Afryka Maroko

Fez – turystyczne Maroko, które nie zawsze zachwyca

Pierwszy wieczór w Fezie od razu zaskoczył. Kiedy tylko przekroczyłem bramę prowadzącą do starej medyny Fezu, dookoła mnie rozległy się szepty, nie nie słyszałem głosów i nie miałem żadnej choroby psychicznej. Oto właśnie zdradzano mi tajemnicę Poliszynela, czyli oferowano mi narkotyki. Hasz sir? Hasz, hasz, smoke? A ja i owszem szukałem, chciałem znaleźć, ale nocleg. 

Zziębnięty po w sumie dwunastogodzinnej jeździe z Merzougi, gdzie jeździłem na wielbłądach i spędziłem noc na pustyni, wysiadłem na dworcu autobusowym w Fezie. Powiedzmy sobie wprost, powietrze miało temperaturę około 6 stopni powyżej zera, mżył deszczyk, a ja miałem serdecznie dość wszystkiego i wszystkich. Jedyne o czym marzyłem, to zakopaniu się pod stosem kocy i ogrzaniu się. Dałem się zgarnąć jakiemuś chłopakowi, który zaprowadził mnie do hoteliku. W środku było zimniej niż na dworze, ale to było najmniej ważne. Dorwałem się do kocy i mogłem się w nich zakopać. Świetna chwila szczęścia! Cóż, niestety rano deszcz lał dalej, zatem uciekłem do pobliskiego Meknesu, co jest jednak osobną historią.

Widok przez Błękitną bramę w Fezie - Maroko
Widok przez Błękitną bramę w Fezie – Maroko

Oswajanie Fezu

Wróciłem do Fezu dwa dni później, kiedy pogoda była zdecydowanie lepsza i zwiedzanie było czystą przyjemnością. W końcu nie można pominąć miasta, które uznawane jest za jedną z największych turystycznych atrakcji Maroka. Zwiedzanie zaczynam od jednej z bram wiodących od dworca autobusowego i od razu wpadam w to, co jest kwintesencją tego regionu. Oto przede mną jeden wielki bazar! To było ciekawe porównanie, bo wcześniej postanowiłem przejść piechotą kilkukilometrowy odcinek pomiędzy dworcem kolejowym a medyną.

Marsz szerokimi pustymi ulicami wzdłuż murów starej części miasta, był zaprzeczeniem tego, co jest wewnątrz nich. Harmider i zgiełk versus pustka. Teraz jestem wewnątrz i dookoła mnie tętni życie. Właśnie jestem w alejce, gdzie sprzedaje się warzywa i owoce, dla wegetarian zapewne to raj, dla mnie wręcz przeciwnie. Idę dalej, a tam zmiana i oto widzę stragany z żywymi kurami, których ubój odbywa się gdzieś obok, jeśli tylko wskażemy którąś z nich. Aleja rzeźnicka, bo dalej mogę znaleźć kilka innych rodzajów mięsa.

I oto przede mną kilkanaście metrów straganów z jedzeniem z grilla. Głodny jestem, zatem siadam, zamawiam i oczekując na bułkę pełną grillowanych kawałków kurczaka za około 8 zł w przeliczeniu na nasze. Czas oczekiwania jest w sam raz na obserwację przechodzących ludzi. W tym rejonie jest całkiem dużo turystów, ale i tak na jedzenie przychodzą głównie lokalni. Cóż, to dobry znak, jeśli w danym miejscu jedzą tutejsi, znaczy że jedzenie będzie bardzo smaczne. Faktycznie, było.

Nie muszę iść daleko, bo tuż obok zafundowałem sobie sok ze świeżo wyciskanych pomarańczy za 5 dirhamów czyli 2 zł. Posilony ruszam dalej i szukam noclegu, na zwiedzanie będzie jeszcze czas. Znów korzystam z usług jakiegoś naganiacza, który prowadzi mnie… do tego samego obskurnego hotelu, w którym spałem ostatnio. Okazuje się, że nie chcą obniżyć ceny za syf jaki oferują, zatem rezygnuję. Całkiem słusznie, bo mój naganiacz prowadzi mnie do riadu. A riad Malak to jest strzał w dziesiątkę! Wreszcie coś, co jest bardzo czyste i ze smakiem, bo też riady, to miejsca niecodzienne. Urządzone ze smakiem stare budynki, są stworzone do tego, by wynajmować w nich pokoje. Rzecz jasna mój „przewodnik” oczekuje 50 dirhamów za wskazanie noclegu. Negocjuję, że oprowadzi mnie jeszcze po plątaninie uliczek medyny w Fezie. Idziemy!

Medresa Abou Inania w Fezie. Na górze pięknie rzeźbione cedrowe drewno, niżej marmurowa rzeźbienia, na dole mozaika.
Medresa Abou Inania w Fezie. Na górze pięknie rzeźbione cedrowe drewno, niżej marmurowa rzeźbienia, na dole mozaika.

Fez. W plątaninie uliczek medyny

Po pierwsze z marszu oznajmiam, że nie interesują mnie żadne sklepy i sklepiki jego kolegów. Nie trawię zakupów, nigdzie i pod żadną szerokością geograficzną. Tym samym odpada nam spora część „programu”, co rozbrajająco przyznaje mój towarzysz. Ale chłopak główkuje i dochodzi do wniosku, że przegoni mnie po krętych uliczkach medyny, którą on zna jak własną kieszeń. Prowadzi mnie krętymi uliczkami, które chwilami nie mają nawet pół metra szerokości i jeśli dwie osoby idą z naprzeciwka, to nie będą się miały jak minąć. Tu barkami ociera się o ściany, ściany nader często obłożone drewnianymi rusztowaniami.

Okazuje się, że rokrocznie wali się tu kilka ścian i w zeszłym roku kilka osób zostało przysypanych, dlatego też teraz, co starsze i naruszone zębem czasu ściany, są zabezpieczone, a na każdym niemalże rogu widać domorosłe ekipy budowlane, remontujące budynki. Za kilka lat, jak uporają się z remontami, część zabytków będzie wyglądała jak spod igły.

Kierujemy się do medresy Abou Inania, bo też być w Fezie i nie widzieć jej to prawie jakby nie udać się do garbarni Chouwara (o czym za moment). Cóż, dla mnie to pewnego rodzaju rozczarowanie, bo też ja to już widziałem, medresy w Maroku są moim zdaniem zbudowane na jedno kopyto i daleko im do tych wspaniałości, jakie widziałem np w Shiraz w Iranie, gdzie Różowy Meczet powala na kolana. Nie da się ich też nawet w części porównać z tymi w Uzbekistanie, gdzie dzięki jedwabnemu szlakowi a konkretnie pieniądzom jakie on generował, powstały istne cudeńka.

Tu, używając metafory, widzę ten sam wyraz odmieniany tylko przez przypadki. Widząc jedną medresę widziało się moim zdaniem wszystkie. I o ile pierwsza medresa, którą widziałem w Sale koło Rabatu, wydała mi się fascynująca i eksplorowałem ją ponad pół godziny, o tyle ta wyglądała tak samo jak to, co już znam. A patrząc od góry, widzimy najpierw misternie rzeźbione drewno cedrowe, potem jest rzeźbiony we wzory marmur, a dół zamknięty jest mozaiką. Spędzam tu jakieś 10 minut i uciekam, zwiedzać dalej.

Stary, zniszczony cmentarz z pięknymi mozaikami w Fezie.
Stary, zniszczony cmentarz z pięknymi mozaikami w Fezie.

Znów zapuszczamy się w labirynt klaustrofobicznych uliczek, tym razem zmierzamy na punkt widokowy, skąd zobaczymy całe stare miasto. Kluczymy, wspinamy się coraz wyżej, po drodze mijamy kolejne domagające się remontu domy. Nagle wśród tego utartego schematu widzę coś co niby można uznać za kolejną ruinę, ale dopytując, uzyskuję informację, że to kilkusetletni cmentarz. Robi wrażenie, bo na nagrobkach wciąż można zobaczyć zdobienia.

Kto wie, może i on zostanie poddany ochronie, skoro całe miasto przechodzi renowację? Dochodzimy wreszcie do celu naszej wędrówki, a tu przed nami u stóp cały stary Fez i coś co mnie bardziej zainteresowało. Tuż koło nas stoi osiołek a dwóch mężczyzn wykorzystało wolną przestrzeń, by rozłożyć do suszenia skóry. Pewnie przyszli z garbarni Chouwara, gdzie skór jest tyle, że po prostu się nie mieszczą.

Na obrzeżach medyny w marokańskim Fezie. Robotnicy suszą skóry
Na obrzeżach medyny w marokańskim Fezie. Robotnicy suszą skóry

Schodzimy w kierunku miasta. Tym razem pokonując uliczki zwalniam i zwracam uwagę na jeszcze jedną rzecz. Otóż bardzo często drzwi, które mijamy nie są zwyczajne, kiedy się im przyjrzymy zauważymy, że sporo one mówią o gospodarzach domu. Bywa, że nie tylko o jednym gospodarzu, ale pokazują, że mieszkają tu dwie rodziny, jeśli kołatki są umieszczone na różnych wysokościach. Kiedy chcemy dostać się do rodziny mieszkającej na górze, używamy górnej kołatki, a kiedy do tej z dołu, potrzebna będzie nam niższa.

Rzecz jasna każda z nich wydaje inny dźwięk, przez co mieszkańcy wiedzą, kto ma otworzyć. Jest jeszcze jeden ciekawy szczegół. Na drzwiach możemy dostrzec kształt ręki, która powie nam, kto mieszka w budynku. Jeśli są trzy palce, znak to, że mieszka tam Arab, jeśli pięć, jest to Berber, zaś brak ręki oznaczać ma, że mieszka tu z dziada pradziada rdzenny mieszkaniec Fezu. Tak przynajmniej opowiadał mi mój przewodnik.

Tradycyjnie zdobione drzwi wiodące do domu w Fezie. Znak z trzema palcami wskazuje, że w domu mieszka arabska rodzina, pięć palców oznacza rodzinę Berberów
Tradycyjnie zdobione drzwi wiodące do domu w Fezie. Znak z trzema palcami wskazuje, że w domu mieszka arabska rodzina, pięć palców oznacza rodzinę Berberów

Poszliśmy dalej i znaleźliśmy się przy jakimś zamkniętym mauzoleum, którego nazwy już nie pamiętam, ale wąskie drzwi i zdobienia nad nimi powodują, że żałuję, że jest zamknięte. Żałuję, bo wejście przypomina mi trochę te drewniane zwieńczenia drzwi świątyń w Nepalu. Na otarcie łez całkiem niedaleko mogę podnieść wzrok i obejrzeć piękny minaret meczetu Andaluzyjskiego, górującego na tle nieba. Ponieważ chce mi się pić, idziemy do lokalnej kawiarni na kawę i sok, rzecz jasna pomarańczowy.

Tu mój oprowadzacz oznajmia, że to koniec jego pracy i należy mu się 20 euro. Cóż, targujemy się jak to w Maroku, staje, że daję mu 110 dirhamów czyli około 10 euro i płacę też za kawę. Na pożegnanie dowiaduję się, że jestem skąpy jak Berber, ale jak mam chęć to powinienem pójść prosto i obejrzeć jakiś pałac. Idę tam rzecz jasna, ale nie zostaję wpuszczony. Nie wiem z jakiego powodu, bo rzecz jasna strażnik nie mówi po angielsku, a ja po francusku ni w ząb. Próbuję jeszcze raz za kilka godzin, ale też bez powodzenia.

Minaret meczetu Andaluzyjskiego w Fezie
Minaret meczetu Andaluzyjskiego w Fezie

Panorama Fezu ze wzgórza nad miastem

Twierdza Borj Nord - Bastion Północny -górująca nad Fezem
Twierdza Borj Nord – Bastion Północny -górująca nad Fezem

Spacerując po Fezie nie da się nie dostrzec górującego nad miastem wzgórza i zbudowanego na nim Bastionu Północnego. Idę tam wieczorem, by uchwycić Fez w promieniach zachodzącego słońca. Udaje mi się rzutem na taśmę dostać do Muzeum Wojska, w którym zebrano całkiem ładną i interesującą kolekcję broni z wielu stuleci. Co więcej, muzeum chce być też bardziej nowoczesne i natkniemy się w nim również na ekran z multimedialnymi filmikami, które będziemy mogli poklikać. Panowie opiekujący się muzeum byli bardzo dumni ze swojej instytucji i z dumą opowiadali i doradzali, co jest czym na wystawie. Chociaż gwoździem programu jest widok na Fez ze szczytu murów fortecy.

Maroko. Panorama Fezu
Maroko. Panorama Fezu

I kiedy już wyjdziemy z Bastionu Północnego, pójdźmy jeszcze dalej, w kierunku ruin grobowców Merenidów położonych na stoku wzgórza. Słońce pochłaniające cieniem miasto i ciepła barwa ruin przyciągają tu nie tylko turystów, lecz przede wszystkim Marokańczyków, którzy siedząc na trawie, oddają się błogiemu lenistwu i rozmowom. Nie dziwię się im, też spędziłem tu kilkadziesiąt minut patrząc na miasto, które z tej perspektywy może nie powala urodą na kolana, ale na pewno warte jest spojrzenia.

Grobowce Merynidów w Fezie
Grobowce Merynidów w Fezie.
Forteca w Fezie
Forteca w Fezie

Kolejny dzień to piątek, zatem nie zobaczę tego, co jest punktem obowiązkowym w Fezie czyli garbarni Chouwara. Piątek to w islamie dzień wolny, a ja straciłem rachubę czasu. Będąc na urlopie nie patrzyłem na dni, tylko na daty 🙂 Cóż, wpadnę tu w sobotę rano przed jazdą na lotnisko i odlotem do Polski. Co jest zupełnie inną historią, ale wartą przeczytania, bo mocno zniechęcającą do Maroka i Marokańczyków (groźby pobicia nie należą do moich ulubionych turystycznych wrażeń.) Dziś będzie dzień lenistwa, spacerowania pośród straganów, picia kawy, soku i herbaty z miętą. I rzecz jasna zabawy w to, by dostać ją bez cukru. Z nieznanych przyczyn Marokańczycy nie znają umiaru i berberska herbata jest wręcz zawiesiną z słodkości :).

Fez z perspektywy filiżanki herbaty

Mając czas, staram się zazwyczaj usiąść w knajpce i obserwować zwyczajne, codzienne życie mieszkańców. Tak też robię w Fezie. Siadam w knajpce obok jednego z najbardziej znanych miejsc Fezu czyli bab Bou Jeloud, bramy do miasta, którą widzimy na mnóstwie pocztówek z Maroka. Tu też życie tocz się knajpianie, czy też bardziej kawiarnianie. Jest już późne popołudnie i słońce powoli zaczyna zachodzić, rzucając cienie na wejście do medyny. Zbliża się złota godzina, tak lubiana przez fotografów. Obok mnie siedzi trzech chłopaków, tak jak ja obserwują to, co się dzieje przed ich oczyma. Nawet nie rozmawiają, po prostu patrzą, czasami któryś z nich rzuci jakąś myśl i znów zapada między nimi cisza.

Tuż przed nami zatrzymują się petit taxi, czyli taksówki miejskie, czekają chwilę na klientów, którzy zmieniają się jak w kalejdoskopie, wsiadają i wysiadają z kolejnych pojazdów. Przy ich cenach za przejazdy wcale mnie to nie dziwi, sam korzystam z nich nader chętnie, jeśli chcę się dostać gdzieś szybciej. Niedaleko dwóch policjantów leniwie prowadzi rozmowę. Nagle zrywają się i zaczynają przeraźliwie dąć w swoje gwizdki. Nie ma to zbytniego sensu, bo nie widać, by coś nadzwyczajnego się działo, by był korek, czy coś w tym stylu. Za chwilę widzę jednak co się zmieniło, oto zza rogu wyjechał samochód, do którego otwartego okienka salutuje jeden z nich. Najwidoczniej przyjechała kontrola. Przyjechała i odjechała, bo panowie mundurowi znów są wyluzowani.

Na targu w Fezie
Na targu w Fezie

A do „mojej” kawiarni wciąż przychodzą nowi ludzie. Nowi, swoi ludzie, bo właściciel serdecznie się z nimi wita. Nie przeszkadza mu, że ci którzy siedzą, dawno już skończyli już to, co kupili. W szklankach już dno. Nikt nie zamawia nowych zielonych herbat z cukrem czy kaw. Właścicielowi nie przeszkadza też to, że moja też się skończyła, jest nawet zdziwiony, że zamawiam kolejną. A sprzed knajpki odjeżdżają kolejne taksówki, w knajpie kolejni ludzie piją pierwszą i jedyną kawę czy herbatę, jakiś taki marazm wisi w wiosennym powietrzu.

Nawet słońce niespiesznie chyli się ku zachodowi, chociaż cień prawie osiągnął już blanki wieńczące bramę. Jutro też to zrobi, historia się powtórzy, ale ja już tego nie zobaczę. Jutro przekręcę klucz do drzwi we własnym mieszkaniu w Polsce. Koniec urlopu, ale po raz pierwszy w życiu się cieszę, bo Maroko mnie zmęczyło, a nawet zirytowało. Dziwnie się czuję, bo takie uczucie mam po raz pierwszy w życiu.
Chociaż nie ukrywam, że odczuwam także niedosyt, bo na liście miejsc, które w Maroku chciałem zobaczyć na sto procent było Chefchaouen czyli słynne Niebieskie Miasto. Cóż, trzeba będzie wrócić.

Gdzie spać w Fezie

Spałem w dwóch miejscach, były to:

Pension Kawtar – 150 dirhamów za noc w klaustrofobicznym, wilgotnym pokoju na ostatnim piętrze i cena nie dała się negocjować. Plus za ciepłą wodę non stop i ciche, ale szczerze mówiąc nie polecam. Cena do jakości zdecydowanie za wysoka.

Riad Malak – 175 dirhamów za noc poza sezonem, wziąłem dwie noce. Wspaniała relacja ceny do jakości. Prywatna toaleta w obok pokoju, piękny i klimatyczny dziedziniec do wypicia kawy czy herbaty. Aneks kuchenny na dole. Taras na dachu z widokiem na Fez.

Jeśli chcecie znaleźć dobry nocleg w odpowiadającej Wam cenie i mieć pewność, że będzie dokładnie tym, co Wam odpowiada, >>skorzystajcie z tej wyszukiwarki<<

Czytaj więcej o Maroku. Ciekawe miejsca, atrakcje turystyczne, opisy miast. Maroko informacje praktyczne

Oceń artykuł, jeśli Ci się podobał
[Ocen: 2 Średnia: 4.5]

Marzenia nigdy nie spełniają mi się same. To ja je spełniam! Dlatego jeśli tylko mogę, pakuję większy lub mniejszy plecak i jadę gdzieś w świat. Samolotem, autobusem, samochodem lecz najbardziej lubię pociągiem. Kiedyś często podróżowałem do Azji i na Bałkany. Dziś częściej spotkacie mnie w Polsce. Wolę też brudną prawdę niż lukrowane opowieści o pędzących po tęczy jednorożcach. Dlatego opisywane miejsca nie zawsze są u mnie wyłącznie piękne i kolorowe. Dużo pracuję zawodowo, a blog to po prostu drogie hobby, które sprawia mi przyjemność.

26 komentarzy

  1. Znam to uczucie, gdy po długiej podróży pragniesz paść na łóżko i nie wstawać, a wszyscy dookoła nagabują cię i zaczepiąją. Pif paf, nie dziękuję! Maroko powoli, powoli wchodzi na wyższe miejsca mojej podróżniczej listy. Dzięki za cenne info.

  2. Zaciekawiły mnie riady – napisz co to dokładnie jest? Oficjalne guest housy? Można do nich trafić tak po prostu z ulicy, czy wiedzą o nich tylko „oprowadzacze”?

  3. Widzę, że tam trzeba się targować na każdym kroku. Z jednej strony można kupić sok za 2 zł, a z drugiej przewodnik żąda 20 EUR… Odwiedziłabym chętnie ten kraj, ale nie jestem pewna czy mi się spodoba.

    • Marta,
      Stwierdźmy, że Ci się nie podoba i wybierz inny kraj. Serio, jest tyle pięknych miejsc w świecie, gdzie Twoje pieniądze wydasz z uśmiechem, a nie ze złością… wybierz inny kraj niż Maroko, bo zdecydowanie nie warto.