Home » Bałkany » Albania » Valbona i trekking w Górach Przeklętych na Maja Rosit. Albania ze szczytów gór
Ranek w Górach Przeklętych Albania
Góry Przeklęte o poranku - biel nielicznych chmur, szarość gór, błękit nieba, zieleń chmur... czego więcej potrzeba do szczęścia?

Valbona i trekking w Górach Przeklętych na Maja Rosit. Albania ze szczytów gór

Share Button

Góry Przeklęte jak was nie kochać! Jak nie powiedzieć inaczej niż “jesteście przepiękne, jesteście dzikie, jesteście fascynujące!” Bo co by nie mówić w Albańskich Alpach można zostawić serce mimo, że jak to wysokie góry są groźne i nieprzewidywalne. Można stracić serce, można i życie. Na przykład jak wtedy, kiedy nagle dopadła mnie w nich burza…

Panorama z Maja e Rosit
Panorama prawie spod szczytu Maja e Rosit w Górach Przeklętych. Albańskie góry są przepiękne, dzikie i niezadeptane.

Spacer Doliną Valbony

Niesamowicie zaczęło robić się już po południu, kiedy busik przywiózł mnie z przystani promu, którym płynąłem po jeziorze Koman. Dolina Valbony jest jednym z tych miejsc, które zobaczyłem i momentalnie poczułem, że jestem we właściwym czasie i we właściwym miejscu. Po idealnie gładkim asfalcie, po idealnie pustej drodze busik wjechał w dolinę. Nad nami niebo zamykające perspektywę otaczającego nas wąwozu. Z jednej i drugiej strony piętrzyły się potężne góry. Szare, surowe czapy szczytów odcinały się od niebieskiego nieba. Z rzadka z naprzeciwka pojawiał się jakiś samochód osobowy. Z każdym obrotem kół auta, miałem poczucie, że oddalałem się od cywilizacji, jaką znałem. Nawet zasięg telefonii komórkowej coraz bardziej gasł. O tym, że to jednak nie dzicz przypominają rozwrzeszczani współpasażerowie busa i cichy warkot silnika. Jeszcze tylko zrzucić rzeczy w hotelu i można wyjść, by rozkoszować się oszałamiającymi widokami.

Ten moment, kiedy wychodzę na biegnącą środkiem doliny, nową drogę i przez kilka minut nie mija mnie żaden samochód. Szczyty gór, wierzchołki drzew, cień albo słońce, w zależności, którą stronę szosy wybiorę. I śpiew ptaków, który w ciszy brzmi szczególnie donośnie. Postanowiłem, że podejdę dwa kilometry do miejsca nazywającego się Valbone Quender czyli centrum Valbony (miejscowości). Spokojny marsz nagle zakłóca stojący na poboczu objaw cywilizacji czyli samochód. Po chwili dowiaduję się, co on tu robi. Okazuje się, że wysiadła z niego rodzina, która zapragnęła obejrzeć jedną z głównych atrakcji jaka jest w tej okolicy. Za mostkiem, po przejściu rwącego, górskiego potoku z krystalicznie czystą wodą, znajduje się budynek.

Najstarszy dom w Dolinie Valbony
Najstarszy, kamienny dom w Dolinie Valbony.

Licząca sobie ponoć prawie 200 lat konstrukcja zbudowana z kamienia wciąż dobrze się trzyma, pewnie z powodu remontów, ale idealnie pokazuje, jak kiedyś się budowało. Że kamienne budynki były najbardziej trwałe, ale pewnie też niesamowicie zimne w czasie mroźnych zim, a w Albańskich Alpach takie są dość często. Na szczęście opał rośnie tu tuż za rogiem, bo drzew tu pod dostatkiem. Dom na odludziu, schronienie dla pasterzy i wędrowców, jeśli tacy tu zaglądali.

Znikam stąd, rozwrzeszczane towarzystwo nie jest tym, na co mam ochotę. Ponownie powoli, smakując chwilę, idę w kierunku centrum wioski. Nagle zza zakrętu wyłania się mój cel. Długa, szeroka dolina, gdzie po lewej znajdują się rzadkie zabudowania, a po prawej potok, toczący swoje wody po jasnych i wyszorowanych przez tysiące lat kamieniach. Jest pięknie, chociaż krowy wydają się być przyzwyczajone do tych okoliczności przyrody i ze spokojem przechodzą przez drogę, żując niespiesznie skubaną z rowu i łąk trawę.

Początek wioski Valbona
Zbliżam się do centrum Valbony – miejscowości w… Dolinie Valbony.

Moją uwagę zwraca inna rzecz, tablica informacyjna, na której władze parku narodowego powiesiły skarb. Oto przede mną, na drewnianej tablicy wisi mapa okolicznych szlaków górskich. Kreski łączą się w spójną całość, tworzą możliwość kilkudniowego chodzenia po górach bez powtarzania tych samych odcinków. Sercem jest szczyt Maja e-Rosit wznoszący się na 2522 metry nad poziom morza, które przecież jest tak daleko stąd. Wiem już, co będzie moim planem na jutro, nie wiem tylko, jaki szlak doprowadzi mnie do celu. O tym jednak zadecyduję później.

Teraz czas na zwiedzenie wioski. Kilka domów na krzyż, jakiś rozsypujący się budynek, spory hotel, prywatne kwatery i dwie czy trzy restauracje. I jeden sklep w baraku.  Oto cała Valbona Quender. I nie zapominajmy o jeszcze jednej konstrukcji a raczej konstrukcjach. Bo przecież Albania bez bunkrów byłaby niepełna, przecież jeśli zapytasz kogoś, z czym mu się kojarzy Albania to powie, że albo z bunkrami, albo z mercedesami. Chociaż i jednych i drugich już coraz mniej.

Na szczęście tutaj bunkry mają się dobrze, bo przecież nie tak łatwo pozbyć się czystego, zbrojonego betonu. Nawet takiego jak ten tutaj, bo okazuje się, że bunkry budowano z prefabrykatów, które spajane były metalowymi klamrami. Obstawiam jednak, że znacznie osłabiało to konstrukcję. Tu, jeśli mamy chęć, możemy do bunkra wejść, spojrzeć na świat oczami operatorów karabinów. Bunkry stoją w strategicznych miejscach, osłaniając się wzajemnie na zakręcie drogi albo w lekkim oddaleniu, by można z nich kontrolować jak największy obszar. Albania a raczej jej wódz Enver Hodża, który miał manię, że ktoś ten jego socjalistyczny raj napadnie… Rozsiał po Albanii bunkry jak Matka Natura grzyby po lesie w szczycie sezonu. Tuż obok szarej masy zbrojonego betonu rosną jeżyny, dojrzałe, czerwone, słodkie lub kwaśne, jakie kto lubi. Można jeść do woli, nikt ich nie pilnuje, nikt się nimi nie interesuje.

Jeżyny na górskim szlaku
Lubicie jeżyny prosto z krzaka? W Górach Przeklętych rosną przy drodze, przy szlakach… można jeść do woli!

A wieczorem poszedłem na spacer obok hotelu. Lokalny cmentarz ze świeżymi datami, obok którego wcale nie ma kościoła lub chociażby kapliczki. Strumyk płynący obok dawnego młyna, opływający zmurszałe, stare belki, na których wilgoć dopełnia dzieła zniszczenia. Powoli zapada zmierzch, za chwilę będzie ciemno, że oko wykol. Na dobranoc na jakiejś górce za zakrętem drogi łapię przyzwoity zasięg sieci komórkowej. Kontakt ze światem.

Trekking w górach Przeklętych. Burza na Maja e Rosit

A rano była świetna pogoda! Cel na dziś Maja e-Rosit, wspomniane 2522 metry nad poziomem morza. Znów najpierw do Quku Valbone, potem przez wieś, przed szkołą w prawo, przez rzekę, obok szkaradnie zielonego domu i oto można zagłębić się w dziką, czystą przyrodę. Tylko ja i ona, oko w oko. Rześki poranek osładzany śpiewem ptaków i dżwiękiem osuwających się spod butów kamieni. Gęsto usytuowane czerwone znaki wskazują, że jestem we właściwym miejscu. Właściwie do samego końca, aż na szczyt znaczki prowadzą jak po sznurku.

Szlak w Gorach Przekletych
Początkowy odcinek szlaku na Maja e Rosit – Góry Przeklęte

Marsz w cieniu drzew, wśród mchu i paproci, po czytelnym szlaku. Szlaku na którym jestem sam, nie licząc pewnej przygarbionej, tutejszej starowinki, która powoli, ale konsekwentnie wspinała się po zboczu stromej łąki. Jeszcze tylko kawałek po brzegu i białych kamieniach małego strumyka i jestem w małej wiosce. Ułożone w specyficzne stogi, suszy się siano, pole warzyw strzeżone jest przez własnoręcznie zrobiony płot. Gdzieś dalej, uwiązane pasą się dwa konie. Nie wiem, kiedy ostatnio w Polsce widziałem konie na łące czy w zagrodzie. A nad całą doliną magiczne i majestatyczne góry z bielą pod szczytami, ale to nie jest śnieg, to drobne, białe kamyki. Dookołatylko biel szczytów, szarość skał i zieleń łąk. Jeśli miałbym ochotę, tu mogę uzupełnić zapasy wody. Jest wszystko, czego potrzebuję.

Dom w Albańskich Alpach.
Dom w Albańskich Alpach.

Czas nagli, bo do szczytu wciąż daleko, do szczytu z którego chcę spojrzeć na Dolinę Valbony. Nagle zwalniam kroku z niedowierzaniem, bo okazuje się, że przede mną, na łące z przepięknym widokiem na góry siedzi człowiek i czyta książkę. Nie wiem, czy w takich warunkach byłbym w stanie skupić się na tym, co czytam. Tu jest tak pięknie, że wzrok sam chce chłonąć te widoki, on jednak czyta, pewnie już się napatrzył. Zapewne tak jest, bo mówi, że mieszka w tej osadzie, którą przed chwilą minąłem, siedzi tu już kilka dni i po prostu cieszy się przyrodą. A jest czym się napawać.

Kończy się delikatne podejście, teraz zaczyna się stromy odcinek. Metr za metrem, w cieniu drzew, przez pola paproci, skrajem lasu, przez górskie łąki pnę się powoli do góry. Słońce zaczyna powoli chować się za chmurami, to dobrze, lepiej się chodzi, kiedy nie jest tak gorąco. Robię postoje, bo i owszem można przez Góry Przeklęte gnać jak wicher, byle wyżej i zaliczać miejsca, ale ja do Albanii przyjechałem po to, by cieszyć się nieskażoną jeszcze przyrodą, a nie robić wyścigi. Jeśli chodzicie po górach, wiecie jak dobrze smakuje kromka suchego chleba zabrana ze śniadania popijana coca colą? 🙂 Czysty cukier, którego tak domaga się organizm. Wszyscy mają coś dla siebie, organizm paliwo, a ja cudny widok górskich łąk przechodzących w surowe szczyty. Za to kocham góry. Wszystkie! I Albańskie Alpy nie są wyjątkiem, radość mam tym większą, że dawno nie chodziłem po tak pięknych okolicach. Kiedy w czerwcu chciałem pochodzić po Tatrach na Słowacji właśnie załamała się pogoda :/ Teraz sobie odbijam.

Łąki w Górach Przeklętych
Górskie łąki w Górach Przeklętych. A z łąk słychać dalekie pobrzękiwania dzwonków. To od pasących się na zboczach krów.

Coraz wyżej, skończyła się już linia drzew, zaczynają się górskie krzaki i łąki. Na jednaj z nich stoi coś, co od biedy można uznać za nie tyle schronisko, co górski punkt zaopatrzenia. Mieszkająca tu para staruszków sprzedaje słodkie napoje, colę i jakieś ciastka. Obok można rozbić namiot. Jeden właśnie stoi. Okazuje się tylko, że dawno nie padało i górski potok, z którego gumowym wężem dostarczana jest woda, nie płynie. Nie mam zatem możliwości uzupełnienia wody w butelce. Odmawiam grzecznie kupna piwa, bo w górach nigdy nie piję alkoholu i idę dalej. Jest coraz później a do szczytu jeszcze daleko.

Słońce gdzieś się schowało, wiatr się wzmaga i gdyby nie windstoper, byłoby chłodno. Idę. Podejścia są coraz bardziej strome, coraz więcej trawersów, ale można też podziwiać mikroprzyrodę. W zacisznych zagłębieniach uwijają się motyle przeskakujące z kwiatka na kwiatek, pomagają im brzęczące, większe zapylacze. Ze ścieżki uciekł mi szybko jakiś wąż, zaskoczony moim pojawieniem się nie mniej, niż ja jego obecnością.

Przyroda Gor Przekletych
Dzika przyroda w dzikich górach. W Albanii jest jej jeszcze sporo. Im wyżej i bardziej niedostępnie, tym jej więcej.

Dochodzę do kluczowego miejsca. Z niego można zejść w kierunku Czarnogóry, ale można też wejść na Maja e-Rosit. Wystarczy tylko pokonać bardzo strome podejście a potem to już będzie łatwizna. Zaskoczeniem są dla mnie trzy wielkie turystyczne plecaki, zostawione tu samopas. Rozglądam się i szukam ich właścicieli. Dopiero po łuższej chwili ich namierzam, kiedy słyszę z góry odległe głosy. Trzy małe kolorowe postacie schodzą właśnie z góry w moim kierunku, a ja wyruszam im naprzeciw. To Bułgarzy, którzy jak się okazuje schodzą w kierunku Czarnogóry. Długa droga przed nimi, a plecaki nie przyspieszą marszu. Rozsądnie zostawili je, a szczyt postanowili zdobywać bez obciążenia. Mądrze i cwanie!!! Rozsądnie, bo na tym szlaku prawie nie ma ludzi. Oni byli tak samo zdziwieni moją obecnością, jak ja ich. Tu nikt nie okradnie, bo widać złodziejom nie chce się męczyć i wchodzić tak wysoko. Zresztą po co? Po śmierdzące, zużyte skarpetki i stosy niewypranych majtek i koszulek? 😉

Gory Przeklete Albania

I wszystko byłoby idealnie, bo pokonałem już strome podejście, pot leje mi się po plecach, oddech powoli się wyrównuje. Szczyt jest w zasięgu wzroku. To może 500 metrów! Najpierw w lewo, potem szczytem grani w prawo i będę na miejscu. Na twarzy gości uśmiech tryumfu, który po chwili zamienia się w grymas strachu i małego przerażenia. Oto z oddali słyszę wyraźny odgłos grzmotu. Przetacza się jeszcze cichy, ale wyraźny, doniosły na tle idealnej ciszy, która panuje na tej wysokości. Cisza przed burzą nabiera nowego znaczenia. Nigdy jeszcze nie złapała mnie w górach burza. Szybko myślę co robić. Mogę być ryzykantem i chojrakiem i spróbować dobiec do szczytu, przecież już nie jest stromo, to zajmie kilka minut. Ale rozsądek bierze górę, z górami nie ma żartów i nie ma nic bardziej głupiego, niż dać się złapać burzy będąc na szczycie góry. Podejmuję decyzję, że nie będę ryzykował, zaczynam wyścig z czasem, by zejść tak nisko, jak się tylko da. Zminimalizować ryzyko trafienia przez pioruny, które za kilka, kilkanaście minut będą waliły w “mój” i okoliczne szczyty.

Po górach nie należy biegać, ale serio przebieram nogami tak szybko, jak to tylko możliwe, strach dodaje nadzwyczajnej sprawności i chyżości. Schodząc z Maja e-Rosit przypominam sobie wszystkie zagłębienia, które mijałem po drodze i w których ewentualnie mógłbym się ukryć. Nagle dostrzegam obok siebie głęboką półkę skalną. Taką, pod którą można wpełznąć i skryć się w całości, tu nawet zacinający deszcz nie powinien mnie zmoczyć. Biorę zatem kije trekkingowe i walę w skały, upewniając się, że żaden wąż nie postanowił schować się tu przed burzą tak jak i ja. Wpełzam pod półkę i czekam.

Półka skalna pod którą schowałem się przed burzą
Półka skalna pod którą schowałem się przed burzą. Może nie było tam zbyt wygodnie, ale na głowę nie kapało, przed wiatrem chroniło, a dodatkowo zabezpieczało przed piorunami.

Po 10 minutach dookoła mnie jest ściana deszczu, chmury zaciągają cały horyzont i chwilami nie widzę wiele. I tak jak się spodziewałem, pioruny walą co chwila w okoliczne szczyty, od błysku do grzmotu nie upływa wiele czasu. W pamięci liczę ile to metrów ode mnie i jestem szczęśliwy, że udało mi się znaleźć schronienie. Chodziłem już mnóstwo razy po różnych górach, ale burza złapała mnie pierwszy raz dopiero tu, w Albanii. Góry Przeklęte, teraz o wiele bardziej rozumiem tę nazwę. Ostatni raz uciekałem przed burzą śnieżną, kiedy byłem w Nepalu i szedłem do Pierwszej Bazy Annapurny (Annapurna Base Camp). Wtedy też grzmoty i świadomość, że jestem ostatnią osobą, która tu dzisiejszego dnia idzie przydała mi nadzwyczajnej energii. Tym razem było podobnie.

Gory Przeklete Maja E Rosit

Jeszcze tylko myślę chwilę, czy atakować szczyt ponownie, czy jednak zacząć schodzenie. Wybieram drugą opcję, bo wolę nie ryzykować wspinaczki po śliskich kamieniach. Chmury powoli się rozwiewają. Za ponad godzinę wyjdzie nawet słońce. Wysokie góry milczą, słyszę tylko swój oddech i kroki. Osiągam linię lasu, gdzie spotykam jakąś parę. Pytają mnie o to, ile jest do tej chatki krytej blachą, w której chciałem uzupełnić wodę. Rozmawiamy i od słowa do słowa dowiaduję się, że chcieli iść wyżej, ale ta burza ich zniechęciła. Patrzą na mnie troszkę inaczej, kiedy dowiadują się, że podczas burzy byłem prawie na szczycie.

A potem wyszło słońce i znów było tak pięknie, że strach sprzed kilku godzin ustąpił miejsca zachwytowi.

Zaczek ze szlakiem w Górach Przeklętych
Szlaki w Górach Przeklętych są puste i dość dobrze oznakowane. Zgubienie się nam nie grozi!

Góry Przeklęte! Wrócę do Was jeszcze, bo Dolina Valbony jest przepiękna i tyle tu jeszcze szlaków do obejrzenia. Nie tylko szlak do Theth, którym będę szedł jutro i który jest już jednak dość turystyczny. Jutro okaże się, że spotkam na nim może nawet ponad 50 osób. Ale nie wiele więcej…

Share Button

About Paweł Osmólski

Amator podróży do Azji, którego wspomnienia zostały gdzieś na szlaku w Nepalu na ławeczce pod chałupą jednego chłopa. Kiedyś będę tam musiał wrócić i zabrać je do domu :) Preferuję samotne wyjazdy, bo tylko wtedy w drodze spotyka się najciekawszych ludzi. W czasie wolnym od pracy i podróży zapalony degustator piwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *