Laos

Jaskinia Złotych Kwiatów – ukryty skarb Laosu

0
Przewodnik po Jaskini
Mój przewodnik po Jaskini Złotych i Srebrnych Kwiatów w Laosie

Jaskinia Złotych i Srebrnych Kwiatów, to zdecydowanie jedno z najpiękniejszych miejsc, które widziałem w Laosie. Aż dziw bierze, że tak mało turystów tu przyjeżdża, że tysiące ich docierają do Błękitnej Laguny kilka kilometrów stąd, ale tak niewielu dociera tu, do miejsca po stokroć bardziej interesującego. Chociaż dla mnie to lepiej, przewodnika i miejsce mam tylko dla siebie!  

Kiedy wyjechałem z leśnej, wąskiej ścieżki, spomiędzy bananowców i bambusów, przede mną rozpostarła się pięknie utrzymana mała polana. Troszkę w oddali stała ręcznie robiona, zadaszona konstrukcja, widomy znak, że są tu ludzie. Pod stopami niewysoka trawa ma tu dobrze i nie jest tratowana przez rzesze turystów. I czuję ten panujący tu spokój. Popołudniowa idylla wręcz każe mi się zastanawiać, czy aby dobrze trafiłem, czy Jaskinia Złotych i Srebrnych Kwiatów, to na pewno tu. Jest miło, za pięknie, za czysto, za spokojnie i przez to tak nieazjatycko…

Polana przed jaskinią

Równo posadzone rośliny, niska trawa, wszystko pięknie i statycznie utrzymane. Oto jak wygląda polana przed wejściem do Jaskini Złotych i Srebrnych Kwiatów w Laosie.

Szczególne wrażenie robią równo posadzone rośliny z wielkimi liśćmi, coś jak ozdobny łopian, a może bardziej te znane pływające liście ze stawów dookoła pałaców? Tylko że te tutaj są zdecydowanie niższe niż te odmiany, które znam z Polski. I właśnie te liście nagle się poruszyły, po czym wychynął z nich dziarski staruszek. Z uśmiechem zakrzyknął “hello!” i żwawo maszerował w moją stronę. Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku gdyby nie fakt, że w ręku trzymał maczetę! Nie wiem dlaczego, ale poczułem pewien dyskomfort, nawiązując kontakt z kimś, kto jakby nie spojrzeć był uzbrojony. Pan jednak uśmiechnął się i wyjął najbardziej rozczulający i “bezradny” przedmiot, jaki widziałem podczas swoich dotychczasowych podróży. Przed moimi oczami zmaterializował się własnoręcznie zrobiony bilet wstępu do jaskini. Na pasku papieru wyciętym z zeszytu w kratkę, ktoś odręcznie napisał po angielsku: ticket  2015  20 000 kip.
Droga wśród pól Laosu

Malownicza droga wśród pól, wiodąca po spróchniałych mostkach, miedzach ryżowych pól…do Jaskini Złotych i srebrnych Kwiatów

Do jaskini, za wskazówką maczety

A potem poszliśmy. Dziadunio o kondycji której może pozazdrościć mu niejeden nastolatek, wskazał maczetą kierunek i ścieżkę, która zaczynała się gdzieś w okolicach skał i nikła w zieleni. Szliście kiedyś przed kimś, kto tuż za wami podąża z maczetą w ręku? Ja nigdy i przyznam, że dziwne to uczucie i wciąż się zastanawiałem, cz dobrze robię, że idę dalej, ufając mojemu przewodnikowi 🙂 Skoro jednak tu przyjechałem, skoro to miejsce o którym nawet kilka osób pisze na anglojęzycznych blogach, to najwidoczniej da się tu nie tylko przyjechać, ale także stąd wrócić.  Szliśmy zatem, ja przodem co i rusz instruowany, że powinienem stąpać po wygodniejszej ścieżce. Dziadunio był z niej bardzo dumny, bo jak powiedział a raczej pokazał, to on ją utrzymywał i ulepszył.

Faktycznie, wyrównał trasę, naciął kamienie, w kilku miejscach zrobił nawet coś na kształt betonowych łat. Jaskinia to zapewne całe jego życie i pewnie główne źródło dochodu.

Idąc coraz bardziej w górę, podziwiając rosnącą dookoła bujną roślinność, nagle doszliśmy do ściany, bo to był koniec ścieżki. W ścianie była krata i łańcuch z dwiema kłódkami zawiniętymi w folię, za tym zabezpieczeniem czekała na mnie Jaskinia Złotych i Srebrnych Kwiatów (Golden and Silver Flower Cave). Dziadunio z kupy kamieni wyjął butelkę oleju, polał nim klucze i rozpoczął zmagania z zardzewiałym i najwidoczniej rzadko używanym mechanizmem. Po pięciu minutach martwa natura ustąpiła przed wolą człowieka 🙂 Wrota jaskini stanęły otworem. Za kratami ziała pieczara.

Wejście do jaskini na pewno nie jest spektakularne. Prawdziwe atrakcje czają się w ciemności.

Wejście do jaskini na pewno nie jest spektakularne. Prawdziwe atrakcje czają się w ciemności.

I od razu moje wielkie rozczarowanie: To po to gnałem rowerem przez pola, po to balansowałem na wysokich miedzach pól ryżowych, przenosiłem rower po spróchniałych mostkach… po to jechałem do Jaskini Złotych i Srebrnych Kwiatów, żeby zobaczyć jakąś mroczną pieczarę, jakich na świecie są tysiące?! “Toż to żadna atrakcja a zwyczajna dziura w skale…” złorzeczyłem w myślach, kiedy mój przewodnik coś mówił po laotańsku. Jednak nic bardziej mylnego, to było dopiero preludium, nudna uwertura! Bo za chwilę pan dał mi latarkę czołówkę i zeszliśmy głębiej po wydeptanej przez stopy moich poprzedników ścieżce. A tam nade mną zaczęły dziać się cuda!

Dziadunio zaczął oświetlać sufit, który znał jak własną kieszeń! Promień biegł od jednego miejsca do drugiego. Moim oczom ukazała się gra kolorów. Kilka metrów nad nami sufit w świetle latarki zapalił się na złoto, by za chwilę zmienić kolor na srebrny i po kolejnej chwili przybrać kolor niebieski. Boski czas! Nas dwóch w całej ogromnej jaskini i gra dwóch promieni latarek omiatających sklepienie, tańczących na nim, wydobywających z mroków punkty, bo reszta pozostawała w czarnej otchłani. I kiedy tak stałem kontemplując to, co widziałem nade mną, mój przewodnik zaczął mnie poganiać, że trzeba iść dalej. Oczywiście poganiał mnie maczetą. Z panem z maczetą się nie dyskutuje, szczególnie kiedy macha nią nad twoim karkiem, a znad ucha widzisz ostrze, wskazujące kierunek 🙂 W takiej sytuacji nie jest rozsądne się droczyć i zadawać wiele zbędnych pytań.

Stalagnat w jaskini

Stalagnat w Jaskini Złotych i srebrnych Kwiatów w Laosie

Eksplorując Jaskinię Złotych i Srebrnych Kwiatów

Poszedłem karnie dalej i kolejny raz okazało się że to, co widziałem, to dopiero wstęp. Następne cuda były przede mną. Przewodnik zaczął się rozkręcać i wykrzykiwać te kilka słów, które znał po angielsku: stalaktyt! Stalagmit! Stalaktyt many, many years! I mimo, że ciągle używał może pięciu słów na krzyż, to ja i tak słuchałem go, jakby był profesorem geologii i opowiadał mi prawdy objawione, których zgłębienie zajęło mu dziesiątki lat. Bo też coś w tym jest, on czuł się właścicielem tej jaskini, znał jej każdy kąt, ona była całym życiem. On był dla niej i w tej chwili ona była dla niego.

Co prawda, on pewnie wkrótce umrze, a jaskinia będzie trwałą kolejne setki tysięcy lat, a może i miliony. Ale teraz to on ją chroni przed dzikimi turystami, a ona odkrywa przed nim swoje sekrety. On nie pozwala rozwalać stalaktytów i stalagmitów, a ona jest jego żywicielką dzięki sprzedaży biletów wstępu. Symbioza. I widać, że ta jaskinia to ważna część życia w świecie staruszka, słyszę złość w jego głosie, kiedy pokazuje mi kilka stalagmitów, które są utrącone i leżą obok swoich podstaw. Dziadunio krzyczy, że to bad locals! Not good! Not good! Trudno się nie zgodzić, że to źle.

Ale idziemy dalej, bo okazuje się, że wciąż nie jest to koniec, że jest kolejna ścieżka, że trzeba wejść na jakiś schodek, a potem przejść dalej, że trzeba omijać kałuże. Dużo tu jeszcze do obejrzenia. Zatrzymujemy się i pan wykrzykuje, że oto przede mną słoń! Faktycznie, jest skała naciekowa, która przez dziesiątki tysięcy lat, uformowała się w kształt słonia, jest rzecz jasna także trąba. A po chwili zatrzymujemy się przed jakąś inną skałą, która ma na sobie coś jakby płaskorzeźbę. A to, co widzę przypomina Laos, co dziarski staruszek rzecz jasna wykrzykuje i maczetą wskazuje kolejne miasta. Nie zapominając rzecz jasna o Wang Wieng i Jaskini Złotych i Srebrnych Kwiatów (Golden and Silver Flower Cave) w tym miejscu dłużej przytrzymuje wskazówkę z maczety. Spacerujemy po chłodnych korytarzach, wciąż widzę kolejne piękne nacieki na skałach uformowane w fantazyjne kształty, oglądam ogromne stalagnaty, przechodzę pod tysiącami stalaktytów, mijam niezliczone stalagmity… Pięknie tu.
Maczeta w roli wskaźnika dla turysty. Trudno nie podążać wzrokiem za ostrzem :)

Maczeta w roli wskaźnika dla turysty. Trudno nie podążać wzrokiem za ostrzem 🙂

Czas płynie niesamowicie szybko i czas już wracać. Jestem pewien, że gdyby ta jaskinia leżała bliżej jakiegoś wielkiego miasta, że gdyby to było miejsce gdzieś w Europie, to nie przyjeżdżałby tu jeden turysta na kilka dni, lecz ustawiałyby się tu kolejki. Że byłoby sztuczne oświetlenie, delikatnie wydobywające z mroku stalaktyty i stalagmity. Wiem, że jeśli takie podświetlenie jest w jaskini Kong Lor, która przecież też jest w Laosie, to pewnie kiedyś ta cywilizacja dotrze i tu, ale szczerze mówiąc, wolę tę jaskinię taką, jaką jest teraz. Dziką, oddaloną, piękną, dziewiczą. Nieturystyczną. Z biletem na skrawku kartki z zeszytu w kratkę.
Po ponad godzinie opuszczam Jaskinię Srebrnych i Złotych Kwiatów i czynię to z wielkim żalem, ale słońce powoli chyli się już ku zachodowi, a przede mną kilkanaście kilometrów drogi powrotnej do Wang Wieng. Szczerze? Chciałbym tu kiedyś wrócić, ale wiem, że pewnie to nie nastąpi. Za to pojedźcie tam Wy, póki jeszcze jest to miejsce bardzo nieturystyczne, niezadeptane.

Jak trafić do Jaskini Złotych i Srebrnych Kwiatów

Będąc w Wang Wieng na pewno będziecie chcieli pojechać do Niebieskiej Laguny (Blue Lagoon) i na pewno będzie to dobry pomysł, bo kąpiel tam wspaniale odpręża i odświeża. A będąc tam, kiedy przyjedziecie skuterem lub rowerem, do jaskini pozostanie Wam około 5 kilometrów jadąc prosto główną drogą. Czyli musicie się wrócić od Niebieskiej Laguny i pojechać w prawo (czyli jadąc od strony laguny). POtem jedziecie przed siebie i wypatrujecie drogowskazu na tablicy z desek, że w prawo jest ta wspomniana jaskinia kwiatów. Jedziecie w dół przez rów, przejeżdżacie spróchniały mostek (skutery trzeba zostawić tu, bo dalej z nimi nie przejedziecie), potem po miedzy jedziecie dalej i przeskakujecie przez wyrwy. Co i rusz są drogowskazy, pokazujące, w którym kierunku trzeba jechać. A na samym końcu krótki rajd po wąskiej ścieżce między drzewami i wyjeżdżacie na polankę. A potem pojawi się pan przewodnik, wyskoczy pewnie ze wspomnianych liści…
Paweł Osmólski
Amator podróży do Azji i po Europie Wschodniej, a szczególnie po Bałkanach. Jakoś tak mam, że marzenia same mi się nie spełniają, zatem robię wszystko, by je spełnić. Preferuję wyjazdy w pojedynkę, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. Nie zawsze miłych, ale tylko tak można poznać prawdziwą twarz danego kraju. Wolę brudną prawdę niż lukrowane opowieści o jednorożcach. Dlatego moje opisy są czasami do bólu szczere ale zawsze prawdziwe. Dużo pracuję, w czasie wolnym piszę tego bloga i szukam najlepszego piwa na świecie :)

Comments

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.