Wilno zobaczyłem wczesnym porankiem, na tyle wczesnym, że powitały mnie puste ulice i klimat miasta, które dopiero za chwilę się obudzi. Ta chwila pomiędzy snem a jawą. Najpierw była magiczna Ostra Brama, jeszcze pogrążona w modlitwie, następnie puste ulice, a potem była otwarta kawiarnia i pierwsze zdziwienie i refleksja zarazem. Coś mi w zachowaniu obserwowanej w kawiarni mojej rodaczki nie pasowało.
Wilno o poranku
Poranek zaczynam zawsze od kawy, Wilno nie było wyjątkiem. Wchodzę do kawiarni na końcu ulicy Zamkowej, co prawda na zewnątrz stoją już stoliki, ale za zimno, by siedzieć na dworze. Siadam w środku, z bardzo miłym Litwinem za barem prowadzę sobie pogawędkę na temat, która z oferowanych przez nich kaw, najbardziej może mnie postawić na nogi. Jakoś nie dziwi, że wybór pada na podwójne espresso. Do tego biorę jeszcze croissanta i mam przed sobą zestaw w sam raz na pierwsze śniadanie i przynajmniej kwadrans, który spędzę na konsumpcji. Czas kiedy można leniwie obserwować otoczenie.
W tym momencie wchodzi pani, na oko tak około 55-60 lat. Wchodzi i zaczyna mówić po polsku. Cóż widać, że nie jest to język, który jest znany dziewczynie, która wtedy stanęła za ladą. Ale pani z uporem maniaka wyrzuca z siebie potok słów i wreszcie raczej ze słów kluczy takich jak „kawa”, dziewczyna wnioskuje, że chodzi o kawę, a na migi pani pokazała ciastko. W sumie to ostatnie było dość proste, bo język „migowy” na całym świecie jest taki sam. Wystarczy pokazać palcem. Cyrki zaczynają się później, kiedy przyszło do płacenia.
Otóż rzeczona moja rodaczka najpierw rozpłynęła się nad pięknem mowy litewskiej (de gistibus non disputandum 😉 ), ale później usłyszaną cenę ujrzała na kasie i zażądała od obsługi, by teraz obsługa powiedziała to po polsku. Cóż, polski nie jest najłatwiejszy. Cóż za ulgę widać było na twarzy całej obsługi, kiedy Polka wyszła.

Z ciekawości zapytałem po angielsku, czy dużo tu Polaków przychodzi. Okazało się, że bardzo wielu i znaczna część rodaków konsekwentnie komunikuje się przede wszystkim w języku polskim. Innego z racji wieku nie znają. Są jak Francuzi, którzy też gdziekolwiek by nie byli, mówią po francusku. Jeśli komunikacja pozostaje bez zrozumienia, mówią głośniej… A są i tacy Polacy, jak ta kobieta, którą usłyszałem, którzy odczuwają w sobie powołanie edukacyjne i uczą obsługę, jak się posługiwać polską mową. I jakoś tak mi się dziwnie zrobiło. Chociaż z drugiej strony wspomniani Francuzi używają tylko swojego języka i nikt tego nie ma im za złe. (A może jednak ma, bo np. ja mam) Mnie jednak było wstyd za moją rodaczkę.
Atrakcje Wilna. Co zobaczyć w mieście
Ale wróćmy do Wilna jako takiego. Nie oszukujmy się, nawet gdybyście chcieli to i tak zaczniecie zwiedzać miasto od Ostrej Bramy. Spytajcie jakiegokolwiek Polaka, z czym Wam się kojarzy Wilno, z jakimi atrakcjami, to pewnie 90 procent odpowie, że właśnie ze wspomnianym zabytkiem i z Panem Tadeuszem, którego wałkowali w tej czy innej szkole. W rzeczywistości Panna Święta może nie zawsze świeci w bramie, bo też na noc okna kaplicy są zamykane, jednak za dnia złocenia na pewno zwrócą naszą uwagę. Cóż, Kościół zazwyczaj nie powinien narzekać na niedomiar złota, zatem było czym pokryć zdobienia.
Ale wrażenie robi nie tylko kaplica, a przede wszystkim okolica. Sporo się tu zmieniło od mojej ostatniej wizyty przed 10 a może i więcej laty. Wtedy zapamiętałem Wilno jako zaściankowe, odrapane miasto, które lata świetności ma za sobą albo też przed sobą. I chyba właśnie teraz mogłem zobaczyć tę świetność. Niewiele zostało z ponurego i domagającego się renowacji miasta. Teraz wzdłuż deptaków oczy cieszą pięknie odrestaurowane budynki, ich elewacje wręcz biją po oczach jasnością. Ładnie tu, można powiedzieć, że Europa pełną gębą. Ale co się dziwić, Wilno to stolica, największe miasto Litwy, najwidoczniej tu nie wpadli na pomysł janosikowego, które w Polsce pustoszy kasę Warszawy a i Mazowsza.
Ale Wilno to też miasto ciekawe z innego powodu. Kojarzycie „Monachomachię” Ignacego Krasickiego? Jeśli nie, tu macie jej fragment, który ciśnie się na usta, kiedy tylko spacerujemy po starej części Wilna.
W mieście, którego nazwiska nie powiem,
Nic to albowiem do rzeczy nie przyda,
Miasto (W mieście, ponieważ zbiór pustek tak zowiem),
Wgodnem siedlisku i chłopa, i Żyda,
W mieście (gród, ziemstwo trzymało
albowiem Stare zamczysko, pustoty ohyda)
Były trzy karczmy, bram cztery ułomki,
Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.
Wilno, stolica Litwy obfituje w kościoły i klasztory, nie da się iść, by nie zobaczyć jakiejś wieży, dzwonnicy, muru… Widać, że dawnymi czasy księżom nie powodziło się tu źle, skoro miasto było w stanie utrzymać taką mnogość świętych przybytków. I tu jednocześnie muszę przyznać, że część z tych kościołów to istne perełki sztuki architektonicznej i wykończeniowej. Ku zaskoczeniu nie mam tu na myśli katedry, bo ta wydaje mi się jedną z najmniej interesujących, mimo że jest ogromna i swoją bryłą przejęła władanie nad Placem (nomen omen) Katedralnym. Warto zatem pochodzić nie tylko po głównych ciągach komunikacyjnych, ale też zaglądać w zakamarki, bo również tam są świątynie. I za przykład niech posłuży ta, stojąca tuż obok domniemanej lub rzeczywistej celi Konrada. Tej znanej z Dziadów Mickiewicza. Zwykłe podwórko ze sporym kościołem. Takich miejsc jest więcej, ale o kościołach w Wilnie, które najbardziej wryły mi się w pamięć, przeczytacie poniżej.
Wilno jest wspaniałe na spacery, na powolne zwiedzanie, skręcanie pozornie bez celu, na wchodzenie w bramy i przesiadywanie w kawiarniach – zapewne wciąż będziecie widzieli te same szyldy sieciówek. Oczywiście większość turystów idzie po szlaku Ostra Brama – Plac Katedralny, ale nie ograniczajcie się tylko do niej. Wszak warto skręcić do Republiki Zarzecza. Warto stojąc twarzą do Ostrej Bramy w kierunku południowym, wyjść z niej i skręcić w lewo, by zobaczyć dawne obwarowania miasta. Kto wie, jeśli będziecie tu wieczorem, to może tak jak i ja zobaczycie startujące balony? A zatem zapraszam Was na spacer po Wilnie, po tych atrakcjach miasta, które najbardziej mi się podobały.
Uniwersytet Wileński. Perła architektury
Wstyd się przyznać, ale pomimo kilkukrotnej obecności w Wilnie, po raz pierwszy zaszedłem do kompleksu budynków Uniwersytetu Wileńskiego, czyli dawnego polskiego Uniwersytetu Stefana Batorego, króla któremu uczelnia zawdzięcza akt fundacyjny w 1579. W tym momencie od razu warto przejść do Dziedzińca Wielkiego, bo to nie tylko najbardziej reprezentacyjne miejsce w kampusie, ale także miejsce, gdzie niejako spotykają się wszyscy dobroczyńcy tego naukowego przybytku.
Kiedy spojrzymy ponad arkady, otaczające dziedziniec, dostrzeżemy nie tylko fundatora Uniwersytetu Wileńskiego, czyli Stefana Batorego, ale również innych dobroczyńców uczelni, dzięki którym mogła się rozwijać, przyjmować studentów i nieść przysłowiowy „oświaty kaganek” Portrety dostrzeżemy na północnej ścianie z której spogląda na nas np. hetman Jan Karol Chodkiewicz i August II Mocny. Kolory co prawda są czasami delikatnie spłowiałe, napisy zatarł czas lub inne tragiczne wydarzenia, ale wygląda to i tak nader ładnie. Galeria sławy!
I skoro już jesteśmy na dziedzińcu, spójrzmy łaskawym okiem w stronę kościoła. Wiem, że możecie uznać, że wszystkie kościoły wyglądają w środku podobnie i pewnie troszkę racji mieć będziecie, to do tego moim zdaniem warto zajrzeć. Nie tylko ze względu na przepiękny ołtarz główny i otaczające go mniejsze ołtarze, ale także ze względu na boczne kaplice i… pomieszczenia z wystawami. Znajdziemy tam np. sale z historią uniwersytetu, z przedstawieniem największych absolwentów, ale także z… globusami!
Skądinąd to będąc tu, uświadomicie sobie, że Litwini mają jakiś ogromny kompleks i dosłownie wszystko usiłują przerabiać na modłę swojego języka. Dlatego czasami trudno nie parskać śmiechem, kiedy znane nam z książek i lekcji historii nazwiska, czytamy tu w transkrypcji litewskiej z końcówkami typu „czius”. Na szczęście starego pomnika z napisem Adam Mickiewicz nie przekuli na Mickiewicziusa 😉 Rozsądek i szacunek dla historii wzięły górę. Ufff.

Wraz z biletem wstępu na teren uniwersytetu dostałem ulotkę z krótką informacją o uczelni oraz z mapką. Zaglądam zatem na poszczególne ponumerowane dziedzińce i większość z nich nie robi żadnego wrażenia – miejsca jakich wiele. Można o nich powiedzieć, że po prostu są. Ale za to jest kilka punktów, które zasługują na szczególne potraktowanie. Pierwszym jest księgarnia Littera, gdzie rzecz jasna możecie kupić książki, ale większość turystów wpada tu, by zrobić zdjęcie, obejrzeć to, co przyciąga wszystkich. A tym czymś jest pięknie pomalowane sklepienie.

Nie nie jest to coś, co ma setki lat i trzeba traktować z nabożną czcią, nie jest, bo malowidła może i przypominają barokowe, ale powstały w 1978 roku. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że wygląda to pięknie i warto jeszcze wiedzieć, że twarze, które widzimy, to co znamienitsi wykładowcy i wychowankowie uczelni.
Drugą salą, która przyciąga turystów, to skromna salka przed Centrum Lituanistycznym. Tu nie zrobiłem „łaaał”, bo i ten rodzaj sztuki nigdy nie robił na mnie wrażenia. Malowidło na suficie i na podporach powstawało przez kilka lat, a prace zostały zakończone w 1985 roku. Warto tu jednak przyjść chociażby na chwilę, by ocenić samemu. Jest szansa na samotną kontemplację miejsca, ale trzeba się liczyć z tym, że może tu być tłumek studentów, oczekujących na załatwienie sprawy w którejś z okolicznych salek.

Sala Franciszka Smuglewicza
A na deser zostawiłem sobie to, czego w na mapce jako dostępnej atrakcji nie zaznaczono, a obejrzeć można, jeśli się poprosi. Zapraszam do biblioteki! Najpierw musiałem wejść do budynku rektoratu, skąd na parterze jest wejście do biblioteki. Tu stety czy niestety jest bramka i portiernia, ale okazuje się, że uśmiech i pytanie „czy można zobaczyć bibliotekę”, otwiera drzwi i usłyszymy, że „tak, ale tylko jedną salę”. Wierzcie mi, że zanim nacisnąłem klamkę na drzwiach, nie spodziewałem się tego, co za chwilę zobaczę. To było jak wstąpienie do innego wymiaru…
Drzwi ustępują a przede mną pogrążona w półmroku sala z dominującym w niej ogromnym stołem. Oto sala Franciszka Smuglewicza. Potężny, drewniany stół i wiszący nad nim ozdobny sufit idealnie ze sobą współgrają. Brąz drewna przechodzi płynnie w jaśniejsze sklepienie z kasetonami i obrazem. A po przeciwnej stronie stary regał i umieszczone na nim woluminy. Gdyby nie pracujący tu przy komputerze facet, byłbym sam. Ale pewnie pracuje tu, bo ktoś musi pilnować sali. A jest też czego pilnować, bo w gablotach znajdują się cenne ryciny, które rzecz jasna można a nawet trzeba podziwiać 🙂
To kolejny z tych momentów, kiedy stojąc na środku i chłonąc klimat, chciałoby się powiedzieć: chwilo trwaj! Jesteś tak piękna… Niestety po kilku minutach wchodzi jakaś wycieczka z Azjatami. Może i nie jest wielka, nie jest hałaśliwa, ale takie miejsca najlepiej smakuje się w samotności.
Cmentarz na Rossie – tu spoczywa polskie Wilno
Cmentarz na Rossie w Wilnie. Dziwne to miejsce, będące też jedną z najbardziej znanych polskich nekropolii obok np. Cmentarza Łyczakowskiego we Lwowie. I chyba to główne porównanie, jakie wciąż miałem chodząc po tym cmentarzu. Cmentarz na Rossie sprawia wrażenie takiego, który nadszarpnięty zębem czasu czeka, aż przemijanie zrobi swoje. Położone na wzgórzach liczne nagrobki, to w większości już tylko kamienie, z ledwo czytelnymi napisami. To metalowe krzyże, do których jeśli przyłożylibyśmy ucho, usłyszelibyśmy rdzę jedzącą je w najlepsze. Ten cmentarz na większości swojej powierzchni dawno już przeminął.
Na szczęście jest też cząstka, która dzięki ofiarności lokalnej społeczności oraz donatorów z Polski, dostała drugą szansę. Coraz więcej nagrobków, które przeszły pieczołowitą renowację, coraz więcej rzeźb, odzyskujących świetność i napisów, które można rozczytać na pierwszy rzut oka, bez konieczności zrywania mchu czy innych porostów. I nawet symbol Rossy – Czarny Anioł stojący od 1901 roku na nagrobku Izy Salmonowiczówny rozwija dumnie skrzydła, mając nadzieję na lepsze jutro. Także i on dostał drugą szansę od konserwatorów zabytków i polskiego ministerstwa, które sfinansowało prace.
Cmentarz Bernardyński w Wilnie. Kolejna polska nekropolia
Kiedy na Facebooku przed wyjazdem do Wilna zapytałem, dokąd pójść w Wilnie, żeby zobaczyć coś poza utartym szlakiem, jedną z rad było odwiedzenie cmentarza Bernardyńskiego. (Dzięki Kamila! – Jak macie chęć, to zapraszam do wpisów Kamili) Postanowiłem jednak dostać się do nekropolii nie od strony Zarzecza, lecz od drugiej, by przejść przez mostek nad rzeką i tędy dostać się na teren cmentarza – lubię chodzić innymi niż utarte ścieżki.
Niestety okazało się, że z racji budowania apartamentów przy miejscu wiecznego spoczynku, mostek jest odgrodzony zasiekami i zamknięty. Musiałem zatem nadłożyć troszkę ponad kilometr, by skorzystać z innego mostu. Dzięki temu jednak kiedy wszedłem boczną furtką na teren Cmentarza Bernardyńskiego, oczom ukazał mi się widok, jaki niewielu turystów ogląda.
Oto stałem u podnóża góry, na której zboczu umieszczono groby. To jednak dumnie powiedziane, bo w większości, były to ledwo widoczne zarysy dawnych kwater, obalone przez czas lub ludzi krzyże i kamienie nagrobne. Obraz przemijającego czasu, na tle świeżo przystrzyżonej trawy, widomego znaku, że o Cmentarz Bernardyński w Wilnie ktoś dba.
Wspiąłem się ostrożnie po niewielkim zboczu, uważając, by przypadkiem nie deptać po grobach i wydostałem się na główną alejkę. Szkoda, że był już zmierzch, szkoda, że właśnie zaczął padać deszcz. Ulewa wieczorem na cmentarzu tworzy niesamowity klimat, jednak niestety utrudnia oglądanie… Cóż, trzeba było przeczekać pod jakimś rozłożystym drzewem. A jest tu co oglądać, bo to drugi po Cmentarzu na Rossie cmentarz, który jest de facto galerią sztuki. Może nie taką, jak na przykład Cmentarz Łyczakowski we Lwowie, ale niektóre nagrobki są po prostu piękne. Twarze wykute w kamieniu ponad sto lat temu wciąż wyrażają emocje: ból, zaskoczenie czy tęsknotę za tymi, którzy odeszli. Do tego napisy na nagrobkach. Napisy w większości w języku polskim, takim XIX wiecznym polskim. Sami zresztą zobaczcie…
Republika Zarzecza – alternatywa i mainstream
Zarzecze leży tuż obok Cmentarza Bernardyńskiego i to chyba jedyny „kraj”, który mimo jawnie ogłoszonego separatyzmu i proklamowania niepodległości, nie spędza snu z powiek rządzącym, którzy „utracili” terytorium. Republika Zarzecza niepodległość proklamowała 1 kwietnia 1997 (w Prima Aprilis, ale fakt pozostaje faktem) i od tego czasu ma nie tylko swój rząd i konstytucję (o której za chwilę), ale nawet biskupa. Wiadomo, że państwowości być nie może bez duchownych 😉 i jak pokazuje przykład Zarzecza, nawet kontrkultura dobija się o uznanie duchowieństwa 😀

Ale wracam na Zarzecze, by po raz wtóry zobaczyć, jak zmieniła się ta część Wilna. I powiem wam, że co prawda usiłuje ono pozycjonować się na coś alternatywnego, ale to po prostu rejon, który padł ofiarą własnej popularności. O ile jeszcze kilka lat temu sporo tu było ruder, sporo pustostanów i nieużytków, o tyle dziś, centrum Zarzecza tętni knajpianym życiem. Ściągają tu tysiące turystów, przychodzą mieszkańcy Wilna i cały ten miks kręci się po okolicy, a przede wszystkim przesiaduje w licznych restauracjach i knajpkach. Jest to rejon na tyle popularny, że z miejscem w pubie lub restauracji może być spory problem i niech ten fakt, powie sam za siebie.
Ale wspomniałem o konstytucji Zarzecza i niech was nie zmyli poważna nazwa, bo jak na miejsce, gdzie (przynajmniej w teorii) spotka się bohema artystyczna, musi mieć prawa dostosowane do potrzeb. Zatem na wypolerowanych, metalowych tablicach przytwierdzonych do muru wisi tekst konstytucji Zarzecza w kilkunastu językach. Rzecz jasna jest też tekst polski. Nie sposób się nie uśmiechnąć czytając te prawa. Pewnie świat byłby piękniejszy, gdyby wszyscy trzymali się tych praw, ale co robić… żadne prawa które odwołują się do kotów, np. przeze mnie respektowane nie będą. Co innego, gdyby odwoływały się do psów. Wtedy będę ich bronił do upadłego!
A jakie prawa wpisano do konstytucji Zarzecza? Np. takie:
Człowiek ma prawo mieszkać nad Wilenką, a Wilenka przepływać obok człowieka.
Człowiek ma prawo do ciepłej wody, ogrzewania w zimie i do dachu z dachówek.
Człowiek ma prawo umrzeć, ale nie jest to jego obowiązkiem.
Człowiek ma prawo do błędów.
Człowiek ma prawo do szczęścia.
Człowiek ma prawo do nieszczęścia.
Człowiek nie ma prawa zrzucać winy na innych
I wiele wiele innych praw też ma człowiek na Zarzeczu. W sumie mądre i ludzkie to prawa!

Ulica Zamkowa – główna turystyczna ulica Wilna
Najpiękniejszą ulicą i jednocześnie najbardziej zatłoczoną w Wilnie jest ulica Zamkowa (Pilies). Jak się łatwo domyślić prowadzi ona do zamku 🙂 Jest to też część głównej arterii turystycznej Wilna, która łączy większość ciekawych miejsc w mieście i tak na przykład idąc w kierunku południowym, dotrzemy do Ostrej Bramy, gdzie Matka Boska „w Ostrej świeci Bramie.” To na tej ulicy mieszczą się dziesiątki jak nie setki restauracji, pubów i kawiarni w Wilnie i jak łatwo się domyślić ceny w nich są delikatnie wyższe niż te w bardziej oddalonych punktach miasta.
Kiedy będziecie spacerowali, na pewno rzucą wam się w oczy budynki pod numerami 8 i 10, to odpowiednio dawna księgarnia Zawadzkiego zaś konstrukcja pod numerem 10 pochodzi z początku XVI wieku i jest zbudowana w stylu gotyckim – fantastycznie, że budynek przetrwał wszystkie zawieruchy i dotrwał do naszych czasów. Poza w/w nie zapomnijcie wchodzić we wszelkie zaułki odchodzące od głównej arterii, bo liczne podwórka i zaułki są bardzo urokliwe i po prostu warto spędzić w nich kilka minut.
Kościół świętych Piotra i Pawła na Antokolu
Kościół św. Piotra i Pawła na Antokolu ma dwie twarze. Jedną jest zewnętrzna bryła, na którą pewnie można by było wzruszyć ramionami i powiedzieć: kościół jakich wiele. Faktycznie, nie ma to czegoś, co zwracałoby szczególną uwagę. Ale kompletnie inne uczucia będą nami targać, jak tylko przekroczymy progi świątyni. To co ukaże się naszym oczom, musi wprawić w zachwyt. Bogate zdobienia powodują, że nie wiadomo, gdzie podziać wzrok, na którym elemencie się skupić. Jeśli dodacie jeszcze do tego jeszcze wszechobecną biel (ok, ewentualnie jasny kremowy), będziecie mieli pełen obraz tego, co Was czeka. Przyznaję, że to jedna z najpiękniejszych świątyń, w jakich byłem.







