Home » Azja » Co zmieniło się w Birmie. Subiektywne porównanie po latach
Birma Bagan o poranku
Ten widok się nie zmienił. W Bagan o poranku wciąż startują Balony. Zmieniły się tylko ceny, rzecz jasna są wyższe. No i trudno mimo tych cen znaleźć miejsce w koszu, by obejrzeć świątynie z wysoka. No i jest to jedna z nielicznych fotografii na których możecie zobaczyć na zdjęciu autora bloga ;)

Co zmieniło się w Birmie. Subiektywne porównanie po latach

Share Button

Kiedy byłem w Birmie w 2011 był to jeszcze kraj znajdujący się gdzieś na obrzeżu turystycznych szlaków. Niby można było przyjechać, ale kraj pod rządami generałów nie miał najlepszego PR. Zresztą z powodu kilku masakr ludności cywilnej, całkowicie słusznie. Do Rangunu przyleciałem z piękną wizą w paszporcie, wizą o którą z duszą na ramieniu ubiegałem się w ambasadzie w Berlinie. Napiszę tylko tyle, że paszport i pieniądze wysłałem listem. Poniżej kilka subiektywnych i obiektywnych spostrzeżeń porównujących Birmę w latach 2011 i 20016.

Teraz na lotnisku wyjąłem wydrukowaną kartkę papieru z e-wizą do Birmy i to był tylko początek tego, co zmieniło się w Birmie. Zaskoczyło mnie tylko jedno, hala kontroli granicznej nie zmieniła się ani na jotę. Aha, wizę dostałem na maila w ciągu kilkunastu godzin od zaaplikowania o nią!

Telefony komórkowe

Dziś na każdym straganie z artykułami w bocznych uliczkach np. Rangunu możemy dostrzec kogoś, kto z komórką w ręku zabija czas, oczekując na klientów.
Dziś na każdym straganie z artykułami w bocznych uliczkach np. Rangunu możemy dostrzec kogoś, kto z komórką w ręku zabija czas, oczekując na klientów.

Telefony komórkowe, komórki, telekomy… Ostatnim razem osoby z telefonem przy uchu były dużą rzadkością. Komórka wyznaczała status, jeszcze 16 lat temu karta SIM w Birmie kosztowała około 3000 dolarów i dostępna była w zasadzie tylko dla członków junty wojskowej, która rządziła krajem. Potem ceny zaczęły spadać i podczas mojej poprzedniej wizyty w Birmie kosztowały już tylko kilkaset dolarów. Dziś telefon komórkowy to widok powszechny na ulicach wszystkich miast i miasteczek.

Pewnie, że nie wszyscy mają wypasione, nowoczesne smartfony. Nie wszyscy mają telefony z ekranami dotykowymi, ale te stare i tanie modele, które w Europie czy krajach tzw. bogatego Zachodu już dawno wyszły z mody i obiegu, są w powszechnym użytku zwykłych Birmańczyków. Zupełnie tak jak w naszej części świata spotkacie tu człowieka zatopionego w smartfonie i czytającego wiadomości, przeglądającego facebooka. Ba! Kilka lat temu, żadna z naszych sieci nie miała umowy roamingowej z Birmą, zatem kontakt był możliwy tylko przez internet i maila. Dziś znajomi z Polski, ze świata.. są na wyciągnięcie ręki. Ups… na klik kciuka!

Internet w Birmie trafił pod strzechy. Dosłownie

Mnisi w Birmie z komórkami
Kto powiedział, że mnich ma być ubogi?!
Większość z nich w swej torbie skrywa mniejsze bądź większe cudo techniki telekomunikacyjnej.

I kiedy jesteśmy już przy telefonach komórkowych, to nie sposób nie wspomnieć o internecie. Pamiętam, jak kilka lat temu w Bagan odkryłem kafejkę internetową, w której internet działał odrobinę szybciej niż wszędzie indziej. Boże, jaki ja byłem szczęśliwy, że mogę do rodziny w Polsce napisać w ciągu chwili a nie oczekiwać kilka(naście) minut na otworzenie się jakiejkolwiek strony.

Dziś stałem się obrzydliwie wygodny. Kupiłem sobie kartę SIM i pakiet internetu. Karta kosztowała 1500 kyatów, internet 2GB kolejne 6000 kyatów czyli odpowiednio około 1,1 dolara i 4,5 dolara. Mój facebook wciąż był aktywny, znajomi i rodzina stali się tak szybko osiągalni, jakby siedzieli tuż obok. Wystarczyło wybrać na messengerze osobę, wystarczyło nacisnąć “publikuj” lub “wyślij” Wszystko dzieje się już w czasie rzeczywistym. Tu i teraz, bo Birma nie odstaje pod żadnym względem od internetowego świata. Nawet jadąc z miejscowości do miejscowości przez większość drogi mogłem korzystać z internetu, bo połączenie nie znikało. Nowoczesność… A jak wyczerpałem limit danych, to zdrapkę kupowałem na straganie na ulicy.

Skutery, motory i motorowery

Ulice kiedyś pełne samochodów i uzupełniane tylko pojazdami na dwóch kołach, teraz zyskały mocną konkurencję. Jednoślady stały się tak popularne, że bardzo często są o wiele bardziej widoczne w mieście (szczególnie mniejszym), niż samochody. Nie dziwota, Birma to biedny kraj, a przemieszczać się przecież trzeba. Kiedyś były to rowery, dziś coraz więcej osób stać na zmotoryzowane dwa kółka.

Skutery elektryczne w Birmie Bagan
Takimi elektrycznymi skuterami przemieszczają się dziś turyści w Birmie, kiedy odwiedzają Bagan. Rowery należą tu do rzadkości, a jeszcze w 2011 był to najpopularniejszy sposób zwiedzania pagód.

I ciekawostką jest tu Bagan. Niegdyś do wyboru pozostawała bryczka zaprzężona w woła lub wysłużony rower ze skrzypiącym łańcuchem, którym mozolnie pedałowałem po piaszczystych dróżkach od świątyni do świątyni. Dziś kompletnie nie byłem w stanie zrozumieć, co mi oferują, kiedy w wypożyczalni skuterów na ulicy wciąż mówili “e-bike”. A to przecież po prostu skuter elektryczny, który stał się najpopularniejszym środkiem lokomocji pomiędzy pagodami rozrzuconymi na bardzo dużym terenie. Wygoda i jeszcze raz wygoda, chociaż kiedyś pewnie zwiedzanie było zdrowsze z racji wymuszenia ruchu 😉

Moda

Mężczyzna w longyi w Birmie
Ubrany w tradycyjne longyi właściciel “karocy” przewożącej przeważnie turystów w Pyin Oo Lwin

Nie, nie powiem, że kobiety przestały używać tanaki, by chronić i upiększać twarz, nie powiem, że nie zauważyłem mężczyzn ubranych w tradycyjne longi (vel londżi co jest bardziej po polsku). To wszystko zobaczycie i to wciąż jest widok, który tworzy klimat Birmy. Ale w niejakim zaskoczeniu znieruchomiałem, kiedy nagle przede mną ujrzałem chłopaka z tlenioną fryzurą, podrasowaną fioletowym kolorem. Wyglądał, jakby był wyciągnięty żywcem z jakiejś japońskiej kreskówki. Kilka lat temu o takim widoku mógłbym zapomnieć. Użyłbym sformułowania okcydentalizacja, ale to raczej pasuje koreizacja? 😉 Aha i to nie był jednostkowy przypadek!

Wymiana pieniędzy i bankomaty w Birmie

O ile jeszcze kilka lat temu takiego zwykłego kantoru na ulicy człowiek nie uświadczył, bo wymiana odbywała się w jakichś domach na piętrach, gdzie się wchodziło, zamykały się drzwi i następował rytuał wyciągania pieniędzy do wymiany, oglądania każdego banknotu na wszystkie możliwe strony i wreszcie transakcji… Tak teraz kantory spotkać można w wielu miejscach po prostu “na rogu”. Już nie ma nawołujących cinkciarzy “change money, change money” już nie usiłują oszukać na każdym kroku przy wymianie, nie chcą urwać tysiąca czy dwóch z każdego grubego pliku banknotów, licząc, że turysta i tak się nie doliczy.

Pieniądze w Birmie
Wymieniając np. sto dolarów tradycyjnie dostaniemy kilka plików banknotów w lokalnej walucie (kyat)

Ale są też rzeczy które się zupełnie nie zmieniły. Jak trzeba było mieć pieniądze idealnie nowe i niemalże jakby wyszły z drukarni, tak wciąż jest to regułą, że domagają się tylko takich dolarów. Po czym poznać, że ktoś jedzie do Birmy? Wrzuca na facebooka zdjęcie z żelazkiem w ręce na którym prasuje pieniądze 😀
I jeszcze jedna zmiana: Mjanma została podłączona do świata dosłownie i w przenośni. Jeśli macie chęć, spokojnie możecie korzystać z bankomatów za pomocą swoich europejskich kart płatniczych. Kiedyś… podobno kartą można było płacić w hotelu Strand, czyli takim najbardziej wypasionym hotelu w Rangunie. Podobno, bo dla mnie, człowieka z plecakiem, to jednak były za wysokie progi 🙂

Komunikacja po kraju

Pociąg w Birmie
Pociąg to dla obcokrajowców bardziej atrakcja turystyczna, niż środek lokomocji. Po prostu jadą baaardzo długo i baaaardzo wolno.

Zmieniła się i to bardzo. Kraj stał się o wiele bardziej dostępny, już nie ma tak wielu stref zakazanych, do podróży po których turyści mogą tylko marzyć. Na pewno też o wiele mniej jest konfliktów wewnętrznych odkąd junta generałów dopuściła do władzy opozycję i nie prześladuje z fizyczną likwidacją włącznie tych, którzy myślą inaczej. Dlaczego o tym piszę w kontekście komunikacji?

Bo jeszcze kilka lat temu z racji konfliktów władz centralnych z plemionami zamieszkującymi rożne terytoria Birmy lub plemion między sobą, turyści nie mogli wjeżdżać do znacznych części kraju. Dziś za przykład zmian może służyć Mrauk U, jedna z najciekawszych atrakcji Birmy położona z dala od głównych szlaków. Teraz wreszcie można tam dojechać autobusem. Kiedyś jeśli już w ogóle miało się szczęście być wpuszczonym, trzeba było wziąć samolot, potem łódź, która oczekiwała kilka dni i powrót w takiej samej formie czyli samolotem. Innej drogi do Mrauk U nie było. Podobnie jest z terytoriami na północy kraju jak choćby Putao. Birma się otworzyła. Chociaż stan dróg diametralnie się nie poprawił, wciąż pełno tam dziur, ale nie znaczy to, że na każdym kroku czyhają na nas przysłowiowe wilcze doły. Aż tak źle nie jest.

Ceny też poszły w górę

Nie, nie że wszystkie i diametralnie, ale na pewno dokonała się tu zmiana. Popyt i podaż to prawa, które zawsze dążą do równowagi. Oczywistym się staje, że jeśli nagle do kraju wlał się potok turystów, to ceny musiały pójść w górę. A musiało się to stać tym bardziej, że za tym napływem chętnych nie poszła jakaś diametralna poprawa infrastruktury turystycznej. I tu ważna uwaga: mam na myśli przede wszystkim bazę noclegową. Pewnie, że powstało sporo nowych hosteli, że zbudowały się nowe hotele, a nawet bardzo eleganckie resorty. Tylko że to wciąż za mało, byśmy mogli mówić o czymś na wzór Tajlandii.

Taki elegancki bungalow możecie mieć dla siebie za 15 dolarów w Chaung Thar. Do plaży będzie jakieś 200 metrów. Aha i plaża będzie tylko dla Was… raj?

I wiecie co? Bardzo mnie to cieszy, bo Tajlandia jest wręcz zbyt turystyczna. Tam podróżuje się po prostu (za)łatwo i bez wysiłku. W Birmie potrafi to być bardziej problematyczne, co nie znaczy, że niewykonalne. Czasami jednak np. biletów nie ma i tyle. Lub podróż do miejsca nie tak odległego na mapie trwa cały dzień. Tak, 300 kilometrów może zająć cały dzień. Z taką sytuacją spotkacie się na przykład, kiedy będziecie jechali np. z plaż Chaung Thar do Rangunu. I nie zmieniło się też to, że wciąż możecie zamachać na samochody stojąc na poboczu droigi i zatrzyma się Wam jakiś pick-up i wsiądziecie na dach pojazdu, by siedzieć tam przez kilka godzin. Albo będziecie mieli okazję siedzieć w bagażniku samochodu, tak jak ja kiedy jechałem zobaczyć “Złotą skałę“. Aha… kolej nie zmieniła się w Birmie ani na jotę. Jakoś tak to już jest, że ta organizacja zmienia się wolno w caaałym świecie 😀

Ale na koniec powiem Wam, że Birma wciąż jest ciekawą perłą Azji. Wciąż warto tam pojechać, by zobaczyć kraj, który nie jest jeszcze zadeptany przez masową turystykę. Wciąż przyjedziemy do kraju w którym wystarczy odjechać 50 kilometrów od większego miasta, by wzbudzać ciekawość lokalnych mieszkańców – przykładem niech tu będą groty blisko Monywy. Uwierzcie mi, że lokalsi będą się czaili, ale pewnie po chwili podejdą i na migi poproszą, czy nie mogą sobie z Wami zrobić zdjęcia. A jeśli wyobrazicie sobie, że jesteście blondynką, to od chętnych do fotografii będzie się ciężko opędzić. Jest to całkiem fajne uczucie, ale staje się uciążliwe po 20 zdjęciu 😉
Birma się zmienia, ale wciąż pozostaje tak piękna, jak była!

Share Button

About Paweł Osmólski

Amator podróży do Azji, którego wspomnienia zostały gdzieś na szlaku w Nepalu na ławeczce pod chałupą jednego chłopa. Kiedyś będę tam musiał wrócić i zabrać je do domu :) Preferuję samotne wyjazdy, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. W czasie wolnym od pracy i podróży zapalony degustator piwa.

15 komentarzy

  1. Bardzo miło sie czytało… nigdy nie byliśmy w Birmie, moze w tym zyciu sie uda… :]

    PS> literowka > 20016 > wtedy juz ziemi nie bedzie i Nas ludzkosci bo sie wszyscy atomowkami pozabijamy ;]

    Poniżej kilka subiektywnych i obiektywnych spostrzeżeń porównujących Birmę w latach 2011 i 20016.

  2. Super zestawienie 🙂 Ja w Birmie byłam pierwszy i jak do tej pory jedyny raz w 2011.
    Internet niekiedy istniał w centrum handlowym w Rangunie, ale zawsze najpierw była kartka: Zapłacisz JEŚLI się połączysz 🙂
    Telefon trzymał baterię tydzień, bo nie było ani roamingu ani wspomnianego internetu. Za to służył świetnie jako latarka np. w Bagan nocą 😛
    Pieniądze wymieniałam w tak dziwnych miejscach, że strach pomyśleć 😀
    A obiad potrafił kosztować dolara za 2 osoby 🙂

    Ech… 🙂

  3. Lecę na koniec stycznia ☺ Już nie mogę się doczekać.

  4. Certyfikaty Poznań

    Ładne, ładne zestawienie. 🙂 Widzę, że na prawdę uwielbiasz podróże. Gratuluję pasji 🙂

  5. Rewelacja. Lece w marcu i to dla mnie bezcenne informacje.

  6. Świetny blog i opisy. Dużo dobrych i potrzebnych informacji. Lecimy 4 lutego br. 🙂
    Pozdrawiamy

  7. suuuper! muszę zapamiętać stronę 🙂 Planuję wyjazd w grudni… a tu dopiero początek lutego. A ja już jak na szpilkach – codziennie “grzebię” w nowych informacjach. Chyba oszaleję do czasu wyjazdu (wylotu). Birma, to moje największe marzenie od lat. Pawle, czy jeśli będę potrzebowała dodatkowych informacji, mogę się zgłosić po pomoc? 🙂

    • Cześć,

      Birma to dobry kierunek! Trochę Ci już zazdroszczę tego, że tam lecisz 🙂 Mimo, że przecież dopiero z Birmy wróciłem 😀
      I jeśli będziesz miała jakiekolwiek pytania, to oczywiście, że pytaj śmiało!
      Odpowiem, jeśli tylko będę umiał.

  8. Paweł, właśnie powoli zabieram się za “Birmę”, bo bardzo spontanicznie zdecydowaliśmy, że za trzy tygodnie udamy się tam z Bangkoku. Przeglądam teraz uważnie Twoje posty i wielkie dzięki za tyle informacji! Trochę żałuję, że nie będę miała czego porównać (bo bardzo lubię wracać w miejsca, które znam, czasami można się nieźle zaskoczyć), choć z drugiej strony fajnie będzie też trafić na nieznane terytorium. Apetyty mamy zaostrzone, bo wszyscy nam opowiadają o Birmie w samych superlatywach i trzeba będzie chyba głęboko schować oczekiwania, żeby nie były jak z Nepalem (czyli rozczarowanie gigant, bo oczekiwania gigant).

    Pozdrowienia! K.

  9. Witam,
    pozwolę sobie napisać kilka słów dotyczących moich doświadczeń/porównań. W Birmie pierwszy raz byłem kiedy jeszcze była Birmą : ) Od 1989 roku oficjalnie zmieniła, ale o tym wiecie. Dla mnie, po moim pierwszym pobycie w 1986 roku, na zawsze pozostanie Birmą, a Yangoon – Rangunem. Drugi raz byłem w 2009 roku. Do tego się nie odniosę, bo Paweł to już opisał i inni też ( karty SIM za 3000$ i tylko dla reżimu, brak internetu i kantorów, o bankomatach nie wspomnę itd. etc ).
    Zacznę o tego, że w 1989 roku wiza była wydawana tylko na 7 dni !!! W ciągu tygodnia cóż można było zobaczyć ? Rangun, Pagan ( tak się wtedy nazywał ) i ew. Mandalay. Ja zdążyłem być tylko w Pagan i Rangun.
    To była szalona wycieczka. Praktycznie po 2 dni w każdym miejscu z przemieszczaniem się tylko samolotami ( brak czasu ), które jak i dziś były tanie.
    Miało to też dobre strony, bo ludzie, którzy w jednym samolocie wlatywali do Rangunu, mieli wizy też na 7 dni i zwiedzanie odbywało się w ww. trójkącie R – P – M.
    Po dwóch dniach robiła się fantastyczna, zorganizowana wycieczka. Zawierało się mnóstwo znajomości/przyjaźni. Po 7miu dniach ta sama “banda” w jednym samolocie
    wylatywała z Rangunu do BKK 🙂
    A teraz najlepsze ciekawostki :

    – był obowiązek wymiany na lotnisku co najmniej 100$/osobę. Wymiana była potwierdzona tzw. kwitem wymiany dewiz ( tak było też kiedyś, za komuny w PRL dla
    turystów z zachodu ). Na kwicie wymiany dewiz była informacja: ile wymienił, ile dostał Kiatów i ile mu pozostało. To wszystko po to, że jak się płaciło np. za samolot lub
    hotel należało pokazać kwit, a recepcja wpisywała informację : ile kosztował hotel i ile wynosi saldo : wymienił 100$ – hotel ( 20$ ) zostało mu 80$. Jeśli saldo na kwicie
    osiągneło 0, oznaczało, że delikwent nie ma pieniędzy :), wiec musi wymienić następne $ i otrzymać następny kwit.
    – za jedzenie, zakupy, pamiątki etc. czyli wszystko co nie reżimowe płaciło się pieniędzmi z czarnego rynku. Różnica pomiędzy oficjalnym kursem, a czarnorynkowym była
    taka jak różnice kursów $ w PRL ( nie mapiętam jaka, ale ogromna ). Wymieniając na czarno $ rozpoczynała się jazda z liczeniem, bo banknoty Kiatów miały nominały :
    10,15,25, 35,50,75, !!! Dostawało się górę pieniędzy i trzeba było to poskładać w 100,1000 :). Przy wydawaniu, też były jazdy, bo trzeba było to poskładać w żądaną
    przez sprzedawcę sumę 🙂
    – teoretycznie – jeśli ktoś o tym wiedział – nie trzeba było wymieniać pieniędzy na czarnym rynku. Mi w BKK jakiś Singapurczyk powiedział : kup na Duty Free 1.25 l Whisky
    Jonny Walker ( ale tylko czerwoną ) i karton papierosów ( ale tylko “555”. Były takie brytyjskie ) i sprzedasz to Rangunie i będziesz miał wystarczająco dużo kasy.
    Trochę mu nie wierzyłem, ale zaryzykowałem, bo stwierdziłem, że jak nie sprzedam, na pewno nie zmarnuje się : ). Wyobraźcie sobie, że jeszcze zanim wyszedłem za płot
    lotniska już mnie z daleka pytano o towar i…. sprzedałem w ciągu 5 minut. Nie pamiętam ile tego było, ale z pół plecaka i starczyło na wszystko na te 7 dni.
    – w Paganie jeśli się chciało kupić znaleziska archeologiczne ( wygrzebane z ziemi fajki z brązu, małe rzeźby z brązu, terrakotę itp. i wszystko bardzo stare ) wystarczyło
    zapytać miejscowych. Wtedy prowadzili do domu, zamykali szczelnie okna, o ile były, jeden człowiek stał na czujce, a w domu pokazywali towar. I był to towar tożsamy z
    tym, który znajduje się w Muzeum Archeologicznym w Bagan. Towaru nie trzymali w domu. Zwykle był zakopany w ziemi w skrzynkach lub… zatopiony w studniach, ale
    zawsze na sznurku, aby można było szybko wyciągnąć. W studniach, z wiadomych przyczyn, były tylko metalowe rzeczy ( mosiądz i srebro nie rdzewieje ). Oczywiście
    kupiłem co nie co. Z wywozem nie było problemu. Nie było skanerów, wykrywaczy metalu – nic. Lotnisko w Rangunie wyglądało jak dworzec PKS w Ustrzykach za PRL-u.
    Oczywiście, mogli zajrzeć do bagażu, ale na małe rzeczy był spokój. Po prostu przyklejało się plastrem do ciała , a na to obszerną koszulę.
    Tu małe wspomnienie :
    podczas kolacji – a właściwie po – w Hotelu Strand w Rangunie powiedziłem do osób siedzących przy stole, że muszę iść na bazar kupić plaster. Na co siedząca obok
    mnie Amerykanka powiedziała : “…jeśli się skaleczyłeś, to ja mam w pokoju plaster. Przyniosę ” Grzecznie podziękowałem i powiedziałem, że mi jest potrzebny plaster na
    rolce z 2-3 metry. Amerykanka spojrzawszy na mnie, uśmiechnęła się i stwierdziła : rozumiem, że jutro będziesz miał cięzkie przejście na granicy 🙂
    Przy stole był jeszcze jeden kumaty Amerykanin, ale o nim poniżej.
    – Hotel Strand ( stary zapyziały Hotel, który dziś wyglada jak Hotel Bristol w Warszawie ) był jedynym hotelem w Rangunie, w którym mogli mieszkać obcokrajowcy.
    Wieczorem w barze było bardzo miło wesoło. Z uwagi na to, że był jedynym dla obcokrajowców – ceny jak dla mnie z komunistycznego kraju były straszne ( 50$/noc. To
    były wówczas dwie miesięczne pensje w Polsce. Oczywiście mówię o cenach i płatności z oficjalnej wymiany i z Kwitu wymiany dewiz. )
    Hotel miał stare wnętrza, żarówki chyba 15 W. i przepiękną ażurową, z kutego metalu windę ( Jest do dziś zachowana, ale już nie jeździ. Do oglądania. Każdy kto jest w
    Rangunie powinien choćby na chwilę wejść do tego Hotelu. Zmieniony jest trochę układ recepcji ale generalnie super odrestaurowanty).
    Ale ! Hotel Strand miał dwa ogromne plusy. Jeden to homary, które po wymianie $ na czarnym rynku kosztowały 0.65 $ za sztukę 🙂 Oczywiście, wieczorem w barze i
    restauracji wszyscy jedli homary. Niektórzy też na śniadanie i obiad 🙂 Przecież to tyle ile jajko na Zachodzie.
    Drugi plus tego Hotelu, to to że nie trzeba było płacić 50$ za noc. Ale to tylko ja wiedziałem, bo byłem z komunistycznego kraju, w którym też był czarny rynek $ i
    kwit wymiany dewiz dla obcokrajowców. Ponadto długo przed Birmą pracowałem w Wawie w Hotelu Studenckim ( w okresie wakacyjnym akademiki byłu
    przekształcane na Hotele ).
    Po zakupie plastra ( o czym wyżej ) udałem się do recepcji zapłacić za pobyt.
    Byłiśmy sami z recepcjonistą. Szeptem zapytałem : czy jeśli dam mu 20$ ( takie ca. 50/50 uważałem, że kwota uczciwa ), to wykreśli mnie z ksiąg meldunkowych jakby
    mnie tu nie było. Ja nie będę miał wpisu w kwicie, a Ty będziesz miał kasę i ja zaoszczędzę 30$.
    Recepcjonista nawet się nie zastanawiał. Powiedział OK.
    Wróciłem do baru. Amerykanin ( o nim powyżej wzmianka ), zapytał mnie czy uregulowałem rachunek i ile zapłaciłem. Powiedziałem, że 20$ ( niczego się nie obawiałem,
    bo znaliśmy się już 6 dni :), a poza tym dobrze mu z oczu patrzyło ). Oczywiście był w szoku i musiałem mu tłumaczyć reguły przeżycia w komunistycznych krajach, z
    którego ja też pochodziłem.
    Poszedł do recepcji i wrócił po 10ciu minutach. Morda uśmiechnięta 🙂 Pytam : OK ? Odpowiada : OK. Pytam : ile zapłaciłeś ?
    Odpowiada : 5$ 🙂
    Przepraszam za słowo, ale to był jedyny wkurwiający moment mojego pobytu w Birmie 🙂

    Ps. po tamtym pobycie i następnym nadal uważam, że jest to jeden z najpiękniejszych krajów świata. Kocham Birmę miłością wieczną.
    pps. przepraszam, ale rozpisałem się.

    • Grzegorz… to najpiękniejszy komentarz, jaki kiedykolwiek dostałem na blogu od kogokolwiek!
      Wielkie dzięki za tak przepiękną historię i morda mi się jak dzika śmiała czytając każde zdanie.
      No i poniekąd zazdroszczę deczko wspomnień… wybacz, z Polski jestem, to muszę znać to uczucie 😉
      Dzięki raz jeszcze!

    • Grzegorz – co za wspomnienia!!!! Ale miałeś możliwość zobaczenia “ciekawych” czasów. A ja myślałem, że jak byłem w 2009 roku i jak czytam teraz jak wygląda Birma to było to coś 🙂
      Dzięki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *