawiskowy. Ma być jedyny i niepowtarzalny i podobno te czy inne zabytki najlepiej prezentują się w promieniach wschodzącego słońca… Czasami bywa to troszkę rozczarowujące, bo człowiek nastawia się Bóg wie na co, a końcowy efekt daleki jest od tzw. efektu ŁAŁ. Ale chyba nigdy jeszcze nie żałowałem, że zwlokłem się z łóżka i pognałem na złamanie karku w to jedno wybrane miejsce, skąd podobno lepiej i więcej widać. Pamiętam jak w Birmie wstałem godzinę przed wschodem słońca i wywołując zaskoczenie wśród obsługi hostelu, zażądałem roweru. Zaskoczyłem ich, bo co prawda wieczorem uprzedzałem, że mam zamiar wstać rano i obejrzeć wschód słońca, to i tak mi nie wierzyli. Jak to powiedzieli: Wszyscy turyści tak mówią, a wstaje mało który. Następnie przede mną była jazda po omacku, w ciemności przy świetle latarki czołówki, która ledwo odganiała mrok. Jednak skręciłem we właściwą polną dróżkę i namierzyłem tę pagodę, którą chciałem, zostawiłem rower, namierzyłem wejście na dach i wszedłem w ciemny tunel schodów.

Świt nad Bagan w Birmie

Powoli zaczyna świtać. Niebo nad Bagan zaczyna grać kolorami. Świątynie wynurzają się z ciemności.

A potem było oczekiwanie na kulminację, oto gdzieś na horyzoncie miał być świt. Były długie nudne minuty w ciemności, było nasłuchiwanie, co szeleści w krzakach, była aura tajemniczości, były majaczące ciemne punkty iglic kolejnych świątyń na tle nieba. A potem pojawili się ludzie i część klimatu szlag trafił. Cóż, w Baganie trudno mieć świątynie tylko dla siebie. Na szczęście nie byliśmy dla siebie inwazyjni, na szczęście za chwilę zaczął się świt i każdy w ciszy wpatrywał się w powoli jaśniejący horyzont. Na szczęście słońce zaczęło wynurzać się zza horyzontu, oświetlając mroczne do tej pory stupy. I każdy miał wrażenie, że ta chwila jest tylko jego, bo też i ma ona w sobie jakąś tajemnicę.

Świt nad Bagan

Słońce powoli wstaje, oświetlając świątynie i rozpraszając poranne mgły.

Ale porzuciłem “moją” świątynię i “mój” dach. Wziąłem rower między nogi i pomknąłem dalej w kierunku dalszych świątyń, w kierunku tych największych z których widać zdecydowanie dalej. Moim calem była Damayazika Paya. I kiedy tak jechałem, kiedy słyszałem tylko zgrzyt łańcucha roweru i przyrodę budzącą się do życia… wtedy gdzieś za mną usłyszałem sapanie, przeciągłe, jednostajne sapanie. Ni to syk, ni to westchnienie. Odwróciłem głowę i oto w moją stronę równym rzędem płynęły balony. Balony w brązowo-purpurowym kolorze ceglanych świątyń. Magia! A jakże magicznie poranek musi wyglądać z wnętrza kosza? Ale na takie przyjemności mnie nie stać. Jeszcze tylko kilka fotografii i gnam dalej, na horyzoncie jest już mój cel, moja ogromna pagoda. W tym samym czasie co ja podjeżdża autokar Birmańczyków, oni też chcą obejrzeć ten magiczny, poranny krajobraz. Ale nie siedzą tu tyle co ja, robią kilka zdjęć i znikają. Ja zostaję, jestem sam chodząc po ogromnej świątyni. Siedzę na murze i majtam nogami, widzę las mniejszych stup i czuję pełnię szczęścia. Jest jeszcze chłodno, w oddali jeszcze lecą balony, ale powoli osiadają na ziemi, za chwilę będzie dla nich za gorąco. Tego dnia opłacało się wstać w nocy, by przeżyć kilka przepięknych godzin.

Balon nad Baganem

Ale nie zawsze trzeba wstawać na świt. Czasami wystarczy chwilę po wschodzie słońca. Wtedy przestrzeń ma sie tylko dla siebie. Nieliczni lokalni mieszkańcy powoli pojawiają się na ulicach i całą architekturę, wszystkie ulice mamy prawie wyłącznie dla siebie i swojego obiektywu. Tak miałem w Samarkandzie w Uzbekistanie, kiedy wstałem tuż po świcie i zobaczyłem bajkowe mury Registanu skąpane w miękkim świetle wstającego dopiero słońca. Powietrze było jeszcze przyjemne i chłodne po nocy, w powietrzu czuć było wilgoć rosy i włączonych przed chwilą zraszaczy, dzięki którym trawa mimo upałów, wciąż jest zielona. I znów byłem sam.

Registan Samarkanda Uzbekistan - panorama

Registan Samarkanda Uzbekistan – panorama kompleksu o świcie.

Poranne wstawanie ma jeszcze jedną zaletę, szczególnie w miejscach tłumnie obleganych przez turystów. Otóż turyści to w większości lenie i uwielbiają się wyspać. Dlatego wczesny poranek to pora, kiedy mnóstwo plenerowych atrakcji możemy mieć tylko dla siebie lub współdzielić je z nielicznymi “konkurentami”. Nie będzie wycieczek przeganianych z kąta w kąt, nie będzie tłumu szczelnie zasłaniającego płaskorzeźby, malowidła czy po prostu detale architektury. To czas, kiedy możemy pobyć sam na sam ze sztuką, z minionymi wiekami, niemalże poczuć jej twórców. Druga taka pora, ale gorsza jest koło wczesnego popołudnia, kiedy wycieczki uciekają coś jeść 🙂 Ponoć odstępstwem od tego co opisuję, jest świątynia Angkor Wat w Kambodży, gdzie tłumy turystów wstają, by zrobić zdjęcie świątyni o świcie. Tylko podobno tłum jest taki, że trzeba się przepychać. Podobno, nie wiem, bo z powodu tego “podobno” darowałem sobie i nie wstałem.

Ale nie samymi zabytkami człowiek żyje. O świcie magicznie wygląda też Natura. Do tej pory pamiętam pewien poranek w Nepalu na szlaku do Annapurna Base Camp, kiedy bladym świtem wstałem i wyszedłem przed górski hostelik. Zamówiłem jakieś skromne śniadanie, za chwilę podano mi herbatę i oto z tarasu widziałem spektakl światła i cienia. Przed moimi oczami powoli przesuwał się cień, jak kurtyna opuszczał się na jakimś zboczu. Oto słońce idąc do góry, zaczynało oświetlać ośnieżone szczyty Himalajów. Magiczna chwila w której człowiek czuje się jeszcze mniejszy, niż jest. Ale też czuje absolutne szczęście, że może to oglądać. I nawet lurowata herbata smakuje w takiej chwili bardzo dobrze 🙂

Świt w Himalajach

Świt w Himalajach. Słońce bawi się promieniami na ośnieżonych szczytach gór.

 

I powiem Wam, że dobrze jest czasami wcześnie wstać, skoro świt. By pozachwycać się w spokoju. A pospać można w południe, kiedy żar leje się z nieba. Powiedzmy sobie wprost: jest w porankach coś magicznego… 🙂

Paweł Osmólski
Amator podróży do Azji i po Europie Wschodniej, a szczególnie po Bałkanach. Jakoś tak mam, że marzenia same mi się nie spełniają, zatem robię wszystko, by je spełnić. Preferuję wyjazdy w pojedynkę, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. Nie zawsze miłych, ale tylko tak można poznać prawdziwą twarz danego kraju. Wolę brudną prawdę niż lukrowane opowieści o jednorożcach. Dlatego moje opisy są czasami do bólu szczere ale zawsze prawdziwe. Dużo pracuję, w czasie wolnym piszę tego bloga i szukam najlepszego piwa na świecie :)

6 Komentarze

  1. Ten wpis stanowi dobre uzupełnienie naszej porannej dyskusji w temacie Monastyru Rilskiego. To wczesne wstawanie może się naprawdę opłacić w trakcie podróży, bo pozwoli nie tylko zobaczyć wschód słońca, ale nacieszyć się danym miejscem/punktem widokowym/jakąś atrakcją turystyczną w nieco mniejszym tłumie lub po prostu w samotności.

  2. O tak, poranne wstawianie to coś z czym od zawsze mam problem. Ale myślę, że dla takich widoków chyba bym przełamała moją niechęć. Szkoda w końcu przesypiać życie, prawda? Czasem nawet dwie godziny potrafią podarować nam niesamowite widoki. Szkoda, że ja póki co oglądam je tylko na Twoich fotografiach :).

  3. Uwielbiam wstawac rano w podróży. 5-6, wiedząc, że niczego nie musimy potem. Wręcz możemy wrócić o 12.00 i przespać najgoretsze godziny.
    Ale z drugiej strony nie jest to moim zdaniem opcja dla miłośników nocnego życia i imprezowania, do których sie nie zaliczam osobiscie

  4. Piękne miejsca i cudowne fotografie. Osobiście codziennie wstaję rano, nawet z tego względu, że cały dzień układa się nieporównywalnie lepiej 🙂

    1. A ja przyznaję bez bicia, że… uwielbiam spać. O świcie moge sie zerwać tylko w podróży, ewentualnie chłonę świt, kiedy wracam z imprezy 😀 ale to w Polsce 🙂

  5. Super artkul. Tez nie jestem rannym ptaszkiem, ale na wakacjach dziarsko sie zrywam! Szczegolne lubie budzaca sie nature!

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.