Home » Europa » Słowacja » Słowacki Bardejov, czyli przykład, że małe jest piękne
Rynek w słowackim Bardejovie widziany z wieży kościoła św. Idziego
Rynek w słowackim Bardejovie widziany z wieży kościoła św. Idziego

Słowacki Bardejov, czyli przykład, że małe jest piękne

Share Button

To, że Bardejov nie jest jakimś tam pierwszym lepszym miasteczkiem na Słowacji, widać już z okien pociągu, kiedy zbliżamy się do stacji. Oto po lewej stronie widać dawne mury strzegące kiedyś dostępu do miasta, nie są to jakieś małe fortyfikacje, zatem na ich zbudowanie musiała być wydana fortuna. A takie pieniądze miały tylko bogate miejscowości.

Jadąc z Koszyc do Bardejova kląłem na czym świat stoi i niejeden szewc mógłby brać u mnie korki. Kląłem co prawda w duchu, ale zły byłem niemiłośrednie, bo okazało się, że słowackie koleje wzorem polskiego PKP potrafią złapać opóźnienie na odcinku kilkudziesięciu kilometrów i rzecz jasna opóźnienie może ulec zmianie. I zmianie ulega, na gorsze rzecz jasna. A byłem zły, bo na przesiadkę do pociągu do Bardejova miałem 8 minut, a okazało się, że przyjechałem 5 minut po czasie. Na szczęście transport był skomunikowany, mój skład czekał nie tylko na mnie ale również na innych przesiadających się w niego i nie musiałem czekać 2 godzin na następny pociąg. Ufff. Humor od razu się poprawił, do tego okazało się, że w składzie jest nawet działające przyzwoicie wi-fi, zatem miałem możliwość sprawdzenia, co w świecie piszczy.

Po wyjściu z wagonu gnam jednak do centrum, bo muszę zakwaterować się do zarezerwowanego apartamentu, za chwilę będą zamykać recepcję i dzwonili do mnie kilkukrotnie. Na szczęście to rzut beretem, bo odległości, które trzeba tu pokonać, z warszawskiej perspektywy są dość nieznaczące. Wiecie, jakiś kilometr czy półtora, czymże to jest? 🙂 Zatem już po chwili jestem na miejscu i z okna mam taki widok jak ten na zdjęciu z otwarcia artykułu lub ten poniżej. Prawda, że pięknie?

Rynek w Bardejovie Słowacja
Rynek w Badejovie w pełnym słońcu. Piękne, kolorowe kamieniczki, na środku ratusz, a nad wszystkim góruje kościół. Europa w pigułce 🙂

Przy okazji powiem Wam, że dowiedziałem się, że faktycznie podróże kształcą i np. ja nauczyłem się, że jak masz dobrą pogodę, to rób zdjęcia dziś, teraz, zaraz, już i nie wierz prognozie pogody, że jutro też będzie wspaniale. Bo niestety odłożyłem wejście na wieżę kościoła św. Idziego na dzień następny. Wiecie, chciałem sobie zrobić leniwe popołudnie i wieczór, a nie latać z aparatem szukając dobrych kadrów. Miałem ochotę usiąść w knajpie, zjeść smażony ser, wypić piwo, poczytać gazetę. I wieczór faktycznie zrobiłem sobie leniwy. Problem tylko w tym, że następny dzień, nie był już tak piękny, a przecież na zdjęciach lepiej wygląda niebieskie niebo, niż szare chmury 😀 O tym miałem się jednak dowiedzieć następnego dnia.

Rynek w Bardejovie czyli “piątka” z katem i nocne życie miasta

Póki co chodziłem sobie leniwie po mieście i wtykałem nos w różne zakamarki. Np. “przybiłem piątkę” z katem, którego pomnik stoi na wyższej części rynku. Znaczy piątkę przybijałem ja, bo on się nie chciał ruszyć z miejsca i nie puszczał z rąk topora, licząc, że może jednak ktoś położy głowę na pieńku i będzie go mógł zdekapitować. Jak za starych, dobrych, katowskich lat…

Pomnik kata w Bardejovie
Kat na bardejovskim rynku. Od dawna bezrobotny, dziś pod topór głowę kładą tylko turyści

Co ciekawe, to w Bardejovie nie ma restauracyjek, których ogródki wychodziłyby na rynek, by można zjeść obiad z pięknym widokiem. Tego typu przybytki są rzecz jasna, ale ukrywają się w podwórkach kamienic. Co też ma swój urok, bo dzięki temu jest tam zacisznie, bez wiatru i przyjemnie. Ale tak jak i w innych małych miasteczkach na Słowacji i nie tylko, w pewnym momencie rynek pustoszeje i nagle turysta stwierdza, że ta cała wielka przestrzeń jest tylko dla niego. Ewentualnie dzieli ją z jakimiś przechodzącymi od czasu do czasu niedobitkami ludzi. Zszedłem niżej, tuż pod pozostałości murów i północną basztę, bo kilka godzin wcześniej wypiłem tu całkiem dobrą kawę z widokiem na coś co można nazwać parkiem fontann, a klimatu dopełniały kilkusetletnie mury i kolory podświetlonej wody.

Tu jeszcze toczyło się życie, zebrało się całkiem sporo młodzieży siedzącej nad kawą, piwem i drinkami. Ale noc ma swoje prawa, np. takie, że robi się chłodniej, zatem i to miejsce zaczęło pustoszeć. Pochodziłem po okolicy, w poszukiwaniu jakiegoś życia, ale czy to nie skręciłem we właściwą uliczkę, czy też nie miałem szczęścia, to takowego życia nie wypatrzyłem. Wróciłem na rynek.

Wypatrzyłem jakiś lokal, w którym na piętrze paliło się światło i podążyłem w tym kierunku. Przyciągającą mnie latarenką okazał się być Guinness Pub. Hmmm nazwa średnio zachęcająca, bo w końcu jestem na Słowacji a nie na Wyspach, ale co tam, wszedłem. A na piętrze okazał się być urządzony naprawdę przytulny lokalik. I… prawie pusty! Barmanka, jakiś facet, ja i dwóch innych klientów. Nawet bardzo wybujałe ego może tu znaleźć miejsce dla siebie i to przy kilku stolikach 😉 Zamówiłem piwo i usiadłem w kącie z widokiem na główny plac Bardejova. Cóż, nie dane mi było doznać samotności, bo oto dosiadł się do mnie chłopak, który siedział przy barze.

Okazało się, że to właściciel knajpy postanowił pogadać z klientem. Nie powiem, bardzo miło nam się gawędziło i dzięki niemu np. dowiedziałem się, że w jednej z lodówek ma piwo APA i to lokalne słowackie! Nie trzeba mnie było długo namawiać, a przy okazji pogadaliśmy o ruchu turystycznym, o tym jak słabo Słowacja jest skomunikowana z Polską. Że tu ludzie przyjeżdżają co najwyżej na kilka godzin w ramach szybkiego wypadu z Polski. Słowem rozmowa o tym jak idzie biznes i że zawsze mógłby lepiej. Miłe zwieńczenie dnia, kiedy człowiek do obcego człowieka mówi po ludzku. Późno się zrobiło, pozostało mi zatem wrócić do hoteliku.

Zwiedzanie atrakcji Bardejova

Kolorowe kamieniczki na rynku w Bardejovie
Kolorowe kamieniczki na rynku w Bardejovie

A potem był poranek. Dzień kiedy po raz nie wiem który uświadomiłem sobie, że prokrastynacja nie jest najlepszym nawykiem, że zostawianie czegoś na dzień kolejny to bzdura i faktycznie co masz zrobić jutro, zrób dziś. Chodzi o zdjęcia, bo z przepięknej pogody, kiedy niebieskie niebo zdobią nieliczne, fotogeniczne, białe chmury sytuacja się odwróciła i spomiędzy szarych chmur z rzadka prześwitywały kawałki niebieskiego. A przecież dziś miałem robić zdjęcia murów obronnych, baszt, miałem wejść na wieżę kościelną. Cóż, pozostało to zrobić, ale nie w tak pięknych okolicznościach przyrody.

Rankiem kat jak zawsze stał na rynku w samotności. Widać, że cierpi na bezrobocie, ale też nad czymś się zadumał, bo nawet kiedy turyści kładli mu łeb na pieńku, nie opuszczał topora. Swoją drogą, to ciekaw jestem, czy w ludziach jest jakiś atawizm i gdyby był to jakiś automat, że tuż po tym, jak ktoś położy głowę, to kat zaczynałby niskim gardłowym głosem wydawać z siebie odgłosy i ruszyłby toporem, to ludzie zareagowaliby krzykiem. Ciekawe…

W każdym razie o poranku rynek w Bardejovie nie był już tak piękny jak w świetle słońca. Kamieniczki straciły ten kolorowy kontrast, niebo jako rzekłem nie było błękitne i tylko gwar na rynku był większy, bo oto ze wszystkich stron Bardejova ściągały tu zastępy przedszkolaków. Pod rozstawioną obok ratusza sceną miał się odbyć krótki festyn, podczas którego jakaś setka lub więcej przedszkolaków klaskała, śpiewała, brała udział w konkursach. Nawet ja szybko nauczyłem się jakiejś piosenki o komarze 😀

festyn dla dzieci na rynku w Bardejovie
Rynek to miejsce, gdzie przychodzą nie tylko turyści i miejscowi, by się spotkać. Jak widać, to też doskonałe miejsce dla festynów dla dzieci z okolicznych przedszkoli

Lekcję śpiewu pobierałem podczas oglądania miasta z wieży kościoła św. Idziego, bo co poradzić, że jak turysta widzi coś, na co może wejść, to rzecz jasna wchodzi? 🙂 Ładny to był widok, bo też Bardejov jest pięknym miastem. Nie bez powodów został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z wysokości idealnie widać stare i nowe, coś co powstało kilkaset lat temu i to, co stare będzie dopiero za wieeele lat o ile marny, postsocjalistyczny beton przetrwa próbę czasu. Jednak więcej minut niż na kontemplowanie widoku, poświeciłem na wnętrze kościoła. Tu ponownie miałem niefarta, bo okazało się, że w kościele trwa spowiedź, zatem jedna nawa była wyłączona ze zwiedzania oraz środkowa została przejęta przez kolejkę, jaka ukonstytuowała się do księdza. Ech, wciąż wiatr i piach w oczy…

A szkoda, bo wierzcie mi, że świątynia jest piękna i jeśli lubicie drewniane rzeźby, piękne średniowieczne ołtarze, to będziecie we właściwym miejscu. Lubię klimat historii, jaki unosi się w kilkusetletnich budynkach. Ponieważ jednak, sam nie lubię, jak ktoś mi wsadza obiektyw w twarz i robi zdjęcia, także i ja nie robiłem tego względem tych, dla których kościół jest sacrum a nie profanum jak dla mnie. Posiedziałem, poprzyglądałem się, pokontemplowałem i wyszedłem. Lekko rozczarowany, bo może i nie cała świątynia była do zwiedzania, to jednak opłata za wstęp była brana w całości.

Nastał czas na obejście starego miasta, bo przecież część starych umocnień przetrwała próbę czasu, a z częścią właśnie walczyli robotnicy, którzy wzięli się za konserwację tego, co nadgryzł czas. Obszedłem zatem to, co pozostało. Nie jest to jakaś wytyczona ścieżka. Czasami trzeba wejść na plac zabaw, by obejrzeć np. basztę prochową, czasami idziemy wzdłuż drogi, gdzie kiedyś była fosa, a w innych miejscach będzie to marsz po dnie dawnej fosy i pod arkadami, na których kiedyś ułożona była główna droga do miasta.

Imponujące baszty niegdyś strzegące dostępu do Bardejova
Imponujące baszty niegdyś strzegące dostępu do miasta

A na koniec zwiedzania atrakcji Bardejova zostawiłem sobie stary ratusz, czyli budynek, który stoi tuż obok północnego krańca rynku. Dziwny to budynek, bo większość ratuszowych budynków, które znam jest bardzo okazała, zdobiona i po prostu bije majestatem i bogactwem. Ten zaś jest skromniejszy, nie znaczy to, że prosty, że nieciekawy. Co to, to nie! Jest… hmmm kameralny i wyróżniający się. W środku mieści się muzeum miejskie, gdzie zgromadzono to, co stare i co wymaga ochrony. Dlatego znajdziemy tu ozdobne epitafia z pobliskiego kościoła, są też w gablotach zamki i klucze do drzwi, które już nigdy się nie otworzą i ci, którzy je zamówili i chronili dzięki nim swoje skarby, już dawno pomarli. Ozdoby, skrzynie, bronie, obrazy, pieczęcie… wszystko to, co w tego typu muzeach zazwyczaj się znajduje. A poza tym wnętrza są atrakcją samą w sobie. Proste, kilkusetletnie, powiedziałbym, że z duszą. I to, co jest tu ciekawego to pewna mapa, na której znajdziecie szlaki handlowe, które kiedyś zapewniły miastu bogactwo. Trakty prowadzące przez Bardejov łączyły np. Gdańsk z Konstancą w dzisiejszej Bułgarii, docierały do Lwowa, Pragi i nawet Triestu. Nic dziwnego, że miasto kumulowało kapitał.

Ratusz w Bardejovie Słowacja
Najbardziej reprezentacyjna strona ratusza w Bardejovie

A na koniec tylko kawa i ciastko w jednej z kawiarni na Bardejovskim rynku. Kawa z pięknym widokiem, który w pamięci przetrwa najdłużej. Polubiłem to małe, słowackie miasteczko. Chętnie bym tu kiedyś wrócił. Na dzień i wieczór, bo to czas w sam raz na zwiedzenie.

Nocleg w Bardejovie

Nie ukrywam, że to urocze miasteczko w nocy jest senne i nie liczcie tu na jakieś dzikie imprezowe ekscesy. Może gdzieś są, ale nie w okolicach rynku. A przecież prawie każdy turysta lubi spać w ciszy tuż przy głównym placu. Najlepiej z widokiem na tenże rynek. I ja tak miałem! Przestronny, kilkułóżkowy, dwupoziomowy apartament tylko dla mnie za konkurencyjną cenę. Kulturalne Centrum Bardejova tak można na polski przetłumaczyć ośrodek kultury, który prowadzi też noclegi z widokiem na rynek. Właśnie w nim spałem i gorąco polecam! Ale jest tu więcej hoteli i to na każdą kieszeń, zatem zachęcam do rezerwacji przez wyszukiwarkę .

Share Button

About Paweł Osmólski

Amator podróży do Azji, którego wspomnienia zostały gdzieś na szlaku w Nepalu na ławeczce pod chałupą jednego chłopa. Kiedyś będę tam musiał wrócić i zabrać je do domu :) Preferuję samotne wyjazdy, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. W czasie wolnym od pracy i podróży zapalony degustator piwa.

2 komentarze

  1. uwielbiam Twojego bloga, często piszesz o miejscach nieuczęszczanych, nieoczywistych, ale na wyciągnięcie ręki – Słowacja, Czechy… dobra motywacja do ruszenia się z domu 🙂

    • Dziękuję za miłe słowa 🙂
      Faktycznie blisko też bywa fascynująco i jest tuż za miedzą, na wyciągnięcie ręki i często po to… nie sięgamy. Sam tak do niedawna miałem! Dlatego tak miło zaskoczyłem się w Czechach i na Słowacji. I dlatego jestem tak wielkim miłośnikiem Lwowa!
      Tylko z jednym nie za bardzo mogę się zgodzić… bo o dalekich wyjazdach też piszę 😉
      Szczególnie późną jesienią, kiedy staram się uciec od pluchy…
      Mam nadzieję, że zostaniesz z moim blogiem na dłużej 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *