0

O tej chwili marzyłem jeszcze w Polsce. Oczyma wyobraźni widziałem się wchodzącego na szlak prowadzący ku ośnieżonym szczytom Himalajów. I oto moje marzenie ma się spełnić już za kilka godzin, za chwilę będę szedł w kierunku serca Himalajów. Do Annapurna Base Camp. 

Jeszcze w Pokharze. Pobudka o 5:50, bo oczywiście wieczorem nie było światła, zatem nie było się też jak spakować. Niepotrzebne rzeczy idą do wora, który spocznie w depozycie u gospodarza guesthouse’u. Nie ma ich co targać ze sobą, każdy zbędny kilogram odczuję na szlaku.

Pokhara widok na Himalaje z dworca autobusowego

Kiedy przyjdziemy na “dworzec autobusowy” w Pokharze, czas będzie nam umilał widok na Himalaje

O 7 już jestem na dworcu, taksówka kosztowała 150 rupieci co mnie jakoś nie zrujnowało i od razu kupuje bilet na autobus o 7:25. Wychodzę przed kasę i w tym momencie wbija mnie w ziemię. W krystalicznie czystym powietrzu tuż nad dachami domów widzę panoramę gór, widzę krajobraz, w który już za kilka godzin będę się zagłębiał. Wygląda magicznie, ośnieżone szczyty kontrastują z szarzyzną okolic dworca w Pokharze. Przez dobre kilka minut kontempluję widok, w sumie to nawet nie wierzę, że faktycznie to widzę, że tu jestem, że dotarłem. Przecież zawsze chciałem zobaczyć Himalaje… a teraz nawet w nie pójdę! Marzenia się spełniają 🙂

Po chwili jednak koniec rozmyślania, trzeba iść do autobusu. Mam nawet farta bo zajmuje miejsce w środku i co więcej na siedzeniu 🙂 Po krętych, wąskich i stromych drogach autobus nie jedzie szybko, on się po prostu wlecze. O godzinie 10 wreszcie przybywam do Naya Pool, potem szybkie zejście do Birethanti, szybkie śniadanie, kawa, sprawdzenie pozwolenia na wejście do ACAP i tak zaczyna się wejście na szlak… (zezwolenie wcześniej trzeba wykupić w Kathmandu lub Pokharze za 2000 rupii).

Tarasowe pola to stały widok w niższych partiach HImalajów. Wyżej będzie już bardziej surowo

Tarasowe pola to stały widok w niższych partiach Himalajów. Wyżej będzie już bardziej surowo

Początkowo droga jest nadspodziewanie łatwa, lekko pochyła i prowadzi przez jakieś wioski, dopiero po 2 godzinach marszu zaczynają się schodu (dosłownie i w przenośni) szlak zaczyna się piąć ostro do góry i wreszcie można spojrzeć w dół. A widok nie powiem całkiem ładny, bo dzień upalny i chmury nie zasłaniają nieba.
Dopiero teraz czuję, że warto było wydać pieniądze na dobre buty, teraz odczuwam, że plecak wcale nie jest taki lekki, ale też zaczynam odczuwać z nim niejaką jedność. Bo w środku przelewa się woda w butelkach. Krok – chlup – krok – chlup. Iście żywy organizm reagujący na moje poczynania 🙂

Po drodze zaczynam czuć jak dziwnym przybyszem jestem. Nie mam bowiem ani przewodnika ani tragarza. Wszyscy, ewentualnie prawie wszyscy, mają kogoś, kto odciąża ich w trudach wspinaczki, kogoś kto targa ich plecak albo też wskazuje drogę i niesie plecak. Tylko czy można tu mówić o konieczności przewodnika? Szlak jest jak autostrada, czasami równiejszy niż autostrada kolo Berlina, którą pamiętam z wczesnych lat 90. Idealnie ułożone kolo siebie bloki skalne prowadzące tylko wyżej i wyżej. Po schodkach. Tu nawet potknąć się jest trudno tak ładnie wszystko przygotowane. Ja jednak targam swoje rzeczy sam, bo co to za frajda mieć je wniesione, co to za wysiłek i następnie samozadowolenie? Ale jest też i inny aspekt, nie stać mnie na wyrzucenie 10 dolarów (ceny za rok 2009) na dzień czyli około 100 dolców za całość treku. 100 dolców to sporo piw w Polsce. Tu dwa razy mniej ale i tak szkoda. A poza tym zawsze wszystko robię sam i nikt mi prywatnych bambetli targać nie będzie. Moje majtki będę nosił sam 🙂

Dziś idę do Ghandruk i prawie osiągnąłem już cel wspinaczki, jednak jakieś 10 minut przed osiągnięciem pierwszych zabudowań łapie mnie deszcz. Co tam deszcz, ulewa, burza cała. Zatem błogosławię swoją naprędce naciągniętą na grzbiet kurtkę i gnam do góry po śliskich stopniach, byle szybciej, byle do ludzi, byle pod dach. I już po chwili… wraz z jakimś osłem chowam się pod pierwszym lepszym dachem skąd po chwili przechodzę do lodgy. Osioł zostaje 😉

Niestety wieczorem przychodziły chmury. Szkoda, bo widok zachodzącego słońca na szczytach wyglądałby pięknie

Niestety wieczorem przychodziły chmury. Szkoda, bo widok zachodzącego słońca na szczytach wyglądałby pięknie

100 rupii za nocleg to nie jest jakaś zawrotna kwota i nie powala na kolana. Jednak już 200 za dwa, literalnie dwa!, naleśniki powoduje pewną konfuzję. Kawa 50, herbata 15. Cóż, jednak coś jeść muszę. A reszta dnia będzie dniem leniwca. Póki co jestem na tyle nisko że nawet nie potrzebuje dodatkowego koca z lodgy. Śpiwór w zupełności wystarcza.

Pokoik w hoteliku na szlaku, to jeszcze nie klasyczna lodga. Pokoik jest mały ale czysty. I była ciepła woda :)

Pokoik w hoteliku na szlaku, to jeszcze nie klasyczna lodga. Pokoik jest mały ale czysty. I była ciepła woda 🙂

(Opis trekkingu do Annapurna Base Camp – rok 2008)

Paweł Osmólski
Amator podróży do Azji i po Europie Wschodniej, a szczególnie po Bałkanach. Jakoś tak mam, że marzenia same mi się nie spełniają, zatem robię wszystko, by je spełnić. Preferuję wyjazdy w pojedynkę, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. Nie zawsze miłych, ale tylko tak można poznać prawdziwą twarz danego kraju. Wolę brudną prawdę niż lukrowane opowieści o jednorożcach. Dlatego moje opisy są czasami do bólu szczere ale zawsze prawdziwe. Dużo pracuję, w czasie wolnym piszę tego bloga i szukam najlepszego piwa na świecie :)

Te artykuły też Cię zainteresują

Komentarze

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Więcej w Azja