Home » Azja » Birma » Wśród skalnych grot Pho Win Daung blisko Monywy
Pho Win Daung w Birmie
Kompleks grot i jaskiń Pho Win Daung blisko Monywy to jedna z Atrakcji Birmy z dala od utartego szlaku.

Wśród skalnych grot Pho Win Daung blisko Monywy

Share Button

Wyjeżdżając do Birmy miałem plan, by odwiedzić miejsca, w których mnie jeszcze nie było podczas poprzedniej wizyty. Monywa była jednym z takich miejsc. Położona niby blisko Bagan, ale jednak z dala od utartego szlaku, stanowiła ciekawą odskocznię od tego, co zazwyczaj oglądają turyści.

Jest w Birmie coś, czego nie rozumiem. Okazuje się, że im mniej turystyczna miejscowość, tym jest drożej i w sumie nie ma z kim dyskutować o cenach. Ot, monopol i coś jakby nastawienie, że przecież i tak musi to kupić. W Monywie taki problem miałem przy poszukiwaniu noclegu. Okazuje się, że hotel, który urodą i nowością nie grzeszył kosztował 20 dolarów czyli tyle, ile kosztuje hotel w porządnym standardzie w Bagan czy Mandalay. A nawet więcej! Pal sześć, raz się żyje, raz się płaci, a są miejsca, do których przyjeżdża się raz w życiu. Czyli jak ja do Monywy, bo chociaż miejsce jest piękne, to jednak raczej na raz. Ale po kolei.

W samej Monywie nie ma nic ciekawego. Ot, miasteczko jakich wiele. Miejsce, w którym ludzie utknęli na życie i najchętniej zapewne zmieniliby je na inne. Ot, jedno z prowincjonalnych miasteczek, gdzie mieszka się z przyzwyczajenia, z dziada pradziada a nie z wyboru. Przynajmniej w większości przypadków.

Po co jechać do Monywy

A zatem skoro miasto samo w sobie nie oferuje nic ciekawego, to po co tu przyjechać? Odpowiadam: chociażby po to, by zobaczyć okolicę, a ta jest już nader interesująca. Pierwsza z ciekawostek: w tym rejonie Birmy jest taki mały Świebodzin i zobaczymy tu (dosłownie!) największy w Birmie posąg Buddy. Co prawda nie byłem pod nim, ale widać go było między drzewami z kilkunastu kilometrów, kiedy jechałem drogą do Mandalay. Drugim powodem są wspomniane już groty i jaskinie Pho Win Daung, co by nie mówić, potrafią zachwycić!

Drugą atrakcją okolic Monywy jest kompleks około 500 grot skalnych (czasami zwanych jaskiniami) i to one właśnie były celem mojego wyjazdu do tej części Birmy. Tylko dostać się do nich to nie takie hop siup, bo własnego środka lokomocji nie posiadałem, zatem skazany byłem na wynajęcie pana z motorkiem. Jeśli mamy fantazję i pieniądze rzecz jasna możemy wynająć taksówkę. Ja nie miałem ani fantazji, ani pieniędzy. Ponieważ groty są oddalone o około 50 km od miasta, to i dojazd do nich zajmuje sporo czasu. W jedną stronę liczcie przynajmniej półtorej godziny jazdy. Podróży podczas której zaletą jest to, że zobaczycie odrobinę birmańskiej prowincji. Od mojego kierowcy dowiedziałem się np. że bogate złoża minerałów i kopalnie, które mijaliśmy po drodze są sprzedane przez juntę zachodniemu kapitałowi i należą np. do Australijczyków. Bo krajów, które wykupiły złoża jest więcej.

Rzeźby przed grotami w Pho Win Daung
Niektóre wejścia nie ujawniają, że w środku skrywają prawdziwe skarby, ale są i takie, które z zewnątrz bogato rzeźbione, wewnątrz nie zachowały dawnych wspaniałości. W Pho Win Daung nie ma reguł, często najlichsze wejście skrywa prawdziwe skarby, a prawdziwie królewskie wejście nie gwarantuje cudów wewnątrz.

Zwiedzając groty Pho Win Daung

Zwiedzanie zaczęło się niepozornie, bo najpierw była jakaś budka, w której sprzedawali bilety. Problem tylko w tym, że nie było tam nikogo, komu można by było zapłacić. Ale spokojnie, to że ja nie widzę, nie oznacza, że nie ma tu poborcy, który czuwa nad przepisowym wydawaniem wejściówek. Oto podjeżdża do mnie dziecko, tak na oko jakieś 7 czy 8 lat, na rowerku w sam raz dla takiego wzrostu. Tak, oto nadjechał pan bileter! Wziął realne pieniądze, wydał realny bilet i zezwolił wjechać 🙂 A potem poszło już z górki.

Skalne groty Pho Win Daung w Birmie
Wejścia do skalnych grot i jaskń Pho Win Daung w Birmie

W grotach czy też jak wolą inni w jaskiniach Pho Win Daung czekają na nas prawdziwe cuda. Zaczyna się niepozornie, bo wchodzimy po schodkach i po lewej jest jakaś jaskinia do której można wejść, tuż przed nią jakaś rozwrzeszczana rodzinka to pozuje do zdjęć, to się modli, doskonale łącząc ze sobą sacrum i profanum. Wchodzę i ja a tam leży pan Budda. A jeśli leży Budda, to wiedzcie, że będzie on oklejany złotymi płatkami. Oklejany będzie rzecz jasna “na szczęście.” Co ciekawe, ta statua była dostępna dla wszystkich niezależnie od płci. Bo bardzo często płatki przyklejać mogą tylko mężczyźni. Tak było np. na Złotej Skale, czyli jednym z najświętszych miejsc w Birmie.

Ale podążam dalej, ścieżka jest doskonale widoczna i wiedzie od jednej groty do drugiej. Można do nich wchodzić lub tylko oglądać je przez kraty, które mają zabezpieczać przed intruzami. Niestety jest przed kim chronić, bo tutejsze posągi powstawały od XIV do XVIII stulecia zatem potrafią być bardzo cenne. Wiele podobno już padło ofiarą złodziei. Dlatego reszta jest chroniona. Dość nieudolnie, bo kraty zawsze można przepiłować, ale zawsze to jakieś utrudnienie dla przestępców. Przynajmniej tych bardziej nieudolnych.

Królestwo świątynnych małp

I gdzieś między tymi wszystkimi atrakcjami, pomiędzy setkami lat historii są prawdziwi gospodarze miejsca, istotny które wzięły je we władanie i nie zamierzają oddać, pokazują że tu rządzą ich prawa i człowiek musi się z nimi liczyć. Setki małp hałasują w koronach drzew, setki biegają po ziemi albo po prostu siedzą na ławkach. Siedzą i domagają się darów! To nie pomyłka, jak na prawdziwych władców przystało, domagają się składania im trybutu za wejście.

Małpy w Pho Win Daung
Pho Win Daung to królestwo małp. Potrafią one pociągnąć za nogawkę, domagając się datków czyli orzeszków, warzyw lub owoców. I małpy jak to małpy, poruszają się w stadach, toczą ze sobą wojny, zawierają sojusze i… dzielą się zdobytymi na ludziach “łupami”

Nie trzeba na szczęście okupować się finansowo, ale orzeszki, warzywa czy owoce przyjmują chętnie i w każdych ilościach. Biorą to, na co akurat mają ochotę, dary niepotrzebne potrafią wyrzucać. Co więcej, tutejsze małpy są bardzo bezczelne i jeśli nie zamierzasz im nic dać, potrafią podbiec i pociągnąć za nogawkę, byś sobie uświadomił, że trzeba coś rzucić “na tacę”. I zaręczam Wam, że spędzicie długie minuty obserwując małpiszony, bo ich zachowanie jest fascynujące. Są niemalże jak ludzie: zawierają sojusze, trzymają się w grupie lub są na uboczu, ewentualnie prowadzą ze sobą wojny. Bo często zobaczycie osobniki ociekające krwią. Tu nie bierze się jeńców, a małpie zęby są jak widać bardzo ostre.

Zachwycające malowidła Pho Win Daung

A potem poszedłem dalej, bo ile można się patrzeć na małpy? Tylko, że na prowincji to my jako turyści z Zachodu jesteśmy turystyczną atrakcją. Małpy mi odpuściły, bo dary dali za mnie inni, ale ludzie już nie 😉 Oto ta wielka, rozwrzeszczana rodzina, którą spotkałem przy wejściu właśnie postanowiła zatrzymać się na posiłek. A jak posiłek, to dłuższy postój, a jak więcej czasu, to jest to idealna chwila, by dorwać tego jedynego zagranicznego turystę i zrobić sobie z nim zdjęcie. W przeróżnych konfiguracjach. Teraz z samymi dziećmi, teraz z tą grupą, a teraz z najstarszym, a teraz z samymi facetami… itp. Żebym miał takie powodzenie na warszawskich ulicach, jak w Birmie 😀

Obrazy na ścianach Pho Win Daung
Malowidła na ścianach Pho Win Daung zaskakują intensywnością kolorów i przedstawianymi scenami.

I wreszcie zostałem sam, bo okazuje się, że do dalszych części Pho Win Daung dociera niewiele osób. Dlaczego? Nie wiem, bo to co najlepsze, to co najbardziej fascynujące jest właśnie w tym miejscu, a raczej miejscach bardziej oddalonych od wejścia. Tu warto zaglądać w niemalże każdą szczelinę, bo w niej mogą się kryć cuda. Trzeba pochylić głowę i czasami wręcz w kucki wchodzić do środka. A tam czekają cuda, jeśli przyzwyczaimy wzrok do półmroku, to naszym oczom ukażą się nie tylko skomplikowane i barwne wzory pokrywające ściany. Wzory i postacie a nawet całe sceny z wciąż żywymi kolorami. Błogosławiłem fakt, że wziąłem ze sobą statyw, bo dzięki długiemu naświetlaniu udało mi się utrwalić kilka scen.

Figury Buddy, uszkodzone ale i takie, które przetrwały próbę czasu stoją w wielu grotach Pho Win Daung
Figury Buddy, uszkodzone ale i takie, które przetrwały próbę czasu stoją w wielu grotach Pho Win Daung

Wielkie atrakcje nie zawsze są jednak skryte. Ot, wystarczy wejść w jakieś krzaki, żeby okazało się, że za nimi jest jakaś zapomniana dawno świątynia, gdzie tuż obok krzewów z powagą lub lekkim uśmieszkiem spogląda na nas kilka posągów Buddy. A są miejsca, że nigdzie nie trzeba wchodzić, wystarczy po prostu patrzeć na to, co jest tuż przy ścieżce. Ewentualnie trzeba skręcić w coś co można uznać za uliczkę, by zobaczyć, że dawno, dawno temu budowniczowie wyrąbali tu kilkaset ton skały i uformowali ją w fantazyjne wzory. Nie wiem, ile liczy cała trasa, nie włączyłem żadnego urządzenia, ale wiem, że chodziłem dookoła jakieś trzy godziny i nie miałem dość. Gdyby nie fakt, że tego samego dnia musiałem jeszcze dojechać do Mandalay, to zostałbym tu jeszcze dłużej.

Z daleka prawie nie widać, że pomiędzy drzewami skryte są prawdziwe skarby. Wejścia do jaskiń i grot, do miejsc, gdzie sklepienia skrywają freski i stare rzeźby
Z daleka prawie nie widać, że pomiędzy drzewami skryte są prawdziwe skarby. Wejścia do jaskiń i grot, do miejsc, gdzie sklepienia skrywają freski i stare rzeźby

Jeśli zatem będziecie w Birmie, nie zapominajcie, że troszkę z dala od głównego szlaku można natknąć się na takie cuda, jak Pho Win Daung.

Share Button

About Paweł Osmólski

Amator podróży do Azji, którego wspomnienia zostały gdzieś na szlaku w Nepalu na ławeczce pod chałupą jednego chłopa. Kiedyś będę tam musiał wrócić i zabrać je do domu :) Preferuję samotne wyjazdy, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. W czasie wolnym od pracy i podróży zapalony degustator piwa.

7 komentarzy

  1. Rzeczywiście zachwycające te malowidła, oddają kawał historii.

  2. Pięknie:) Mam nadzieję, że i mi kiedyś uda się wybrać w te tereny. Z chęcią przeczytałem Twój wpis. Pozdrawiam.

  3. Witaj! Gratuluję cudnej wyprawy i odkrycia tego miejsca. Do Birmy lecimy w styczniu 2018. Marzymy by odwiedzić to miejsce, ale nie potrafimy ułożyć planu jak się tam dostać. Z Mandalay wydaje się bliżej jednak jeżeli jednak z Bagan łatwiej to gotowi jesteśmy zrezygnować z Mandalay dla tego miejsca, które tak pięknie opisujesz. Jeżeli możesz i chcesz coś poradzić to bardzo prosimy. Pozdrawiamy serdecznie życząc następnych udanych podróży.

    • Hej Alek,
      /grot
      Zdecydowanie nie rezygnowałbym dla Monywy z Mandalay. Może samo Mandalay nie jest jakoś wielce fascynujące (dla mnie rzecz jasna), to dookoła jest tyle fascynujących miejsc, że nic tylko jechać i zwiedzać.
      Ale co do dostania się do Monywy a potem do jaskiń/grot to ja przyjechałem busikiem z Bagan i zajęło to kilka godzin. Akurat na wieczór byłem i rano pomknąłem w kierunku jaskiń. Popołudniową porą zaś dostałem się do Mandalay, gdzie byłem wczesnym wieczorem.
      Ale serio, nie rezygnuj z Mandalay, bo obok jest przepiękne Mingun i most U Bein, a wcześniej też królestwo Ava.
      Pytaj jak coś, chętnie podzielę się wiedzą.

      • Witaj Pawle
        Fantastycznie opowiadasz o Birmie. Napisz proszę czy do jaskiń Monywy lepiej jechać z Bagan i potem dalej do Mandalay czy na 1-dniową wycieczkę z Mandalay ?
        Pozdrawiam

        • Hej,
          nie mam pojęcia, co lepiej. Mogę powiedzieć, co ja zrobiłem 🙂
          Wyjechałem wieczorem z z Bagan, by następnego dnia o poranku z kierowcą motocykla jako plecak pojechać do skalnych grot 🙂
          A poza tym, pięknie dziękuję za komplement i cieszę się, że moje opowieści się podobają 🙂
          Dziękuję!

      • Od Alka. Witaj! Bardzo, ale to bardzo dziękuję. Zastosuję się do rady. Mandalay nie odpuszczę.Ponieważ kocham pociągi to zdecydowałem się tam dojechać koleją z Rangunu. Myślę, że jak raniutko wystartujemy do grot to jakoś na noc wrócimy do Mandalay. Bardzo serdecznie pozdrawiam od siebie i współtowarzyszy podróży. Alek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *