28

Na początku cieszyłem się jak głupi, bo nasz autobus powoli posuwał się do przodu w kierunku przejścia granicznego Polski z Ukrainą. Tarasujące przejazd środkowym pasem samochody osobowe, rozstępowały się przed nami jak wody morza przed laską Mojżesza. – Będzie szybko – myślałem. Myliłem się, bardzo się myliłem. Ale o tym przekonałem się kilka godzin później. A przy okazji dowiedziałem się, jak traktuje się mieszkańców strefy Schengen, a jak obywateli krajów przyległych. To nie jest nawet niebo a ziemia.

Z dzisiejszej perspektywy żałuję, że nie odpaliłem stopera w komórce, to by było bardzo interesujące doświadczenie, które każdego dnia doświadczają tysiące osób przekraczających granicę Ukrainy z Polską. Jechałem ze Lwowa do Polski, zatem najpierw siłą rzeczy była strona ukraińska. Przed nami stały dwa autobusy, zatem czekamy… czekamy, czekamy. Wreszcie przychodzą ukraińscy pogranicznicy. Szybkie skanowanie twarzy i nasze dokumenty gdzieś znikają, by po około godzinie wreszcie zostać nam zwrócone. W międzyczasie ze sklepu wolnocłowego znikają flaszki. W końcu różnica w cenie jest spora i skoro można, to czemu nie?

“Najlepsze” ma jednak dopiero nadejść. To najlepsze dla mnie, to powrót do własnego kraju, swojej kultury, swojej narracji historycznej, bo ulica Bohaterów UPA we Lwowie jakoś wybitnie mi nie leżała. Podobnie jak ulica Bandery. Ale co ciekawe odniosłem wrażenie, że chyba dla całego autobusu Polska to nie obszar tranzytowy, ale kraj docelowy, kraj ciężkiej pracy i szansy, że uda się odłożyć kilka euro, wyżywić rodzinę zostawioną na Ukrainie. Albo wsiąknąć w polską kulturę i roztopić się w niej. Czekając na paszporty podsłuchuję rozmowy przed autobusem, w niektórych głosach słyszę ledwo wyczuwalny wschodni akcent. Lata przebywania w Polsce zrobiły swoje. Pewnie jakbym ich zapytał, ciężko by im było powiedzieć gdzie mają dom. A może nie mieliby żadnych wątpliwości, że dom to Polska, a na Ukrainie mają “tylko” rodzinę?

Teraz widzę jednak jak przed granicą, przed kontrolą przez polskich pograniczników tężeją. Nie ma radosnych, swobodnych rozmów, jak przed kontrolą po ukraińskiej stronie. Tu pewnie czuję się ja, bo mój kraj musi mnie wpuścić do domu, oni tej gwarancji nie mają. Po zmianie rządu, po zaostrzeniu kursu polityki zagranicznej, po uchodźcach i imigrantach, oni są bardziej obcy niż byli. Mimo, że obcy nie są. Doskonale to czują. Dlatego jak tarczę trzymają w ręku swoje paszporty, a w foliowych, ochronnych woreczkach mają zaproszenia. Kartkę papieru poświadczającą, że ktoś w Polsce na nich czeka, że mają zagwarantowaną pracę i nie jadą “po socjal”. Jakkolwiek kuriozalnie by to brzmiało. Większość pasażerów to stare wygi. To nie pierwszy raz, kiedy przekraczają granicę. Ale i oni nie czują się do końca pewnie. To wisi w powietrzu. Mam czas na obserwacje, bo przed nami kontrola innych autokarów trwa w najlepsze. Ponad godzina oczekiwania w zawieszeniu, powoduje, że zwraca się uwagę na szczegóły.

Witamy w Polsce

Wreszcie nadchodzi i nasza kolej. Kierowca po ukraińsku ogłasza, że trzeba wziąć ze sobą wszystkie rzeczy, wyjąć bagaże ze schowka i pójść na kontrolę. W wąskim przejściu autobusu, panuje tłok, na mnie pcha się z tyłu jakiś młody, zwalisty facet. Od razu zwracam na niego uwagę, pewny siebie i bezczelny. Taki, co zamiast stać w kolejce, woli na bezczelnego od razu przejść do przodu. I przeszedł.

Na granicy wita mnie plakat “Czy Twoje dzieci są dla Ciebie ważne? Nie przemycaj”. Tyle zdążyłem zanotować w pamięci, bo przecież tłum napiera, a trzeba się poddać kontroli. Muszę wykazać, że nie przewożę za dużo alkoholu i fajek. Co prawda dzieci nie mam i argument z plakatu do mnie nie przemawia, to i tak niczego w nadmiarze nie wiozę. Może tylko mnóstwo miłych wspomnień ze Lwowa. Tak na dobrą sprawę, to nie mam ani papierosów, ani alkoholu – pewnie jako jeden z nielicznych. Ale oto już kontrola graniczna. Okienko po prawej, okienko po lewej. Jedno dla Schengen, drugie dla wszystkich, ale na tym przejściu panuje równość. Do drugiego okienka przepycha się ten, któremu tak się spieszyło do wyjścia. I nagle dociera do mnie, że na granicy są równi i równiejsi. Że w zależności, jakie dokumenty przedstawisz, jaki paszport pokażesz, a pewnie też, jak wyglądasz, tak cię będą traktować. O tym miałem się dowiedzieć za momencik. Bo scena odgrywa się na moich oczach.

Oto pan urzędnik w mundurze pogranicznika, emanacja władzy Unii Europejskiej, osoba która w tej konkretnej chwili ma całkowitą kontrolę nad wszystkimi obcokrajowcami, chcącymi wjechać do strefy Schengen. Pan i władca na krańcu świata, a może raczej na początku unijnego świata. On doskonale wie, ile może, ile znaczy jego słowo i jego decyzja. Wykorzystuje to z całą stanowczością i nie ma jakichś rozterek co powinien a czego nie. Do prawie wszystkich zwraca się per “ty” i do wszystkich mówi po polsku. Dzięki niemu zdałem sobie sprawę z absurdalności sytuacji.

Oto mamy człowieka z zagranicy, do którego Polak mówi po polsku i tylko po polsku. Powtarza coraz głośniej, zadaje pytania,krzyczy. I nijak nie dociera do niego, że jeśli będzie głośniej mówił, to wcale to nie ułatwi zrozumienia, temu kto nie zna polskiego. Bo czy jeśli np. pogranicznik węgierski mówiłby do mnie głośniej, to cokolwiek by to zmieniło w moim rozumieniu? Nic. I tak było też tutaj. Do młodzieńca któremu tak się w autobusie spieszyło padają pytania w stylu: dokąd jedzie, po co, ile ma pieniędzy. Ktoś tłumaczy pytania z polskiego na rosyjski, bo chłopaczyna nadrabia miną, ale kompletnie nie wie, o co chodzi. Właściwe odpowiedzi nie padają, a pogrążające jest pytanie, ile ma pieniędzy. Okazuje się, że to raptem kilkanaście dolarów i w dodatku chłopak nie umie wskazać, do kogo jedzie. Chwilowo jest przepuszczony. Zajmą się nim później.

Za to moja kontrola trwała krótko, może 10 sekund. – Paweł? – Paweł – odpowiadam. I po chwili czerwony paszport ląduje na powrót w moim ręku. Ale przede mną materializuje się maszyna do prześwietlania bagażu oraz bramka do wykrywania metalu. Gdzieś w głębi pogranicznik w moim wieku, ze znudzoną miną wpatruje się w monitor urządzenia. Moje brudne majtki i skarpetki raczej nie są zbyt interesujące, może ciekawsze byłyby zdjęcia ale te są w pamięci aparatu. ściągam pasek, wyrzucam z kieszeni komórkę i kładę na półeczce obok bramki. Przechodzę i cisza… mogę iść dalej. Witamy w Polsce.

A w Polsce, za szklaną ścianą wita mnie galeria bohaterów, bohaterowie wojny o Anglię, rotmistrz Pilecki, generał Anders i inni, a pod spodem ich krótkie biografie. Żebym wiedział, w jakim kraju jestem, że tu się żyje historią. Tym co było, a nie tym, co będzie. Ale na to każdy może mieć własny pogląd. Mój jest taki jak wyżej. Siadam na krzesełku, na zewnątrz jest chłodno, zatem nie pcham się dalej, póki nie muszę.

Stąd mogę obserwować i słuchać, jak granicę przekracza reszta mojego autokaru. Znów nerwowe pytania pana pogranicznika, który zniecierpliwionym głosem pyta po polsku kolejnych osób: DOKĄD, CO BĘDĄ ROBIŁY, KTO NA NICH CZEKA, Z KIM PODRÓŻUJĄ. Jeśli ktoś nie rozumie pytania, to usłyszy je głośniej. Głośne i kilkukrotnie powtórzone pytanie rozumie się wg niego lepiej. Nawet jeśli zadane jest w obcym języku. Ale okazuje się, że pan jednak umie też inne języki, bo czasami zniecierpliwiony brakiem odpowiedzi na pytanie zadane po polsku, pyta się po ukraińsku. I nagle okazuje się, że może uzyskać odpowiedź. Jednak by nie było za łatwo, kolejne pytanie znów zadaje po polsku. Nie rozumiem tego, ale nie jestem widać od rozumienia. Jest w tym jakaś zaklęta logika, której moje zwoje mózgowe nie pojmują. Nie rozumiem też, po co to wszystko przedłużać, jeśli posługiwanie się ukraińskim lub rosyjskim przyspieszyłoby proces przekraczania dwukrotnie a może i bardziej.

A jednak można też grzeczniej

Na szczęście drugi pogranicznik jest inny. Używa nawet form grzecznościowych “pan” i “pani”. Też pyta po polsku, ale częściej i chętniej przechodzi na język zrozumiały dla przekraczających granicę – w końcu ma w ręku ich paszporty, doskonale wie, skąd są… Jednak nawet on też się niecierpliwi, jeśli ktoś nie rozumie. Czasami jakoś ta grzeczność mu umyka wraz z podniesionym tonem. Bierze paszporty, bierze zaproszenia, dopytuje. Sprawdza. Czyżby słynna zabawa w dobrego i złego policjanta?

A w międzyczasie kilka osób w mundurach zjawia się po tego, który tak się rozpychał, gdzieś znikają, okazuje się, że on już z nami dalej nie jedzie. A ja wracam do obserwacji, bo bramka do wykrywania metalu wciąż piszczy. Mało kto wie, że mają wyjąć wszystkie metalowe przedmioty i położyć na na półeczce. Nie ma żadnej informacji, żadnego plakatu. Przypomina to grę w kotka i myszkę… bramka piszczy, pan przy maszynie każe się cofnąć, potem osoba znów przechodzi, bramka piszczy, znów powrót, bramka piszczy, powrót… i Wreszcie zniecierpliwiony i podniesiony głos, że”telefon!”, “metal”. A czasami piszczy pasek. Zabawa w domyśl się, co pogranicznik ma na myśli.

A granicę przeszedł też ten, który siedzi w autobusie koło mnie. Chłopak z Armenii. Wreszcie puściło go napięcie, uśmiechnął się w moim kierunku i powiedział krótko: UFFF. Aż chciałem powiedzieć, że witamy w Polsce. Tylko… tylko że ten pierwszy kontakt z Polską był zdecydowanie nieprzyjemny. Krzyki, ponaglenia, żądania w języku, którego się nie rozumie i brak woli pomocy przez tych, których obowiązkiem jest chronić zewnętrznych granic Unii Europejskiej. Tylko forma, w której to często robią, pozostawia wiele do życzenia. Powiem dosadniej: jest skandaliczna!

Bo nigdy nie ma drugiej szansy, by zrobić pierwsze wrażenie. A to wrażenie bywa tragiczne. Dokładnie takie, jakie zrobiła dwa lata temu pewna polska pograniczniczka, która zmieszała z błotem chłopaka. A wszystko za to, że miał czelność podać jej paszport swój i żony. Ona siedziała od okna, jemu chyba było wygodniej podać obydwa. A potem pani opierdoliła jeszcze ową dziewczynę. Że sama ma podawać, jakby pierwszego zrugania jej faceta nie było słychać 20 centymetrów dalej.

Autobus już się odprawił. Pora zapakować bagaże do luków i w drogę. Ja do domu… a współpasażerowie? Z tego co mówili i co podsłuchałem,  to czekają na nich w Rzeszowie, Warszawie, Bydgoszczy, w całej Polsce. Nikt nie mówił, że jedzie dalej na Zachód. Ich cel jest jasno zdefiniowany. Jutro spotkam ich na kasie w supermarkecie, na budowie domów, na polach u rolników, w McDonaldzie i KFC.. We wszystkich tych miejscach, gdzie Polacy nie chcą już robić, bo im się nie opłaca. Bo jest pięćset plus lub robota za granicą. Gdzie z racji Unii Europejskiej dwa miliony Polaków mogą pracować legalnie i nie muszą już podlegać żenującym przesłuchaniom, które jakże chętnie teraz Polacy fundują innym narodom. I nie mówię, że mają tego nie robić, bo przepisy są przepisami. Ale można to zrobić kulturalnie a można być bucem w mundurze.

I chyba tylko mnie było głupio za to, jak traktuje się tych, których paszport nie otwiera automatycznie strefy Schengen…

Paweł Osmólski
Amator podróży do Azji i po Europie Wschodniej, a szczególnie po Bałkanach. Jakoś tak mam, że marzenia same mi się nie spełniają, zatem robię wszystko, by je spełnić. Preferuję wyjazdy w pojedynkę, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. Nie zawsze miłych, ale tylko tak można poznać prawdziwą twarz danego kraju. Wolę brudną prawdę niż lukrowane opowieści o jednorożcach. Dlatego moje opisy są czasami do bólu szczere ale zawsze prawdziwe. Dużo pracuję, w czasie wolnym piszę tego bloga i szukam najlepszego piwa na świecie :)

You may also like

28 Comments

  1. Paweł, smutne, lecz prawdziwe jest to co piszesz. A prawda jest taka, że polityka pozostaje polityką i ma się nijak do tego jacy są ludzie. Osobiście uważam, że gdybyśmy wszyscy byli bardziej mili dla siebie i dla otoczenia, żałoby nam się lepiej. Czasem ludzka życzliwość czy uśmiech wystarczą, by czymś dzień stał się lepszy. Pozdrawiam.

    1. Mili to już byliśmy w dawnych czasach i jak nam te chamy wsiowe podziękowały- to wiemy.Tolerancja historycznie nie popłaca.Trzeba było za Sobieskiego wyrzynać tą ludność i zasiedlać te ziemie rodakami.
      Stalin by nie pomyślał o tworzeniu ukraińskiej SRR i nie dostaliby tego kraju w prezencie a wszyscy tam mówili by po polsku i Lwów byłby nadal naszym miastem.Pomyślcie tylko jakim cudem powstała Ukraina.Po prostu naszym kosztem.Napadano nas i rozgrabiano gdy nie byliśmy w stanie walczyć ze wszystkich stron .Nasze zaangażowanie w obronę Europy przed Turasami (osłabienie ludnościowe i finansowe) wykorzystali Szwedzi rabując co się da.Oni nie chcieli ziemi -chcieli nas osłabić a przede wszystkim ograbić z majątku nagromadzonego przez pokolenia.To samo po potopie zaborcy zrobili-nie pogardzili dodatkowo naszym terytorium.I ukraińcy zrobili to samo kiedy byliśmy osłabieni.Hitler zrobił to samo po wojnie bolszewickiej.Dał sobie czas uzbroił się po zęby ,a my byliśmy wykrwawieni
      i podzieleni społecznie przez tolerancję dla innych religii i narodowości.Nie wyrzynanie Białorusów Litwinów ,ukraińców ,ruskich i żydów obróciło się przeciwko nam.Nasza tolerancja została uznana i słusznie za naszą słabość i dobry moment do ataku.Dlatego teraz konsolidujmy szeregi a nie dzielmy Polski na Pis/Po i kto gorszy bo znów nie daj Panie chamy nas najadą i nikt nie stanie w naszej obronie.Musimy być jednością silni ,gospodarczo niezależni i gotowi walczyć do ostatniej kropli krwi jak nasi rycerze,husarzy albo powstańcy i nie tylko warszawscy.Wtedy nikt nam nie podskoczy nawet duży kraj.

      1. Aleś ”ty historyk” z bożej łaski… Raczej histeryk.

  2. Właściwie to taka wspólna cecha celników na wschodzie, prawda jest taka że zjechałem prawie cały były związek radziecki i jedynych celników których dobrze wspominam to celnicy Kazachscy (ale Ci na granicy Turkmeńsko-Kazachskiej chyba byli mili bo nie dowierzali widząc tam dwóch gości z plecakami) i żołnierze na granicy Kirgijsko-Tadżyckiej ale to nie byli celnicy tylko żołnierze pilnujący granicy…

    Wspominając lądowe przejście graniczne między Azerbejdżanem a Iranem gdzie ludzi dosłownie traktowało się jak bydło, patrzę na nasze przejście w Medyce jako wzór do naśladowania…

  3. od dłuższego czasu zauważam, że Polacy inaczej traktują osoby ze wschodu niż z zachodu Europy. Nawet w codziennych kontaktach. Dlaczego? Ano dobrze mieć biedniejszego krewnego przy którym wyglądamy lepiej.
    Ale postaw takiego pogranicznika przez Niemcem czy Francuzem… Wstyd po prostu. W takich właśnie sytuacjach pokazujemy jacy naprawdę jesteśmy i jak daleką drogę mentalną musimy jeszcze przejść. Pozdrawiam serdecznie i oby jak najmniej podobnych doświadczeń.

  4. Czym najlepiej podróżować na Ukrainę oprócz samochodu? Zastanawiam się nad wyjazdem.

    1. Jest kilka sposobów i wkrótce opiszę wszytko, bo to widzę temat spędzający sen z powiek wielu osobom 🙂
      1. Dojazd do Przemyśla a potem z Przemyśla busikiem do Medyki, granica piechotą, potem busik z granicy do Lwowa pod dworzec kolejowy.
      2. Bezpośrednio autobusem z Krakowa, Warszawy, Lublina… sporo jest połączeń.
      To dwa najszybsze moim zdaniem połączenia.
      Osobiście polecam jednak mimo wszystko autobus.

  5. A nie przyszło ci biedaku do głowy, że pogranicznicy się znają na swojej robocie a ty na niej nie. Dlatego tobie może się wiele wydawać, ale tylko wydawać. Nie sądź więc.

    1. A nie przyszło Ci biedaku do głowy, że z kultury nic nie zwalnia? W cywilizowanym kraju.

      1. Przyszło mi to do głowy, ale twoj artykulik jest stronniczy. Pogranicznicy nie będą się płaszczyć przed jaimś wschodnim najazdem. A jak się nie podoba to zmień paszport na inny

        1. Ja zaś bardzo nie chcę w Polsce, w moim kraju w którym płacę podatki i z którego nie mam ochoty wyjechać, mimo że mogę pracować wszędzie, bo taki mam zawód… nie chcę w moim kraju ludzi tolerujących takie chamskie zachowanie.
          Zatem może Mateuszu zastanowisz się nad zmianą paszportu?

        2. Mateusz i Jopek – pachnie mi dupkami z okolic ONR.

      2. Nasi pogranicznicy są kulturalni i mili w porównaniu z kilkoma innymi z którymi miałem do czynienia. Jeszcze za czasów związku sowieckiego byliśmy na wschodzie i wtedy zachowywali się jak nkwd. Brytyjscy czy belgijscy oraz Niemcy też nie byli specjalnie uprzejmi bo nie za to im płacą i nie taka jest ich rola. Osobiście byłem w areszcie na granicy brytyjskiej i miałem źle doświadczenia z Niemcami ale nie mam żalu. Ukraińcy za to potraktowali nas jak bydło bo auto nie było na ich numerach, za wziatku idzie wszystko załatwić, oczywiście wymuszone. Na wschodzie Ukrainy są inni ludzie, milsi od tych w dawnej Galicji, wielu niechęć do polski wyssala z mlekiem matki. Jeżdżą do polski pracować i żyć ale wielu nas nie cierpi i jak tylko dostaje polski paszport uciekają na zachód, znam sporo takich nawet wśród kuzynów

  6. Choć jestem Polką z dziada pradziada, przekraczając granicę w Medyce ( z Ukrainy do Polski) poczułam to o czym piszesz. Niestety Chamstwo naszych celników jest przerażające. A było tak. Podjechałyśmy ze Lwowa do Medyki busem. Pierwsze co mnie zaskoczyło to Ukraińcy, którzy biegiem pognali do granicy. Wejście na granicę podzielone było na tych z UE i Resztę. Po naszej stronie stało może z 25 osób po drugiej tłum. Czyli chwila stania i jestem w ojczyźnie. Nic bardziej mylnego stałam na deszczu 2 godziny. Jeden znudzony celnik wpuszczał nas do budynku po parę osób, reszcie zasuwał drzwi przed nosem. Jestem z natury spokojny człowiek, ale zimno, deszcz i zniecierpliwiony “transport” do domu po drugiej stronie wyzwolił we mnie ZŁE. Zadzwoniłam do na skargę do Urzędu Celnego, gdzie “miła” urzędniczka stwierdziła że nie poda mi telefonu na przejście do kierownika zmiany , nie przedstawiła się i rzuciła słuchawką. Po drugim telefonie już była milutka. Kierownik zmiany w Medyce obiecał, że zaraz ulży naszemu cierpieniu. Po moich trzech telefonach w końcu przyszedł drugi celnik. Po złości zanim otworzył drzwi jeszcze uciął sobie pogawędkę ze sprzątaczka. To co widziałam i przeżyłam zniechęciło mnie do przekraczania granicy na wschód i z powrotem. Nasi celnicy dalej tkwią w komunie i mają się za bogów.
    Chętnie pojechałabym jeszcze raz do Lwowa, ale poczekam na tańsze samoloty.

  7. Niestety mam podobne wrażenia po ostatnim pobycie.
    Po przekroczeniu granicy pozostaje niesmak. Tak niewiele trzeba, żeby było trochę lepiej….

    1. Niestety, ale te komentarze zbytnio nie zachęcają do odwiedzenia Lwowa. Zastanawiam się nad samolotem z Niemiec, bo tutaj mieszkam. Jakieś doświadczenia?

      1. Rozwiązanie jest bardzo proste. Trzeba jechać pociągiem z Przemyśla do Lwowa. Odprawa paszportowe i celna odbywa się w pociągu. Bilet można kupić na stronie internetowej kolei ukraińskich : booking.uz.gov.ua/en.

        1. Cześć Ewa,
          Masz absolutną rację! Zgadzam się, że to bardzo przyzwoity środek transportu.
          Chociaż przyznaję, że ostatnio poluję na bilety lotnicze i po prostu jeśli trafię coś fajnego to kupuję bilet z Warszawy do Lwowa.
          Najszybciej i bez jakichkolwiek przygód 🙂
          Ale faktycznie, jakbym miał więcej czasu, to wybrałbym właśnie pociąg z Przemyśla do Lwowa. Wiele dobrego o nim słyszałem.

      2. Przekraczanie granicy samochodem lub autokarem to zawsze loteria. Mój rekord to 7,5 h na granicy ukraińsko-polskiej.

  8. Kiedys jak jeszcze Polska nie byla w UE (1997 rok) wybralem sie do Anglii i tak samo mnie traktowali tamtejsi celnicy. Dali mi odczuc,ze jestem bydlem z Polski. Nie uwierzyli mojemu zaproszeniu do ciotki w Londynie i dzwonili do niej potwierdzic, ze do niej jade. Celnik byl na tyle bezczelny,ze wyrwal mi z reki portfel i zaczal sobie z niego wyjmowac wszystkie rzeczy, liczyl pieniadze itd.
    Mialem rowniez nieprzyjemna sytuacje na granicy czesko-austriackiej w 2000r. Celnicy austraccy byli chamscy, pomimo,ze mowili po angielsku i ja do nich mowilem w tym jezyku – do mnie zwracali sie po niemiecku.To nie byla rozmowa tylko pokrzykiwania. Kazali mi wjechac autem na wage i stwierdzili, ze auto jest za ciezkie i nie przejade. Na szczescie pomogli Polacy jadacy na pusto busem. Przewiezli nam rzeczy i za granica wzielismy od nich z powrotem. Nie przemycalem niczego, wiezlismy prowiant na jacht do Wloch.
    Stany Zjednoczone. Sytuacja w latach 2005-2007. Traktowali mnie jak przestepce pomimo,ze mialem wize. To samo. Czekaj pokornie, nie interesuj sie, czekaj godzine moze dwie az Cie wezwiemy. Bardzo nimili celnicy. Zarowno w Miami jak i Nowy Jork.
    Bardzo duzo podrozuje, zwiazane jest to z moja praca i nie robilbym wielkiego halo, jak to sie mamy wstydzic przed Zachodem zachowaniem naszych pogranicznikow. Tam bylo / jest tak samo. Ratuje nas to,ze jestesmy w Schengen.

    1. Też przekraczałem granice, kiedy jeszcze nie byliśmy w Unii i w Schengen i mam podobne do Twoich doświadczenia.
      I właśnie dlatego uważam, że powiniśmy z tego wyciągnąć wnioski i… zachowywać się inaczej.
      Obowiązkiem pogranicznika jest dobra kontrola, obowiązkiem jest stosowanie się do przepisów.
      Ale kultury przepisy nie regulują i jeśli można być milszym, można używać języka który rozumie rozmówca, to w czym problem?
      Na końcu to i tak on podejmuje decyzję, kto wjedzie a kto nie.
      Tylko tyle i aż tyle,
      Po prostu 🙂

  9. Wszedłem na tego bloga przypadkiem, ale to co ty przeczytałem to jeszcze nic co przeżyłem w czerwcu 2016. wracaliśmy autobusem rejsowym do Katowic ze Lwowa, było nas cztery osoby z Polski. My z żoną i jacyś państwo, reszta pasażerów to obywatele Ukrainy. Akurat trwał strajk polskich celników, o coś tam niby walczyli. Po ukraińskiej stronie wszystko przebiegło szybko i sprawnie, ale skończyła się sielanka. Po dojeździe do polskiej części granicy ( trwało to ze 3 godziny w Korczowej może kilkaset metrów), wszystkich wyrzucili z autobusu jak na rampie w Auschwitz, walizki, torby w dłoń (i nie pod prysznic, tylko do Polskiej odprawy marsz, dobrze że owczarków nie mieli).
    Tam ani żywego ducha porucz pasażerów autokaru, czekania godzinę. Po godzince z łaską przyszedł jakiś w przekrzywionej czapce i kazał podejść do okienka wopisty, rozsiał się tam i tam po zobaczeniu naszych paszportów (mojego i żony)” podziękował “, oddał paszporty i z miną naćpanego buldożka francuskiego i gestami ręki kazał naszą walizkę przepuścić przez skaner 2 metry dalej, ja na plecach miałem mały plecaczek z aparatem fotograficznym – body tego aparatu jest metalowe, żona na ramieniu torebkę dość dużą.Na siedzeniu w autobusie zastała jeszcze duża reklamówka z piankami i innymi bzibziołami dla dzieci Walizka poszła do skanera – nikogo nie widziałem w okienkach po lewej stronie, jedynie widziałem monitor z tego skanera – chyba że gdzieś indziej mieli podgląd monitora ?
    Mój plecak i żony torebka przeszły na moich plecach i ramieniu żony,nikogo nie było żeby zobaczyć co tam przenowimy, ani zeskanować zawartości, a mogliśmy tam mieć np. prochy z Turcji, czy jakąś krótką broń czy granaty !?!?.
    Polacy też szybko “zostali odprawieni”, a ludzie z Ukrainy – 25 -30 osób – 2 godziny byli odprawiani w podobny sposób do naszego (potem w trakcie podróży wymieniliśmy się uwagami.
    Do dzisiaj jak sobie pomyślę o tym bezsensownym, chamskim traktowaniu ludzi to dźwiga mi się ciśnienie.
    Pokaz czego miał to być ?
    W sumie na granicy straciliśmy 6 godzin, już po polskiej stronie włączyłem w komórce internet i tam przeczytałem że w Korczowej odprawy są na bieżąco, nie ma kolejek. ( my przewieźliśmy 3 butelki Zakarpackiego koniaku *****, butelkę nalewki chrzanowej od Baczewskiego i litrową flaszkę paprykowego Niemiroffa (niby za dużo, ale tak wyszło)
    Niby człowiek potraktowany jak pies przez polskie służby graniczne, ale zakochany we Lwowie i dlatego
    W marcu 2017 roku też chcemy jechać (na rocznicę ślubu do Lwowa, ale chyba pojedziemy samochodem, choćby to po żeby nie oglądać takiego chamskiego traktowanie Ukraińców!
    Powinni rozgonić to towarzystwo z granic, jakieś kontrole im wprowadzić, a przede wszystkim nauczyć kultury (jeśli się jeszcze da), a jak się czyta że złapali jakiegoś tam jednego, czy drugiego za łapówki to nóż się w kieszeni otwiera.
    Nie żal mi tych durnowatych celników, jedynie wstyd przed obywatelami innych krajów.
    Pozdrawiam Lwów, Lwowiaków i wszystkich lubiących to miasto.
    Wnuk Lwowiaka.

    1. Kochany byłam w Rosji w 2003 i tak jak traktują Rosjanie innych cudzoziemców na granicy !!!!!!!! czekaliśmy 4- godziny a potem ładnie poprosili o dolary od każdej osoby po 100- w autobusie było 40 osób.Jeżeli nie damy to nie wjedziemy do Rosji – proste i koniec. Ponieważ była to grupa francuska i już były telef. komórkowe więc pilot ,powiedział że się zgadza ale musi to uzgodnić z ambasadą w Moskwie. Po 10-min. wyrzucili nas wszystkich z autobusu wraz z bagażami i musieliśmy przejść prawie 1,5km na pieszo ciągnąć walizy gdzie czekał już nasz autobus. Nie lepiej było z wizytowaniem muzeów ,czy pałaców . A obsługa hotelowa ………brak słów. Zwiedziłam trochę tego świata i stwierdzam,że najbardziej chamskie służby celne to Polacy , Rosjanie i Hindusi. Jadwiga

  10. Ja przekraczałam granicę z Rosją w 2016 roku i pomimo różnych negatywnych opinii, które wcześniej słyszałam na ten temat było całkiem normalnie. Odprawa trwała niecałą godzinę (wycieczka ok 50 osób). W drodze powrotnej przy wyjeździe z Rosji kazali nam przepuścić bagaże przez skaner. Celnicy trochę sztywni ale złego słowa powiedzieć nie mogę. Może mieliśmy szczęście…:)

  11. Przedurny artykuł. Zawsze jak wjezdzasz nie do swojego kraju bedziesz jako obywatel drugiej kategorii. Na lotnisku w USA mogą cofnać Polaka bez podania przyczyny i na wlasny koszt wracasz i koczujesz na lotnisku. Wjezdzajac do Niemiec policja na trasie skontroluje ci auto i przyczepi się do czegokolwiek, za posiadanie noża dosatniesz kilkaset euro mandatu.

    1. Przedurna odpowiedź 🙂 Zaiste jestem pod wrażeniem.

      Nie wiem, co zwalnia od kultury, ale na pewno nie jest to, kontakt pogranicznika czy jakiegokolwiek innego funkcjonariusza z innym człowiekiem.
      Ale współczuję doświadczeń. Jednocześnie informuję, że nie słyszałem od zatrzymywanych przez policję znajomych, ani nie doświadczyłem od policji niemieckiej żadnych przykrości. Tak samo od pograniczników, kiedy jeszcze była granica.

  12. Ta granica to jest dramat, nienawidzę jej. Jest mi zawsze potwornie wstyd.
    Obecnie polecam pociąg do Przemyśla

  13. Widzę, że nie ja jeden mam podobne obserwacje n/t chamstwa naszych służb na wschodniej granicy…
    Ludzie! Trzeba reagować!!! Im więcej chamstwa, tym gwałtowniej!!! Ja tak robię i wierzcie mi- odnosi to skutek, przynajmniej na jakiś czas. Nie należy się obawiać jakiegoś szykanowania; każdy z tych chamów (żeby nie generalizować- nie wszyscy są tacy) ma swój numer służbowy i swojego zwierzchnika…
    Niestety, inaczej się chamstwa nie da wychować.

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.