AzjaNepal

Trekking dookoła Annapurny – jak przeszedłem szlak Annapurna Circuit

1
Trekking dookoła Annapurny. Panorama doliny w Himalajach.
Trekking dookoła Annapurny. Panorama doliny w Himalajach.

Trekking dookoła Annapurny był moim marzeniem od dziesięciu lat, kiedy w Nepalu byłem po raz pierwszy. Wtedy wybrałem inny szlak i miałem mniej czasu. Tym razem Annapurna circuit trek był moim głównym celem. Znów chciałem się sprawdzić w Himalajach i podziwiać piękne widoki. 

Kiedy byłem w Nepalu 10 lat temu, był to mój pierwszy duży i samodzielny wyjazd. Ech, jaki ja wtedy miałem stres. Że coś się nie uda, że sobie nie poradzę, że wynikną jakieś nieprzewidziane okoliczności, że zasypie mnie lawina lub dotkną inne plagi. Wiecie, niepewność nowicjusza. Wtedy celem był trekking do Pierwszej Bazy Annapurny – Annapurna Base Camp, o wiele krótszy marsz niż ten, który zaplanowałem na ten pobyt w Nepalu. Wtedy potrzebowałem tygodnia na drogę w tę i z powrotem. Tym razem trekking dookoła Annapurny miał mi zająć około dwóch tygodni. Zajął 9 dni plus dzień dojazdu autobusem z Jomson do Pokhary. Wrażenia z trekkingu są magiczne i niezapomniane i widoki na pewno na zawsze pozostaną we wspomnieniach. Ale tak to jest, jak się obcuje z pięknem absolutnym.

I tym razem nauczony doświadczeniem pojechałem o wiele lepiej przygotowany, odrobiłem lekcję z ostatniego pobytu. Na trekking dookoła Annapurny wziąłem o wiele mniejszy bagaż, ale dołączyłem do niego także kije trekkingowe, by odciążyć kolana – bez tego nie wyobrażam sobie teraz marszu po górach. I tak samo jak wtedy, tak i teraz niepotrzebne rzeczy zostawiłem w hotelu w Pokharze, wziąłem tylko to, co niezbędne.

Troszkę żałuję, że nie poszedłem tym razem na szlak do Tilcho Lake, ale miałem wybór albo jezioro, albo rafting. I to nęci i to kusi, ale wybór finalnie padł na mokrą przygodę 🙂 Zatem mam powód, by Nepal odwiedzić jeszcze raz. Kiedyś…  Zapraszam na relację z trekkingu. Dzień po dniu, z mnóstwem wrażeń i szczerych przemyśleń. Aha i to co zdradzę Wam od razu, podczas trekkingu dookoła Annapurny najpiękniejsze widoki zazwyczaj będziecie mieli za plecami. Zapraszam na relację z wyjazdu!

Dzień pierwszy – w drodze do Tal (1700 m.n.p.m.)

To jeszcze nie jest właściwy trekking dookoła Annapurny, ale bez tego dnia się nie obędzie. Wstaję rano w hotelu w Pokharze i ruszam na turystyczny dworzec autobusowy (Tourist bus park). To stąd o 6:30 odjeżdża autobus do Besisahar czyli miejscowości, skąd można zacząć właściwy trekking. Mam plany delikatnego skrócenia trekkingu, bo czas goni, a w Nepalu chcę przeżyć i zobaczyć coś więcej niż Himalaje.

Panorama Himalajów o świcie, kiedy szedłem na dworzec, by wsiąść w autobus do Beshisahar.

Panorama Himalajów o świcie, kiedy szedłem na dworzec, by wsiąść w autobus do Beshisahar.

Kiedy idę na dworzec, jest jeszcze ciemno, kiedy dochodzę tuż po szóstej, jest już jasno. Tuż przy wejściu na plac manewrowy autobusów, zostaję przechwycony i skierowany do budy sprzedającej jedzenie oraz bilety. Płacę 500 rupii za bilet i… czekam. Bo autobus ma podobno odjechać o 7, jak informuje pan. Finalnie okazuje się jednak, że odjeżdża wcześniej, bo o godzinie 6:30, tak jak zresztą podaje wiele źródeł w internecie. W każdym razie, jak tylko przyjechał warto się do niego rzucić i zająć miejsce, bo z siedzeniami może być kłopot. Część osób przez całe prawie 4 godziny jazdy po wertepach musiała stać lub siedzieć na niewygodnej drewnianej ławeczce, którą postawiono w przejściu. Lokalny koloryt, tu przepisy przewozowe nie obowiązują 🙂

Besishahar. Dla wielu początek szlaku dookoła Annapurny.

Besisahar. Dla wielu początek szlaku dookoła Annapurny.

Po przyjeździe do Besisahar turyści organizują się w grupki, by podjechać kawałek trasy i zaoszczędzić czas, potrzebny na pokonanie pierwszych kilometrów trekkingu. W sumie w pół dnia można zaoszczędzić nawet dwa dni marszu. Tu trzeba dodać słowo wyjaśnienia: Trekking dookoła Annapurny bardzo się skomercjalizował i jest jedną z największych atrakcji turystycznych Nepalu. Co za tym idzie, chce go przynajmniej na jakimś odcinku przebyć duża rzesza turystów – także i tych, którzy w normalnych warunkach nigdy by się na szlaku nie pojawili. Dla nich przygotowane są jeepy, które za opłatą są gotowe zawieźć ich nawet na wysokość 4000 metrów.

Piszę o tym tylko dlatego, żeby pokazać Wam, że szczególnie na dolnych partiach szlaku odbywa się całkiem spory ruch kołowy, a część szlaku dookoła Annapurny odbywa się po zwyczajnej drodze. Drodze, która jest pylista, a każdy jeep podrywa tumany dławiącej gardło chmury. Naczytałem się o tym i wolałem tego uniknąć. Czy uczyniłem dobrze? Nie wiem, osoby które potem spotkałem na szlaku twierdziły, że wcale nie było tak źle i samochodów nie było wiele. Dało się iść i żyć. Ale poniżej macie zdjęcie, które zrobiłem przez tylną szybę jeepa na to, co zostawało za nami.

Taki ślad zostawał za jeepem, którym jechaliśmy z Beshisahar do Tal.

Taki ślad zostawał za jeepem, którym jechaliśmy z Besisahar do Chamje.

Ja jednak wybrałem skrócenie trekkingu o około dwa dni i podjechałem jeepem do Chamje. Wraz z 6 innymi turystami potargowaliśmy się i ustaliliśmy cenę 1300 RS za podrzucenie nas do Tal – to w drodze zadecydowaliśmy, że dzień jest jeszcze młody i przyjechaliśmy tu na trekking, a nie by wozić dupsko samochodem. Wysiedliśmy i ostatnie kilometry z Chamje do Tal pokonaliśmy pieszo. Wysiedliśmy właśnie tam, bo w tym miejscu szlak dla ludzi przechodził na drugą stronę rzeki.

W wiosce  Chamje w Himalajach.

W wiosce  Chamje w Himalajach.

Ech, to był ten przedsmak Himalajów Nepalu. To tu zaczynały się dla nas pierwsze górskie widoki – niebieskie niebo, zielona roślinność, szare i surowe skały – miks idealny. Przedsmak przygody, początek czegoś, na co czekało się tyle miesięcy, a marzyło jeszcze dłużej, bo trekking dookoła Annapurny jest chyba na liście marzeń większości osób, które lubią góry.

Wiecie, jak wspaniale było przekroczyć pierwszy wiszący most? Symboliczną bramę między wygodnym podróżowaniem samochodem, a wysiłkiem na własnych nogach. Dodatkowo z pełnym bagażem, zabranym ze sobą na trekking. I pomimo tego, że plecak miałem dość lekki, to jednak dość szybko przekonałem się, że co innego iść z nim po równym, a co innego pod górę. Tym bardziej, że po odcinkach gdzie przewyższenia były dość nieznaczne, nastały takie, gdzie trzeba było podejść ponad sto metrów w górę za jednym razem. Ech, w takich chwilach człowiek wie, jak nigdy, że w dużej części składa się z wody 🙂

Szlak w Nepalu - dolne partie trekkingu dookoła Annapurny

Szlak w Nepalu – dolne partie trekkingu dookoła Annapurny

Ale zaczęło się to, po co przyjechałem w Himalaje. Wysiłek i piękne widoki. Oraz widoki dość kuriozalne jak wisząca na wyciągnięcie dłoni linia wysokiego napięcia z napisem, by nie dotykać, bo płynie tam 33 000 volt. Faktycznie, sporo w Himalajach małych elektrowni wodnych, by zasilać okoliczne wioski.

Wejście do dystryktu Manang - symboliczna brama w Himalaje.

Wejście do dystryktu Manang – symboliczna brama w Himalaje. Jak widać wszyscy kontemplowali otwierający się widok na Himalaje.

Dzień drugi – Z Tal do Timang (na 2750 m.n.p.m.)

Pierwszy cały dzień na szlaku. Mieszanina ekscytacji i obaw jak to będzie. Czy kondycja okaże się taką, jaką być powinna? Czy widoki takie, jak widziało się w internecie? 😉 Znaki w Tal informują, że dziś przede mną przynajmniej 5,5 godziny drogi. Ale ponieważ nie pomykam już po szlakach jak górska kozica, już o poranku jestem pewien, że to będzie dłuuuższy dzień. Dziesięć lat temu podczas trekingu do Annapurna Basa Camp szło mi zdecydowanie szybciej.

Wciąż idę z poznaną w autobusie grupą zebraną z różnych narodowości. Są Australijczycy, jest ktoś z Holandii oraz z Anglii i Szkocji. No i jest też osobnik z Korei Południowej, ale on nic nie mówi, bo niemalże nie zna angielskiego. Zresztą ja też mówię mało, bo angielski z australijskim akcentem brzmi dla mnie jak język kosmitów. Zresztą oni wzajemnie też czasami się nie rozumieją 😀

Dolne partie szlaku dokoła Annapurny

Dolne partie szlaku dookoła Annapurny.

Początek drogi to idylla. Po lewej szemrze strumyk, my idziemy głęboką doliną, której granie chronią przed słońcem, a w oddali widać zamykające horyzont szczyty. Szlak wije się po drugiej stronie drogi, a wspomniana rzeka separuje nas od ruchu samochodowego – zapewniając i święty spokój, i świeże, wolne od kurzu powietrze. Wąska ścieżka prowadzi powoli w górę, nie trzeba tu dużego wysiłku, jeśli są jakieś wyższe podejścia, ktoś ułożył wygodne schody. Tak można maszerować godzinami, wysokość 1700 metrów jest jeszcze kompletnie nieodczuwalna dla organizmu.

Wioska Odar – tu zatrzymał się czas

Za Dharapani docieramy do pierwszego punktu decyzyjnego – iść prosto, czy odbić w górę i zobaczyć, co kryje się w miejscowości nazwanej dźwięcznie Odar. Decyzja pada, by iść w górę i odbić od głównego szlaku. Może to i dłużej, ale przecież jesteśmy tu nie  po to, by jak najszybciej przejść szlak dookoła Annapurny, lecz by maksymalnie dużo zobaczyć. I wiecie co? I tu zaczęły się schody – dosłownie i w przenośni. Bo o ile wcześniej podejścia były relatywnie nieduże, to tu nagle okazało się, że schody wiją się i wiją… a nam sił zaczyna już powoli brakować. Ok, ponieważ byłem jednym z najstarszych w tej grupie, to zazwyczaj ja byłem gdzieś tam w ogonie. Co poradzić, że w wieku 20 lat ludzie mają lepszą kondycję? 🙂

Wieś Odar w Nepalu

Jedno z podwórek wioski Odar, gdzie wydaje się, że czas zwolnił albo wręcz niemal stanął.

Wreszcie docieramy do celu czyli wioski Odar. By ją sobie wyobrazić, najlepiej dokonać porównania. Jeśli zamkniecie oczy i będziecie chcieli przywołać obraz średniowiecznej wioski, w której są wstawki z nowoczesności w postaci rynny z PCV oraz dachu z blachy, to to będzie właśnie Odar. Kamienne, misternie ułożone ściany domów i budynków gospodarczych, które zapewne mają po kilkaset lat, drewniane drabiny, które nie są zbite z desek tak jak u nas. Tu drabinę wycina się w pniu drewna – nacinając w odpowiedni sposób i tworząc coś w rodzaju schodów. Takie male szczegóły, które stanowią o klimacie miejsca.

Wioska Odar w Nepalu

Wioska Odar – drabiny, to zwróciło moją największą uwagę. U nas zbija się je ze szczebli, tu rzeźbi w jednym kawałku drewna!

Rozglądamy się po okolicy, praktycznie nikt z lokalnej ludności się nami nie interesuje. Co więcej, wioska nie jest nastawiona na turystów. Tu nikt nie sprzedaje coca coli i ciastek. Życie płynie swoim rytmem, ktoś coś niesie, jakaś pani przy gumowym wężu z nowoczesnym zaworem robi pranie. Gdzieś tam ktoś gada w drzwiach z sąsiadem. A my poszliśmy najwyżej, jak się da czyli na wzniesienie z punktem widokowym i małą świątynią na górze. Pięknie tu… dookoła nas góry, zieleń i tarasowe pola wraz z siatką dojść do nich, która wygląda jak dziwna plątanina ale ma swój cel. Szkoda, że już jest po żniwach, przed nimi musiało tu być jeszcze bardziej zjawiskowo.

Wioska Odar w Himalajach widok na okolicę

Widok na okolicę z wioski Odar. Serce Himalajów jest coraz bliżej.

Schodzimy i podążamy dalej przez to fascynujące miejsce, gdzie w pewnym sensie zatrzymał się czas. Otwieramy i zamykamy furtki, ustawione na ścieżkach, a które to chronią przed tym, by krowy się nie rozbiegły po okolicy – bo kozy i tak skaczą, jak chcą. Wieś w czystej postaci. Ale o tym, że jednak i w Nepalu jest nowoczesność przypomina nam szkoła. Co ciekawe, dzieci od razu wybiegły do nas, by pogadać i poćwiczyć angielski. Nawet na przysłowiowym krańcu świata wszyscy mają świadomość, że nauka jest kluczem do rozwoju.

I tu następuje rozstanie, bo grupa, z którą podróżuję zatrzymuje się na obiad. Mnie nie chce się jeść i postanawiam odłączyć się od nich. Zresztą i tak nie ma za bardzo chemii między nami zatem bez żalu. A poza tym co poradzić, że wolę chodzić w swoim tempie i nie gonić, ani nie czekać na nikogo. Tak mniej się męczę. Nagle stuk, stuk kijków trekkingowych należy tylko do mnie. Moja jest cisza i moje są ptaki – nikt mi niczego nie narzuca ani ja nie muszę się dostosować. Doskonały wybór.

Droga na szlaku dookoła Annapurny.

Droga na szlaku dookoła Annapurny.

Szkoda tylko, że pogoda się psuje. Od jakiegoś czasu już nie ma niebieskiego nieba, słońce nie ogrzewa twarzy, a i delikatny wiaterek zaczyna mocno chłodzić – trzeba założyć kurtkę przeciwwiatrową. A potem zaczyna padać deszcz… Wściekły jestem, bo… przecież przyjechałem tu po widoki, a zza deszczu i chmur ledwo widać najbliższa okolicę. Ale co robić, wysokie góry rządzą się swoimi prawami. Trzeba je uszanować. I liczyć, że po noclegu w Timang następny dzień będzie lepszy.

Chociaż i tak najważniejsze dla mnie to, fakt, że wreszcie idę sam, nie muszę się dostosowywać do innych. Mogę zatrzymać się kiedy chcę, podziwiać to co chcę i kiedy chcę. Tym są dla mnie góry, wolnością wyboru. Zatem przystaję, kiedy widzę kobietę siedzącą na kupie kamieni, bo jej zajęcie polega na kruszeniu większych głazów na drobny tłuczeń, którym później będzie wysypana droga lub podwórko. Przystaję zdumiony, kiedy widzę kobietę z dwójką dzieci, z których jedno na plecach ma kosz i właśnie trwa ładowanie drewnianych szczap na plecy kilkulatki. Jakże to inne od tego, jak dzieci są wychowywane i co robią w Europie.

Dzieci noszące drewno w Nepalu

Dzieci noszące drewno do wioski, gdzieś na szlaku dookoła Annapurny. Oczywiście możemy uznać, że to kosz dla dorosłej, ale nie mam tej pewności.

Kobieta tłukąca kamienie w Nepalu

Kobieta tłukąca kamienie, gdzieś w okolicach wsi Timang.

Dzień trzeci – Z Timang do Dhikur Pokhari (3060 m.n.p.m.)

Jesień w Himalajach koło wsiTimang

Jesień w Himalajach koło wsi Timang

Rano jest przepięknie. Chmury rozwiały się gdzieś, a błękitne niebo niesamowicie kontrastuje z kolorami jesiennych liści – idylla albo kicz, to dwa pojęcia, które przychodzą mi do głowy, kiedy wracam pamięcią do tego miejsca. Ale co poradzić, że jedyne co można powiedzieć to: Jak tu pięknie! I chłonąć krajobraz, z żalem wręcz idąc dalej, bo chciałoby się w takim miejscu siedzieć długie godziny. Czasami jest nawet swojsko, bo idzie się pośród owocujących sadów, gdzie jabłonie byłyby na wyciągnięcie ręki, ale ponieważ są to cenne owoce, to każdy sad jest dobrze ogrodzony 🙂 A dodatkiem do klimatu są małe kapliczki i rzecz jasna tybetańskie flagi modlitewne nad głową.

Kapliczka na szlaku dookoła Annapurny

Kapliczka na szlaku dookoła Annapurny

W trakcie całego trekkingu korzystam z aplikacji maps.me, która chyba jest najlepszym istniejącym przewodnikiem, jeśli chodzi o wybór szlaku po Himalajach. W pewnym momencie widzę, że mam do wyboru dwie ścieżki, jedna po głównej drodze i druga boczna, przebiegająca bliżej płynącej tu rzeki. Nie lubię towarzystwa samochodów, zatem wybieram bardziej ustronny szlak i w pewnym momencie jestem w kropce.

Okazuje się, że ścieżka prawie zanikła, że i owszem jakieś pojedyncze osoby tędy chodzą, ale to szlak, który jest używany rzadko i przez nielicznych. Mam podejrzenia, że to może stary szlak, istniejący tu, zanim powstała wygodna droga dla samochodów. A utwierdza mnie w tej opinii widok zrujnowanego kamiennego domu, który kiedyś zapewne był jednym z tych, gdzie można było znaleźć nocleg i jedzenie podczas trekkingu. Dziś pozostało z niego bardzo niewiele – kupki desek i kamienne ściany czegoś, co kiedyś pewnie było łazienką. Idzie się coraz ciężej, bo trzeba przedzierać się przez paprocie i inne krzewy porastające ledwo widoczną ścieżkę. Ale za to jestem pewien, że miejsce jest tylko dla mnie. Idealne dla wyciszenia myśli przy płynącej tuż obok rzece. Tak szczerze mówiąc, to ten odcinek szlaku dookoła Annapurny przypomina mi… odległe o kilka tysięcy kilometrów Tatry 🙂

Ruiny domu na dawnym szlaku wiodącym dookoła Annapurny.

Ruiny domu na dawnym szlaku wiodącym dookoła Annapurny.

O tym, że jestem jednak w Himalajach przypominają mi mosty linowe, wiszące nad strumieniami i parowami. I wreszcie znów wychodzę na główny szlak, znów z rzadka mijają mnie jeepy z zaopatrzeniem i nielicznymi turystami, którzy wolą kawałek podjechać. Przede mną wioska Chame – jedna z większych na całym szlaku, zatem jeśli macie chęć na odwiedzenie piekarni, uzupełnienie zapasów wody lub po prostu nocleg, tu znajdziecie wszystko.

Wychodząc z wioski Chame w Himalajach

Wychodząc z wioski Chame w Himalajach

Zaczynają zanikać drzewa liściaste, krajobraz staje się coraz bardziej surowy. I nagle wśród tego krajobrazu… droga przecina wielkie połacie ogrodzonych sadów z jabłoniami. Jabłka może nie są jakieś wielkie, ale fakt, że na tej wysokości ktoś posadził sady, zaskakuje! Ba, jest tu nawet wielki magazyn jabłek, a za nim podobno jeden z najbardziej luksusowych a na pewno droższych hoteli na szlaku dookoła Annapurny. To jeśli lubicie luksus, może być ciekawe miejsce, ja wolę skromniejsze warunki 🙂

Droga wykuta w skale na szlaku dookoła Annapurny.

Droga wykuta w skale na szlaku dookoła Annapurny. Jak widać droga wiedzie skrajem przepaści.

Kolejne kilometry trekkingu, to kolejne zdziwienia, bo jak nie podziwiać drogi wyciętej w skale? Inżynierowie przewidzieli tu nawet mijanki dla samochodów, bo przecież ruch jest w dwóch kierunkach. Chociaż powiem Wam, że droga wijąca się nad przepaścią i to bez żadnych barierek do najbezpieczniejszych nie należy. Ale samochody jakoś się mijają, a wypadków wcale nie ma aż tak wiele. Jednak powiedzmy to sobie uczciwe… są! Znów nadciągają chmury, wiatr zaczyna wiać coraz silniej a przyjemna wędrówka staje się większym zmaganiem z przeciwnościami przyrody.

Wieczorem nad szlak nadciągnęły znów chmury, ale dla takich widoków, nawet one mi nie przeszkadzały.

Wieczorem nad szlak nadciągnęły znów chmury, ale dla takich widoków można iść wiele kilometrów.

I mam do wyboru: wygodniejsza trasa dla samochodów lub skrót wraz z podejściem pod górę. Ponownie wybieram trudniejszy wariant, który oczywiście jest dłuższy, ale liczę, że widoki będą piękniejsze – nawet pomimo chmur. I faktycznie po przejściu przez wiszący most droga przez las jest klimatyczna. Szczególnie ciekawie jest, kiedy dochodzę do miejsca, gdzie kiedyś było coś, co można by nazwać targiem lub skupiskiem sklepików. Zapewne to kolejna pozostałość po starym szlaku, dziś kiedy większość ludzi wybiera drogę dla samochodów, jego sens znikł, a na jedynym murowanym i kamiennym budynku wisie kłódka.

Kamienie na szlaku dookoła Annapurny

Coraz zimniej, coraz ciemniej, a do Dhikur Pokhari, gdzie zamierzam zatrzymać się na noc, jeszcze spory odcinek. Ale i tak zatrzymuję się na dłużej przy miejscu, gdzie znajdują się setki ustawionych na sobie kamieni.

Dzień czwarty – Dhikur Pokhari do Braka (na wysokość 3439)

Panorama doliny w Himalajach.

Panorama doliny w Himalajach.

Wydawało się, że to będzie bardzo lekki dzień, ale tak to już jest z wydawaniem się, że tylko się wydaje 😉 (wiem, brzmi znów jak ulubiony Paulo z Coelhów). Bo dzień ten był i wspaniały oraz męczący zarazem. Na początku było dość płasko i maszerowało się bez zbytniego zmęczenia. Nawet nie musiałem iść w żadnej grupie. Ponieważ wychodziłem z Dhikur Pokhari, to byłem za główną falą trekkerów. Większość osób podczas trekkingu śpi kawałek dalej czyli w Pisang i Upper Pisang, gdzie infrastruktura turystyczna jest nieporównywalnie lepsza. Ale jak to śpiewał Frank Sinatra, ja “szedłem własną drogą.”

Tragarze na szlaku w Himalajach

Tragarze na szlaku w Himalajach. Oni też idą własną drogą, ale ich wytrzymałość jest nieporównanie większa niż turystów. Zresztą widać, ile plecaków na raz niosą.

Fajnie jest iść samemu, można spokojnie myśleć, można mieć czas na refleksje. I można chłonąć widoki. Np. takie jak ten, kiedy wychodząc z Pisangu, słyszę hurgot… to pewien starszy pan wprawił w ruch młynki modlitewne, które znajdują się w murze mani, czyli ponadstumetrowej konstrukcji zawierającej rząd młynków modlitewnych. Młynki zawsze obraca się zgodnie ze wskazówkami zegara. Pan szedł powoli i wprawiał w ruch młynek za młynkiem. Miał czas, szedł powoli i modlił się. Nie lubię przeszkadzać ludziom w sacrum. Poczekałem z wyprzedzeniem go, do czasu aż przejdzie na drugą stronę muru mani.

Mani - mur modlitewny w Pisangu.

Mani – mur modlitewny w Pisangu.

Opuściłem Pisang, żegnany zapachem dymu jałowca i kadzideł, które rano rozpalane są przed domami – na szczęście, przeciw złym duchom. I znów marsz, znów widoki i czas tylko dla siebie. Jak mi tego było potrzeba po pracy w korporacji. To tak cudowne uczucie po spacerach od tramwaju do biura w warszawskim Mordorze. Tu jest dzika przyroda i przestrzeń zamiast ścian. Świeże powietrze zamiast klimatyzacji, niebo zamiast ograniczającego sufitu, piękne turkusowe jezioro zamiast sadzawki Orczego Oka. I ja… wędrująca maleńka w pojedynkę postać, zamiast podążania w potoku tysięcy ludzi wylewających się z metra i tramwajów.

Ale do tego są też litry potu wylewane z siebie, kiedy przecinam wiszący nad przepaścią most linowy, apotem pozostaje mi tylko kilkusetmetrowa wspinaczka trawersami na kolejne wzniesienie. I zachwyt, kiedy wreszcie doczłapuję do szczytu, do miejsca gdzie witają mnie kamienne mury mani, pamiętające wiele minionych pokoleń. I wioska Ghyaru… Miejsce, które lata świetności ma dawno za sobą, ale jeszcze trwa na przekór pogodzie.

Wejście do wioski Ghyaru

Wejście do wioski Ghyaru

Część domów straciła już dachy, część trwa, by obsługiwać ruch turystyczny. Na tarasach, gdzie kiedyś zapewne suszyło się zboże, teraz stoją stoły dla turystów, by zjedli obiad. Jest coś magicznego w Ghyaru. Surowość i mistycyzm. Niesamowicie było zagłębić się w te zrujnowane domy, oglądać zawalone ściany, złamane belki i… podziwiać, że gompa czyli świątynia jeszcze stoi i jest odnawiana. Z miejscami kultu czas obchodzi się łagodniej. Dopóki są ludzie, zawsze znajdzie się ktoś, kto wierzy… Ciekawe, do kiedy w Ghyaru będą ludzie. Oby jak najdłużej, bo magicznie tu, jakby czas zatrzymał się wieki temu. A o nowoczesności przypominają tylko słupy elektryczne.

Świątynia na szlaku w Himalajach. Wioska Ghyaru.

Świątynia na szlaku w Himalajach. Wioska Ghyaru.

A dalszy trekking dookoła Annapurny był coraz bardziej fascynujący. Kolejne kilometry, kolejne widoki na masywy Annapurny II, III i IV. Jak z tej odległości lodowce na ich ścianach wyglądają potężnie i finezyjnie zarazem. I nieziemsko też wygląda z tej wysokości dolina u moich stóp. Widzę to zielonkawe jeziorko, gdzie byłem jeszcze kilka godzin temu, mogę wręcz prześledzić swój szlak, który jest kilkaset metrów pode mną i masyw Annapurny II tuż po prawej, kiedy stoję odwrócony do kierunku marszu. Żeby to poczuć, tam trzeba być. Marzyłem o takiej chwili od kilku lat… Magia!

Widoki na trekkingu w Himalajach. Dla takich widoków idzie się na trekking dookoła Annapurny.

Widoki na trekkingu w Himalajach. Dla takich widoków idzie się na trekking dookoła Annapurny.

Szlak na trekkingu dookoła Annapurny.

Szlak na trekkingu dookoła Annapurny.

A potem trzeba było wrócić do rzeczywistości i znów krok za krokiem podążać w stronę przełęczy Thorong La, która czekała mnie za kilka dni, jako kulminacja trekkingu. Teraz niestety pogoda się pogorszyła, niebo zasnuło chmurami i już nie jest tak cudownie. Znów zaczęła się żmudna wędrówka, na szczęście tego dnia już z górki. I znów okazuje się, że nie dotrę tam, gdzie zazwyczaj śpią ludzie, czyli do Manangu, ale tym razem nie dlatego, że już nie miałem siły i woli, by podejść kilometr czy dwa, ale kolejny dzień planuję jako dzień aklimatyzacji. A przy okazji sprawdzenia organizmu, jak reaguje na naprawdę duże wysokości. Jutro idę na trekking do Ice lake. Ale nocleg będzie w wiosce Braka, bo też stąd jest bliżej na szlak.

Szlak w Himalajach dookoła Annapurny.

Szlak w Himalajach dookoła Annapurny.

A przy okazji przyznam się, że przez przypadek trafiłem na wspaniałą lodgę, gdzie i jedzenie było fajne, jak na Himalaje i towarzystwo przednie. Tu spotkałem Polaka, z którym nawet dzieliłem pokój, bo miejsc było mało w Brace, tu znów spotkaliśmy się z Polką, z którą korespondowałem przed wyjazdem na messengerze (świat jest mały!!!) i od dwóch dni mijaliśmy się na szlaku. I tu była jedna z najlepszych jadalni i zarazem sal integracyjnych na całym szlaku. Wieczorami długie rozmowy z ludźmi z różnych krajów i samozwańczy lokalny DJ, puszczający szlagiery. I ten ogromny piec dający tyle ciepła!!! Doskonałe miejsce by odpocząć po trekkingu. Tym chętniej spędziłem tu dwie noce.

Dzień piąty – Dzień aklimatyzacji wyjście do Ice Lake (4600)

Najbardziej podobało mi się to, że nie muszę wstawać rano, tego dnia nie musiałem nic. W planie było to, by zaaklimatyzować się do wysokości przed kolejnymi dniami. Z chorobą wysokościową nie ma żartów i wielu już z jej powodu wróciło do domu w plastikowych workach. Dlatego biorąc to pod uwagę, jak większość osób idąca szlakiem dookoła Annapurny, także i jak poświęciłem jeden dzień na zwolnienie tempa. Do tej pory nie miałem żadnych symptomów choroby, ale prawdziwe wysokości były dopiero przede mną.

Flagi modlitewne na szlaku do Lodowego Jeziora.

Flagi modlitewne na szlaku do Lodowego Jeziora.

Dlatego zatrzymując się w Brace, postanowiłem, że pochodzę po okolicy. Najpopularniejszym trekkingiem w tym miejscu jest ten na Ice lake czyli Lodowe jezioro, którego lustro jest na wysokości 4600 metrów. Po śniadaniu z radością założyłem leciutki jakoś dziś plecak, w ręce wziąłem kije trekkingowe i poszedłem! Nawet nie wiecie, jaka to radość w plecaku mieć tylko dwie butelki wody i kilka batonów. Większość bagażu została w lodgy.

Ale o tym, jak się idzie do Ice Lake, poczytacie w innym artykule.

Dzień szósty – Braka do Ledar (4200)

Piękny poranek, tak piękny i ciepły, że nawet rękawiczek nie trzeba zakładać. Ech, aż chce się iść. Można powiedzieć, że nogi same rwą się do marszu. Dziś moim celem jest Yak Kharka, ale myślę, że dam radę wejść kilka metrów wyżej. Wszystko zależeć będzie od samopoczucia i sił. Moi współtowarzysze wieczornych rozmów postanowili, że pójdą szlakiem do Tilcho Lake, ja wybieram drogę prosto. Nie mam tyle czasu i dodatkowo chcę jeszcze sprawdzić, jak to jest na raftingu w Nepalu. Cóż, sztuka wyborów, kiedy ma się ograniczony czas, a wiele możliwości. Zatem w Manang, idziemy jeszcze wspólnie na kawę w bardzo klimatycznej knajpce, a potem podążamy w swoje strony.

Restauracja w Manang

Restauracja w Manang. Tu napiliśmy się ostatniej całkiem dobrej kawy. Powiedzmy też sobie szczerze, że w Manang infrastruktura jest znakomita i są tu nawet kina.

Znów wystarczy tylko iść przed siebie, ale co i rusz i tak oglądam się w lewo, bo tu szczyty Annapurny III i Gangapurny przyciągają jak magnes. Zresztą, podobnie jak podczas reszty trekkingu dookoła Annapurny najpiękniejsze widoki są za plecami. Strasznie mnie to wkurza, bo idę wolniej z racji ciągłego oglądania się 🙂 Ale i przede mną widoki są warte uwagi, bo jak inaczej nazwać małą “kapliczkę” na tle ośnieżonych szczytów koło której przemyka stadko kóz? A zaraz za kozami podąża karawana złożona z koni i ludzi, to idzie transport do górnych schronisk. Butle gazowe, jedzenie, picie i wreszcie także drewno, by było czym palić w piecykach ogrzewających wspólną salę.

Kozy na szlaku w Himalajach.

Kozy na szlaku w Himalajach.

Transport towarów na szlaku dookoła Annapurny. Co ciekawe, nie widziałem karawan złożonych z jaków. Widziałem osły oraz mocne kuce.

Transport towarów na szlaku dookoła Annapurny. Co ciekawe, nie widziałem karawan złożonych z jaków. Widziałem osły oraz konie i mocne kuce.

To jest całkiem łatwy dzień. Nie ma ostrych podejść, szlak wznosi się w górę ale bez męczących schodów i trawersów. Spokojny szlak, po którym nawet rowery mogą jeździć, bo zaskoczę Was, ale całkiem sporo tu miłośników jazdy ekstremalnej na rowerze! Wjechać rowerem na ponad pięć i pół tysiąca metrów, by później zjechać do Jomson lub nawet niżej, to dla mnie wyczyn nie lada!

Jeden z przepięknych widoków na Himalaje, który czeka na nas podczas trekkingu dookoła Annapurny.

Jeden z przepięknych widoków na Himalaje, który czeka na nas podczas trekkingu dookoła Annapurny.

Docieram do Yak Kharki, większość turystów decyduje się na nocleg w tym miejscu, ale ja znów idę własną drogą. Ponieważ słońce jest jeszcze wysoko, godzina dość wczesna, decyduję się na marsz wyżej, by wejść jeszcze 200 metrów. Wykorzystuję to, że czuję się znakomicie i chcę zaaklimatyzować się na większej wysokości, by kolejnego dnia, pokonać mniejsze przewyższenie. Krajobraz robi się coraz bardziej surowy, nie ma już drzew, są tylko porosty, trawy i drobne krzewy. Coraz surowiej, coraz wyższe góry. I tylko lodge wciąż tak samo duże. To baza dla turystów, źródło dochodu dla Nepalczyków, ale jak się zastanowimy, to te materiały budowlane nie wniosły się same. Wszystko zostało wniesione na plecach tragarzy i zwierząt.

W drodze z Manang wyżej w Himalaje. Aż ku przełęczy Thorong La

W drodze z Manang wyżej w Himalaje. Aż ku przełęczy Thorong La

Najpiękniejszy widok i powód, dla którego przyjechałem do Nepalu

Ale też to tu przeżyłem jedną z najpiękniejszych chwil w życiu… Siadłem na jakimś większym kamieniu, przede mną rozpościerał się widok na położoną u stóp dolinę i Gangapurnę, z dołu w moim kierunku prowadził szlak z jeziora Tilcho. I z takim widokiem słuchałem swojej ukochanej VI symfonii Beethovena. Tej ostatniej części, kiedy jest już po burzy, grzmoty powoli się oddalają i wchodzi delikatne staccato smyczków… magia. Możecie wierzyć lub nie, ale ta chwilą była powodem, dla którego przyjechałem do Nepalu. Taką samą chwilę miałem 10 lat temu podczas poprzedniego pobytu, chciałem ją przeżyć jeszcze raz. Tylko ja, natura i muzyka. Dwa bezwzględne piękna wypełniające zmysły.

Szlak trekingowy dookoła Annapurny. Absolutne piękno przyrody.

Szlak trekingowy dookoła Annapurny. Absolutne piękno przyrody.

Dzień siódmy – Ledar do Thorung High Camp (4925)

Wioska Ledar w Nepalu

Wioska Ledar chyb w całości nastawiona jest na obsługę ruchu turystycznego. Na zdjęciu lodga (hotelik), w którym można zatrzymać się na noc i na posiłek

Zimno, w moim pokoiku było przeraźliwie zimno, kiedy obudziłem się już po wschodzie słońca. W takich chwilach nie chce się wystawiać nosa ze śpiwora, ale co robić, trzeba iść dalej. Szybkie śniadanie i można maszerować. Dziś celem jest Thorung Phedi albo położony wyżej Thorung High Camp. Wszystko zależy od tego, jak się będę czuł i czy da o sobie znać choroba wysokościowa. Od tego, gdzie dotrę zależeć będzie kolejny dzień. Będzie to miejsce z którego “zaatakuję” przełęcz. Nie ukrywam, że zleży mi na tym, by dojść jak najwyżej, póki mam siłę. A im wyżej, tym mam jej mniej.

W drodze do Thorong High Camp

W drodze z Ledar do Thorong High Camp

To nie jest widokowo piękny dzień, chyba że ktoś lubi księżyc. Mniej więcej takie mam skojarzenia z tym dniem. Najpierw szlak wiedzie powoli do góry, nie ma potrzeby się bardzo wysilać, widać jednak, że wszyscy oszczędzają energię na kolejny dzień, tu już nikt nie szarżuje w marszu. Wąska ścieżka wiedzie zboczem, by dojść do mostu linowego, przerzuconego nad doliną i przepływającym strumykiem. A potem mocne podejście i drugim zboczem pozostaje iść aż do Thorung Phedi. W międzyczasie czekają nas atrakcje takie jak rejony, w których idziemy pod kamiennymi osuwiskami. Tak, trzeba uważać na lecące z góry kamienie. I wreszcie widać zabudowania Thorung Phedi. Kiedy tu doszedłem jest jeszcze wcześnie, choroba wysokościowa na szczęście się nie odzywa, zatem zadecydowałem, że idę dalej – prawie 500 metrów wyżej do Thorung High Camp.

Wejście do obozu Thorong Phedi

Wejście do obozu Thorong Phedi.

Dobra, nie będę ściemniał. To nie był trekking, to było człapanie. Walka ze sobą i używanie całej siły woli, bo sił mięśni prawie w ogóle już nie miałem. Mniej tlenu, zmęczenie organizmu i wysokość. Szlak wiedzie trawersami i widzi się kolejne osoby, które są już nad tobą. I ciągle to marzenie, że chciałoby się być tam, gdzie oni. Każde pięć kroków sprawiało mi ból, po każdych kilkudziesięciu metrach musiałem zatrzymać się i odpocząć, zresztą tak samo jak inni. Tu niewielu było takich, którzy maszerowali do góry, jak gdyby nigdy nic.

Tragarz na szlaku w Himalajach

Tragarz na szlaku w Himalajach. Oni potrafią nieść po kilka plecaków, podczas gdy turyści z Europy i innych części świata ledwo dają radę nieść samodzielnie mały plecak.

Widok na High Camp na szlaku dookoła Annapurny

Widok na High Camp na szlaku dookoła Annapurny

Ale wreszcie po kilku godzinach wspinaczki dopełzłem do górnego obozu. Dzięki temu nie będę musiał jutro pokonywać aż takiego przewyższenia. Teraz tylko zameldowanie się w recepcji, odbiór kluczyka do czteroosobowej sali, która wieczorem zapełni się w całości i można iść jeść. Przyznam Wam, że ta lodga jest całkiem przyjemna na nocny postój. Dwie sporej wielkości sale, z czego jedna nawet całkiem dobrze ogrzewana, pełna integracja wszystkich ze wszystkimi. Ale nie może być inaczej, skoro są dwa wspólne stoły. Tu się je i czyta, rozmawia i śpiewa obok siebie. Skądinąd zawsze podziwiam ludzi którym chce się taszczyć na górę więcej, niż to konieczne. A za mało konieczny bagaż uważam instrument zwany ukulele 🙂

Piec w hotelu na trasie dookoła Annapurny

Wieczorem wszyscy gromadzą się w jedynej ogrzewanej sali, gdzie ciepło dostarcza ta wspaniała i integracyjna koza. Piec, do którego wszyscy niemalże chcą się przytulać 🙂

Ale najprzyjemniej i tak jest usiąść już po zachodzie słońca w sali, gdzie stoi koza. Tak, taki wielki piec z rurą wychodzącą na zewnątrz. Wszyscy gromadzą się wokół niego i ogrzewają zmarznięte ciało. Cóż, na zewnątrz jest poniżej zera, a pokoje nie mają żadnego ogrzewania, zatem wszyscy siedzą w cieple najdłużej, jak się da. Jutro rano pobudka o 5, by do 11 dotrzeć do przełęczy.

Dzień ósmy – Thorung High Camp do Muktinath (3760) przez przełęcz Thorong La

5:10 teoretycznie powinien dzwonić mi budzik, ale nie zadzwonił. Wyłączyłem go zaraz po tym, jak o 5 wstała para na łóżkach obok mnie. Mam okazję widzieć, jakby siebie w lustrze, bo ja będę robił to samo co oni za kilka minut. Zapalili lampki czołówki i wychodzą ze śpiworów. W pokoju temperatura jest ujemna, zatem każdy skrawek odkrytego ciała woła “okryj mnie!”. Ubierają się w ciągu sekund, wskakują w kolejne warstwy, by finalnie zabrać się za pakowanie śpiwora.

Potem tylko wrzucić wszystko do plecaka i można ruszać w drogę. Teraz moja kolej i gościa, który był czwartym w pokoju. W świetle latarek czołówek patrzymy się na siebie i widzimy ból w oczach. Wystawienie choćby palca z ciepłego śpiwora jest wyzwaniem :). Ale co robić, jeśli chcemy być na przełęczy przed 11, czyli przed tym, jak zaczyna podobno porządnie wiać, to najwyższa pora ubrać się i wyjść. Proces ubierania trwa sekundy, bo zimno przydaje wielkiej lotności. Potem jeszcze zwinąć śpiwór, wrzucić wszystko do plecaka, przytroczyć co trzeba i można iść. 5:30 wychodzę z lodgy.

O poranku na szlaku z Thorong High Camp do przełęczy Thorng La.

O poranku na szlaku z Thorong High Camp do przełęczy Thorng La.

Na zewnątrz wita mnie ciemność, przecinana światełkami lampek czołówek kolejnych grup i grupek, które podążają w kierunku Thorong la. Za chwilę dołączam do nich i ja. Jest przeraźliwie zimno, ale co robić, podobno trzeba wyjść o tej porze. Odpalam moją latarkę i wchodzę na ścieżkę. Szybko dołączam do jakiejś idącej wolniej grupy. Nie spieszy mi się, nie zamierzam ich wyprzedzać. Patrzę w górę i widok jest fascynujący… grupki światełek tańczą w ciemności. To ci, którzy wyszli wcześniej, są już wysoko nade mną. Oddech jest krótki, organizm męczy się momentalnie, co chwilę muszę robić postój. Słońce jeszcze nie wzeszło, ale na wysokości 5000 metrów wiem bardziej niż zazwyczaj, dlaczego nie lubię chodzić i zwiedzać zimą. Nie mogę się skupić, że jest pięknie, myślę tylko o zimnie, a teraz wręcz odmarzają mi ręce. Niestety te rękawiczki, które kupiłem, to najsłabszy punkt mojej garderoby. Ręce mam zgrabiałe i nie idzie ich rozgrzać, nawet wsadzając na chwilę do kieszeni.

Poranek w drodze do Thorong La na szlaku dookoła Annapurny

Poranek w drodze do Thorong La.

Powoli wschodzi słońce, ale żeby ogrzało okolicę, to troszkę mu zajmie. Jedyne co pozostaje, to psiocząc w  myślach, iść do przodu. Pokonując własną słabość i w sumie idąc bardziej siłą woli niż mięśni. Błogosławię się za to, że tym razem wziąłem kijki trekkingowe, o ile lepiej się idzie opierając na nich. Wreszcie dochodzę do drewnianej chatki, która jest… lokalnym barem. Tu można kupić ciepłe napoje. W życiu tak bardzo nie cieszyłem się, z możliwości zakupienia herbaty. Zwykłej, czarnej i gorącej! Podstawową jej zaletą jest ciepło. I nie tylko ja marzę o tym, by ogrzać ręce, mnóstwo ludzi w środku tego małego, kamiennego domku siedząc przy ławie obejmuje dłońmi metalowe kubki, chłonąć każdy kilodżul ciepła. Chociaż jak wziąłem kubek za ucho, to ręka tak mi się trzęsła z zimna, że do dziś nie wiem, jak nie rozlałem herbaty.

Kamienna chatka, w której możemy się napić herbaty w drodze do góry. Wierzcie mi, że kiedy ma się zgrabiałe ręce, nie ma nic przyjemniejszego.

Kamienna chatka, w której możemy się napić herbaty w drodze do góry. Wierzcie mi, że kiedy ma się zgrabiałe ręce, nie ma nic przyjemniejszego.

Dochodząc do przełęczy Thorong La

Słońce wreszcie stoi już nad górami, promienie dają przynajmniej troszkę ciepła. Także wypita przed chwilą herbata, robi swoje. Cel jest zresztą bardzo blisko, wystarczy jeszcze godzina lub półtorej wysiłku i wreszcie koniec mordęgi, potem będzie już tylko w dół. Ale póki co jeszcze każdy krok w górę wywołuje sprzeciw organizmu, znów zmuszam się do marszu. Krok za krokiem, byle do kolejnego zakrętu, do kolejnego pagórka, następnego kamienia… człap, człap… Woli marszu mam więcej niż siły w nogach. I nagle jest! z oddali widzę kolorową hałdę, która okazuje się miejscem obwieszonym tybetańskimi flagami modlitewnymi. Na ich tle stoi tablica, że mogę być z siebie dumny, dotarłem właśnie do najwyższego punktu trekkingu dookoła Annapurny, oto przełęcz Thorong La!

Szlak do przełęczy Thorong La.

Księżycowy krajobraz na szlaku do przełęczy Thorong La.

Turyści na przełęczy Thorong La. To najwyżej położony punkt szlaku dookoła Annapurny.

Turyści na przełęczy Thorong La. To najwyżej położony punkt szlaku dookoła Annapurny.

Myślałem, że będę szczęśliwy, a ja jedyne co odczuwałem, to rozczarowanie. Naprawdę!? To wszystko? To tylko tyle? Po to szedłem tyle dni i po to marzłem? Naprawdę nie umiałem odczuwać euforii, bo spodziewałem się jakiś spektakularnych widoków, czegoś bardzo widowiskowego, a widzę tylko księżycowy krajobraz, ludzi świętujących coś co dla mnie jest niezrozumiałe i drogę w dół… Taka była moja perspektywa, ale ludzie przeżywają tu jakąś ekscytację, śmieją się, cieszą, że dokonali czegoś dla nich wielkiego, że pokonali siebie samych i swoje słabości. Fizycznie doskonale czuję to, co i oni czują – potworne zmęczenie. Psychicznie, jestem na przeciwległym biegunie.

Zdjecie pod tablicą z wysokością przełęczy Thorong La to punkt obowiązkowy :)

Zdjęcie pod tablicą z wysokością przełęczy Thorong La to punkt obowiązkowy 🙂

Ze zdumieniem odwracam głowę w kierunku faceta obok. Starszy facet po prostu płacze ze szczęścia. Uśmiechając się przez łzy, wyrzuca z siebie, że w wieku 70 lat zrealizował swoje marzenie, doszedł do tego miejsca na tą konkretną przełęcz, wspiął się do Thorong La. I wyjmuje coś, co jest specjalnie na taką chwilę: sernik i tabliczkę czekolady. Na tą konkretną okoliczność ja przywiozłem z Polski piersiówkę z 200 mililitrami własnoręcznie robionej nalewki jagodowej 🙂 Teraz jeszcze robię to, co inni czyli pamiątkowe zdjęcie przy znaku z wysokością przełęczy i… chwilę jeszcze oglądam kolejne świętujące grupy, a potem ruszam w dół. Pora zacząć łatwiejszą część trekkingu. W myślach dźwięczy mi tylko przysłowie, że “teraz będzie już z górki.”

Z przełęczy Thorong La  do Mutkinath

Na szlaku w Himalajach. W dół z przełęczy Thorong La. Cały dzień marszu w księżycowym krajobrazie.

Na szlaku w Himalajach. W dół z przełęczy Thorong La. Cały dzień marszu w księżycowym krajobrazie.

Sam nie wiem, co sądzić o tym odcinku szlaku, bo z jednej stron był dość monotonny. Wciąż jednostajny trekking przez księżycowy krajobraz. Powolne schodzenie w dolinę. Ale za to widok jaki ciągle miałem przed sobą, był magiczny. Cudowna dolina grająca kolorami… ośnieżone szczyty, rude skały, szare osuwiska, a wszystko zmieszane w harmonijną całość. Dzięki temu widokowi nawet mi się nie nudzi i jest coś hipnotycznego w tej zbliżającej się dolinie. Mimo kolejnych pokonywanych kilometrów, wciąż jest fascynująca. Chociaż do dziś nie wiem, co robią tu wielkie blaszane baraki, odcinające się niebieskim kolorem od tła gruntu, ale nawet one mi się podobają. Tak samo jak jakieś kamienne ruiny dużo niżej. Szkoda, że nie ma kogo zapytać, co to było i kiedy, ale tu jest naprawdę niewiele osób. A jeśli już ktoś jest, to inni uczestnicy trekkingu, którzy w większości mnie wyprzedzają. Mnie się nie spieszy. I tak do celu dzisiejszej wędrówki czyli do Mutkinath dochodzę dużo przed zachodem słońca.

Turyści na trekkingu dookola Annapurny

Turyści na trekkingu dookola Annapurny.

Himalaje na szlaku dookoła Annapurny

Himalaje na szlaku dookola Annapurny

A Mutkinath to fascynująca miejscowość. Przyznam się Wam, że… jeśli miałbym wskazać najbardziej klimatyczną wioskę/miasteczko na szlaku, to chyba wskazałbym właśnie to miejsce. Ma coś w sobie. Z jednej strony sporo tu tanich hotelików, gdzie za 400 czy 500 rupii czyli około 4 dolary można spędzić noc. Z drugiej zaś strony są nawet klimatyczne kawiarnie, gdzie można usiąść na zewnątrz i z całkiem dobrym espresso z ekspresu ciśnieniowego w ręku, odpoczywać po trekkingu. I pal sześć, że ceny kawy są tu podobne do polskich, za przyjemności trzeba płacić.

Główna ulica w Muktinath.

Główna ulica w Muktinath o zachodzie słońca, kiedy za moment schowa się za okolicznymi szczytami.

Zafascynowała mnie Mutkinath, bo ma taki specyficzny, ciężki do opisania klimat, coś pomiędzy Azją a Europą. Taki przedziwny miks położony heeen w Himalajach, na wysokości 3700 metrów nad poziomem morza. Wchodząc do wioski (a może to miasto?) mija się łopoczący flagami modlitewnymi klasztor, a potem jest główna droga, dookoła której zbudowano wszystko to, co potrzebne jest tym, którzy schodzą z trekingu dookoła Annapurny. Hotele z ciepłym prysznicem, a przecież wszyscy przez ostatnie kilka dni się nie myli, są restauracyjki, są wspomniane kawiarnie, są małe sklepiki lokalnej ludności. I są stragany z pamiątkami dla turystów. Aha i jest też zimno, ale to w nocy 🙂 Wydaje się, że tu wszystko żyje ze sobą w symbiozie. Bo ludzie starają się żyć tak, jak żyli od wieków. Z jednej strony po ulicach chodzą cielaki, czasami na koniu przejedzie jakiś tubylec, by po chwili przez środek drogi przejechał jeep. Tradycja i nowoczesność. Eklektyzm.

Dzień dziewiąty – Muktinath do Jomson (2720)

Widok na wioskę Jharkot

Widok na Jharkot podczas trekkingu z Muktinah do Jomson przez Luprę.

Dziś przede mną ostatni dzień trekkingu dookoła Annapurny. Muszę zejść tysiąc metrów do Jomson, gdzie mam nadzieję złapać busa do Pokhary. To tam zostawiłem swój główny plecak i z tego miasta chcę udać się na rafting, bo przecież to kolejna wielka atrakcja Nepalu. Ale zanim zrealizuję te plany, najpierw jeszcze przede mną cały dzień marszu. Oczywiście można ten odcinek pokonać lokalnym autobusem lub jeepem, ale w Himalaje przyszedłem na trekking, a nie po to, by jeździć samochodami. Poza tym… pięknie tu! Wydaje mi się, że większość trekkerów idzie przez wieś Jharkot, a później chyba dalej do Kagbeni. Ja poszedłem szlakiem na lewo w kierunku wioski Lupra. A dlaczego sądzę, że tak ludzie idą? Bo na szlaku spotkałem zaledwie dwie osoby, tylko dwóch Czechów. No i jaki oraz orła lub podobnego ptaka (wybaczcie, nie jestem ornitologiem)

I przyznam się Wam, że widokowo to ten dzień należał to jednych z bardziej magicznych w moim życiu. Tuż po wyjściu z Muktinath, wpadłem na stado pasących się blisko drogi jaków. Potężne zwierzaki na tle majestatycznych gór, kwintesencja tego, co spodziewamy się zobaczyć w Himalajach. Zobaczcie jednak sami na zdjęciach, jak to wygląda. Tuż obok pode mną majestatycznie na wzgórzu rozsiadła się miejscowość Jharkot, która chociaż jesteśmy w Nepalu najbardziej kojarzyć się może z Tybetem, ale też nie dziwota, bo ludność ta sama.

Jaki w Himalajach obok wioski Muktinah

Jaki w Himalajach obok wioski Muktinah.

Ale idę dalej, na aplikacji maps.me widzę zaznaczony punkt widokowy. Ale zanim tam dotrę, dobry kwadrans spędzam na obserwacji potężnego ptaka, który korzystając z prądów powietrznych, zatacza nade mną koła i wznosi się wyżej i wyżej… magia! Czas nagli, a przede mną jeszcze wiele kilometrów i to po najwyższych górach świata, mimo że teraz już trzeba iść głównie w dół. I wiecie co? Mało rzeczy jest mnie w stanie zdziwić i osadzić w miejscu, zostawić totalnie bez słów i z opuszczoną z podziwu szczęką.

Ptak szybuje w Himalajach

Ptak szybuje w Himalajach, podziwiałem go dobre kilkanaście minut, kiedy korzystając z prądów powietrznych nabierał wysokości…

Ale ten moment, kiedy nagle ścieżka wiodąca zboczem wzgórza się prostuje i przede mną w całym swoim majestacie ukazała się potężna Dhaulagiri, jest nie do opisania. Można się tylko zatrzymać i pomyśle lub powiedzieć: ale tu pięknie!!! I poczuć się szczęśliwym, takie poczucie totalnego, obezwładniającego szczęścia. Miejsce, którego nie da się opisać, miejsce które się czuje całym sobą, kiedy po plecach przechodzą ciarki a włosy zaczynają się same jeżyć. Magia! Moment, który chciałoby się, by trwał wiecznie. I znów spędzam na gapieniu się w przestrzeń ponad pół godziny, bo coś mnie tam po prostu trzymało i nie pozwalało odejść. Bo czy łatwo jest opuścić piękno absolutne?

Ten moment kiedy zza wzgórza wyłania się Dhaulagiri

Ten moment kiedy zza wzgórza wyłania się Dhaulagiri.

Rowerzysta w HImalajach - tak, takie sporty ekstremalne też można tu uprawiać.

Rowerzysta w HImalajach – tak, takie sporty ekstremalne też można tu uprawiać.

Ale wreszcie trzeba było i ruszyłem w dół ku dolinom, a nade mną wciąż czuwała potężna Dhaulagiri, jeden z najwyższych szczytów tego świata, jeden z nielicznych ośmiotysięczników, jeden z tych które trzeba obłaskawić i liczyć na przychylność, by zdobyć Koronę Ziemi – wszystkie ośmiotysięczniki Ziemi. I tu przyznam, zaczyna się dość nudna część trekkingu, kolejne setki metrów przez spaloną słońcem trawę, kolejne kilometry przez skały. Aż ku dolinie, gdzie pokonuje się wiszący most linowy i można iść chwilę korytem kamienistej rzeki. A potem dochodzi się do miejsca, gdzie znów ciężko uwierzyć w tu i teraz.

Trudno powiedzieć, czy to XXI wiek, czy może XVIII stulecie. Oto maleńka wioska Lupra, przytulona do zbocza góry. Miejsce, gdzie ludzie wydzierają naturze każdy skrawek uprawnej ziemi. Tu feeria jesiennych barw bajecznie kontrastuje z szarością skał i kolorem domów. Zastanawiam się, jak ci ludzie żyją tu zimą, kiedy śniegi odcinają ją od świata. Czy dzieci chodzą tu do szkoły? Jak można się dostać do lekarza? Pewnie nie można, pewnie po prostu życie zatacza krąg i nie jest sztucznie przedłużane. Tu musi się żyć w zgodzie z naturą, a udogodnieniem jest prąd, który dociera tu długą linią energetyczną zbudowaną na zboczach. Przechodzę przez wioskę, która wydaje się dość mocno opuszczona, dopiero przy wylocie drogi widzę w oddali pierwsze osoby. Pewnie pracują gdzieś w polu, w końcu nadchodzi zima, trzeba gromadzić zapasy.

Widok na wioskę Lupra.

Widok na wioskę Lupra.

Zabudowania wioski Lupra na szlaku dookoła Annapurny

Tradycyjne, mające zapewne powyżej stu lat zabudowania wioski Lupra na szlaku dookoła Annapurny.

Podążam dalej w kierunku Jomson, wąską ścieżką, po której dziennie idzie bardzo niewiele osób. Szlak co i rusz przytula się do zbocza, a po prawej jest tylko przepaść, gdzieś w dole huczy płytki potok. Dochodzę do rozwidlenia, tu do wyboru mam albo wędrówkę bardzo wąską, mało używaną i osuwającą się ścieżynką, albo mogę wybrać szerszą drogę w dół, aż do poziomu rzeki. Decyduję się na drugi wariant. Nie ufam tej ścieżynce, którą miałbym iść, za mocno chwilami wieje, a ja obawiam się, że może bym się potknął i nie byłoby czego ze mnie zbierać.

Most na linach, jakich na szlakach w Himalajach wiele...

Most na linach, jakich na szlakach w Himalajach wiele…

Tylko trasa dołem to wędrówka po mniejszych i większych kamieniach, które osuwają się spod nóg. Trzeba mocno uważać, by nie skręcić nogi. Tylko w pewnym momencie docieram do strumienia, który płynie tuż przy ścianie góry, podmywając ją. Muszę przez niego jakoś przejść, a to łatwe nie jest. Wreszcie udaje mi się przedostać w miarę suchą stopą. Ale tylko po to, by kilkaset metrów dalej spotkać ten problem raz jeszcze i tym razem jedynym wyjściem było podążenie do pobliskiego mostu. Jest tylko jedno ale! Idąc po moście trafiamy na korytarz, którym wiatr wieje z taką siłą, że jeśli podskoczymy cofnie nas w powietrzu całkiem ładny odcinek. Dodatkowo w oczy siecze drobny piasek. I w takich podmuchach będę szedł jeszcze około trzy kilometry. Szeroka dolina z przytuloną do jej brzegu utwardzoną drogą. To był najmniej przyjemny odcinek drogi na szlaku dookoła Annapurny. Na jego krańcu czekała Pokhara, w której ja kończyłem trekking, ale chętni mogą jeszcze przez kilka dni wędrować i podziwiać widoki. Mnie gonił czas…

Dolina prowadząca do Jomson.

Dolina prowadząca do Jomson.

Chociaż największe emocje były dopiero przede mną czyli podróż autobusem po górskich serpentynach nad przepaściami. I podchodzący do gardła strach. Ale to jutro…

Paweł Osmólski
Amator podróży do Azji i po Europie Wschodniej, a szczególnie po Bałkanach. Jakoś tak mam, że marzenia same mi się nie spełniają, zatem robię wszystko, by je spełnić. Preferuję wyjazdy w pojedynkę, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. Nie zawsze miłych, ale tylko tak można poznać prawdziwą twarz danego kraju. Wolę brudną prawdę niż lukrowane opowieści o jednorożcach. Dlatego moje opisy są czasami do bólu szczere ale zawsze prawdziwe. Dużo pracuję, w czasie wolnym piszę tego bloga i szukam najlepszego piwa na świecie :)

1 Komentarz

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.