Mam jakąś słabość do Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach. Może także dlatego, że lubię smutne historie. A Kluki opowiadają o tym, jak grupa etniczna powoli ginęła i roztapiała się w niemieckim żywiole przed pierwszą i drugą wojną światową. Chociaż po II wojnie było jeszcze gorzej, bo Słowińcy byli obcy dla wszystkich: za mało polscy dla Polaków, za mało niemieccy dla Niemców. Dla rosyjskiego wojska byli po prostu szkopami. A oni byli tutejsi, z dziada pradziada. Autochtoni. Niezrozumiani przez nikogo poza etnografami. Tylko w 1945 i tuż po wojnie etnografów mało kto słuchał.
Chociaż ten artykuł powinienem zacząć tak: dawno temu, za lasami, za bagnami leżały sobie Kluki. Mała wioska, która była prawie odcięta od świata, w której większość mieszkańców była ze sobą jakoś spokrewniona i która musiała polegać głównie na sobie. Filmowy Shrek określiłby ją „moje odludzie”. Bo też Kluki były wioską, która faktycznie leżała wśród bagien, długo nie prowadziła tu żadna ubita droga, a zimą lub w deszczowe dni, praktycznie była odcięta od świata. Dlatego mieszkający tu ludzie musieli być twardzi i przygotowani na najgorsze. Bo np. powodzie były to częste i potrafiły zabrać dorobek życia.
Słowińcy czyli kto? Kilka słów kim byli Słowińcy
Co ciekawe, to jeśli sto lat temu przyjechalibyśmy do Kluk, mieszkańcy wioski nie nazwaliby się Słowińcami. Pewnie powiedzieliby jak większość mieszkańców ówczesnych wsi, że „są tutejsi”. Nazwy „Słowińcy” użył Aleksandr Hilferding, który poświęcił się badaniu Kaszubów. Słysząc specyficzną gwarę, którą posługiwali się mieszkańcy tych terenów, stwierdził, że to odmiana języka słowiańskiego. Z dzisiejszej perspektywy możemy powiedzieć, że Słowińcy to zachodni Kaszubi – spotkacie tez nazwę Kaszubi Nadłebscy – a ich mowa była gwarą kaszubską.
Słowińcy zamieszkiwali dość niewielki region. Granicami były zachodni brzeg jeziora Gardno (miejscowość Rowy), na wschodzie granicą było ujście Łeby, północ to rzecz jasna Morze Bałtyckie, a południową granicę wyznaczały m.in. wsie: Czysta, Równo, Cecenowo.
Ale też Słowińcy byli Kaszubami, którzy przez izolację wykształcili swoją specyficzną kulturę, dbali o nią i przekazywali przez pokolenia. Paradoksalnie izolacja słowińskich wiosek sprzyjała trwaniu ich kultury. Kultury, która zaczęła się rozpływać w silniejszym żywiole niemieckim. Stało się to, kiedy do wiosek doprowadzano nowe drogi, kiedy roztopy nie odcinały już wsi na całe tygodnie. Stara kultura i zwyczaje zachwiały się, kiedy do wiosek przyjechali nauczyciele niemieckiego, kiedy w urzędach sprawy trzeba było załatwiać po niemiecku, a niemiecki porządek stał się wymagany przez machinę państwową. Tak, największe spustoszenie w kulturze Słowińców nastąpiło w czymś, co w Polsce nazywamy dwudziestoleciem międzywojennym. Wtedy to silne państwo niemieckie, unifikowało kulturę i zwalczało lokalne gwary i regionalne zwyczaje. Wygodniej się żyło, kiedy mówiło się po niemiecku.
A potem nastała druga wojna światowa i wielkie przesiedlenia tuż po niej. Na mocy umów międzynarodowych, ziemie na wschód od Odry przypadły Polsce, a rdzenni mieszkańcy mieli być siłowo przesiedleni. I tu nastała tragedia Słowińców. Bo chociaż byli to Kaszubi, to znaczna ich część nie pamiętała już innego języka niż niemiecki. A narodowość najprościej było wtedy określać po tym, jak kto mówi, a nie kim się czuje lub do jakiej grupy etnicznej należy. Dlatego początkowo Słowińcy mieli być przesiedleni i część z nich faktycznie została siłą wysłana ze swej ojcowizny do Niemiec.
Zresztą wchodzące tu od wschodu wojska rosyjskie traktowały Słowińców jak Niemców, zatem gwałty, rozboje i kradzieże były wtedy na porządku dziennym. Dopiero kilka lat po wojnie udało się naukowcom przekonać władze państwowe, by nie wysiedlały reszty Słowińców. Co jednak z tego, skoro ci, którzy pozostali i tak byli często traktowani jako Niemcy przez ludność, która przyjechała na tak zwane „Ziemie Odzyskane”. Nie było tu sensu zostawać, zatem ci, którzy pozostali… umarli lub wyjechali do Niemiec w ramach akcji łączenia rodzin. I tak oto Słowińcy przestali istnieć na swoich dawnych terenach.
Pozostały po nich chaty… ale jeśli w drewnianych chatach nikt nie mieszka, zaczynają niszczeć, próchnieć i zapadać się. Dlatego liczne na tych terenach charakterystyczne domy z pruskiego muru zaczęły się zapadać w sobie, a następnie zawalać. Także władze zaczęły je niszczyć. I dopiero wysiłki etnografów i naukowców przekonały władze, by zachować ich część. I tak oto powstał skansen w Klukach. Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach.
Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach
Oryginalne domy są dwa, oryginalne czyli zachowane „in situ” w miejscu gdzie stały dawniej. Ale wioska wygląda tak, jakby dawniej w tych przydrożnych chatach, faktycznie w tych miejscach gdzie stoją, faktycznie toczyło się życie. Są tu domy otoczone ogródkami, są stodoły, są obory i nawet zwierzęta, które kiedyś hodowano w zagrodach. Dlatego może to być atrakcja dla dzieci. Sam widziałem dzieci zachwycające się owieczkami i gęśmi. Chociaż na łące można też oglądać konie. Jednak to było już podczas zwiedzania.
Ale skansen w Klukach, to też żywy skansen, podobny np. do tego w Sierpcu. Tu organizowane są wydarzenia, podczas których na żywo obejrzeć można, jak dawniej żyło się w takiej wiosce. Jak przebiegały żniwa (bo są tu pola obsiane zbożem), jak się piekło chleb, wydobywało torf, szyło sieci rybackie. Aha, skoro były żniwa, to młockę zboża też można obejrzeć i to w wersji ręcznej (cepem) oraz zabytkową młockarnią.
Zacznijmy jednak zwiedzanie od początku, bo wjeżdżając do Kluk miałem wrażenie, że wjeżdżam do takiego idealnego, czystego skansenu. Szeroka brukowana droga poprowadzona w cieniu wysokich, ocieniających ją drzew. Wszystko idealnie wysprzątane i wyglądające jak nowe. Nawet droga, to nie jakieś tam gliniaste koleiny lecz piękna kamienna kostka hucząca pod kołami samochodu. Jedzie się przez wioskę powoli, mijając chaty, które za chwilę będzie się zwiedzać.
Zapraszam do skansenu
Bilet kupuję po wejściu do starej chaty. Pani daje mi opaskę do owinięcia wokół ręki, bym mógł ją okazać przy wejściu do poszczególnych chałup. Potem ruszam na zwiedzanie opłotkami. Dosłownie, a nie w przenośni. Od budynku do budynku można się dostać, idąc przy płotach i nie wychodząc na drogę przecinającą skansen.
Co ważne: można wypożyczyć audioprzewodnik, ale można też zeskanować kod QR i posłuchać historii skansenu na własnej komórce. Wadą jest to, że w Klukach internet działa tragicznie. Tak, jest tu pod tym względem tylko deczko lepiej niż w XIX wieku 😉 ok, żart!
Chodząc od izby do izby w pierwszych domach, zapoznamy się z wystawą, opowiadającą o historii regionu. O tym skąd się wzięli Słowińcy, gdzie mieszkali i jakie mieli zwyczaje. Poczytamy stare dokumenty, przetłumaczone na polski. Dowiemy się, jak się mieszkało na terenach, gdzie woda była wszystkim. Zarówno żywiła, jak też zalewała i niszczyła.
Ciekawostką jest, że każda otwarta chata ma swojego opiekuna, który zarówno sprawdza bilety, dba o porządek w chacie, ale też jest żywą skarbnica wiedzy. Wystarczy zapytać o coś, co jest w chacie, by uruchomić strumień wiedzy i opowieści. Czasami opowiadanej w leszy, czasami w mniej zajmujący sposób. Ale takim sposobem np. dostrzeżecie detale, które mogłyby Wam umknąć. A jednym z nich jest tak zwana kluka o kaszubsku klëka, czyli laska sołtysa, służąca do zwoływania wiejskich narad. Laska ta przekazywana była od domu do domu, wraz z informacją czego dotyczy zebranie. Gospodarze zobowiązani byli do przekazywania jej z chaty do chaty, aż wszyscy powiadomieni byli o zebraniu.
W niektórych chatach jest ciemno, możecie czegoś nie dostrzec, a przewodnicy niechybnie wskażą wam, na co zwrócić uwagę. Pokażą stare buty do chodzenia po bagnistych terenach i zademonstrują specjalne przyrządy do zdejmowania takich butów. Pokażą specjalne piece, opiszą historię chaty. Wystarczy pytać, a na długie minuty możecie wpaść w świat Słowińców, po których zostały już tylko chaty i wspomnienia.
Warto wiedzieć, że najstarszą chałupą w Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach jest chata Charlotty Klick z XVIII wieku, a w niej zobaczyć możecie wystawę „Wokół kuchennego pieca” i jak się łatwo domyślić, zobaczyć tu można, jak funkcjonowało dawniej gospodarstwo domowe.
Chodząc dookoła domów, zwróćcie uwagę na sterty brykietu, leżące przy ścianach. To torf, jakim kiedyś opalano chałupy, po tym, jak cesarz wydał zakaz opału drewnem wycinanym z lasu.
Łatwo zauważycie, że droga dzieli skansen na dwie części: ta strona po której znajduje się kasa, pokazuje świat z przełomu XIX i XX wieku. Droga strona to zupełnie inne wyposażenie domów. Tu jest bogaciej, są o wiele nowocześniejsze sprzęty i wyposażenie domów. Zobaczycie tu np. takie wynalazki jak np. radio. I jeśli macie sporo lat, zaręczam Wam, że są pomieszczenia, w których poczujecie się jak dawniej na wakacjach u babci. Bo część takich pomieszczeń i sprzętów na pewno pamiętacie z dzieciństwa.
Ale są dwie tradycje, które zasługują na szczególną uwagę podczas zwiedzania skansenu w Klukach. To rybołówstwo i czarne wesele.
Czarne wesele
Czarne wesele nie ma nic wspólnego z zaślubinami, to specyficzna nazwa na doroczne kopanie torfu, jakie przez lata łączyło mieszkańców Kluk. Wioska leży na terenie bardzo podmokłym, poziom wód podskórnych zawsze był tu zawsze wysoki. Dlatego przed tym, jak wioska zespołowo brała się za kopanie torfu, trzeba było poczekać, aż po śnieżnych ówcześnie zimach, poziom podziemnych wód obniży się i będzie można zacząć kopać.
Kopanie torfu czyli Czarne wesele (od koloru torfu rzecz jasna) zaczynało się zazwyczaj na przełomie maja i czerwca. Termin nie był przypadkowy, bo to że wody opadły to jedno, ale do zimy pozostawało wciąż wystarczająco dużo czasu, by składowany przed chałupami torf, zdążył wyschnąć i dobrze palił się w chłodne zimowe dni. Co ważne, kopanie torfu było niejako wymuszone przez ówczesne państwo pruskie. Władze po prostu zakazały wycinki drzew na opał. Tym samym mieszkańcy musieli szukać alternatywnego źródła ciepła. A Kluki wręcz leżą na torfowisku. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy zaczęli pozyskiwać ten surowiec.
Kopanie torfu była to praca zespołowa i wszyscy mieszkańcy Kluk wzajemnie sobie pomagali. Celem było wykopanie tyle torfu by wystarczyło na całą zimę. Nic tak nie łączy jak wspólna praca, zatem wspólny wysiłek był czymś w rodzaju dorocznego święta. Ciężka praca, ale przy okazji okazja do budowania wspólnoty wioski. Dlatego kiedy mężczyźni ciężko pracowali przy wydobyciu torfu, kobiety przygotowywały wspólny posiłek. Rano ciężka praca, wieczorem biesiada. A kiedy zapasy torfu na zimę były zapewnione, mężczyźni mogli wrócić do połowów.
Rybołówstwo – podstawa gospodarki Kluk
Jeśli wioska położona jest na niezbyt urodzajnych i bagnistych ziemiach, ale jednocześnie tuż obok wielkich jezior, a także morza, wzrok mieszkańców siłą rzeczy kieruje się w kierunku wody. Nie ma się co dziwić, że zamieszkujące jezioro i morze ryby, były podstawą tutejszej diety, a także źródłem dochodu.
Dwa razy do roku w Klukach – jesienią i zimą – było wielkie wydarzenie związane z połowem ryb. Był to wielki połów za pomocą niewodu, czyli dużej sieci, sposób połowu jest tu bardzo ważny, bo duża sieć wymagała współdziałania całej wioski, a bywało, że także pomocy z zewnątrz. Rybacy wypływali kilkunastoma łodziami i niewodem zagarniali wszystko, co wpadło do sieci. Ciekawostką jest, że była na łodziach też funkcja „wódkowego”, czyli rybaka, który pływał z butelką wódki od łodzi do łodzi i częstował rybaków. Wspólne picie, jeden rytuał, budowanie więzi społecznej.
Następnie połów wyciągano na łodzie i w ceremonii, która angażowała całą wioskę, dzielono ryby na części między poławiających. Duże ryby przeznaczone były dla głównych rybaków (tzw. maszopów), a mniejsze dla ich pomocników (mandelniksy). O tym, która ryba była duża i dla kogo była przeznaczona, decydował jeden z maszopów, któremu kapitan połowu okazywał ryby, a ten wymieniał nazwisko rybaka, do którego miała ona pójść.
Połowy były duże, zatem część przeznaczona była nie na wewnętrzne spożycie, lecz na handel. A handlem zajmowały się kobiety, wędrujące pieszo z koszami do okolicznych większych miejscowości jak np. Smołdzino.
Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o połowie i o tym, co się działo dookoła, zapraszam do tej pracy naukowej, opisującej połów w Klukach. Fascynująca lektura, która przybliży wam także szerzej kulturę słowińską.
A jeśli chodzi o materialne dziedzictwo rybołówstwa, to częścią skansenu jest cały magazyn rybacki wypełniony od podłogi po dach sprzętem, który służył rybakom do połowów. Zobaczymy tam większe i mniejsze łodzie, różnego rodzaju sieci, bojki pozwalające oznaczać miejsce postawienia sieci, różnego rodzaju haki i ościenie.
Obok dużego magazynu, stoi taki mniejszy magazynek wykonany z przepołowionej łodzi. Bo przecież po co marnować dobre drewno?
I teraz ciekawostka: takie magazynki stały często nie we wsiach, lecz blisko jezioro. Bo po co nosić łodzie kilka kilometrów, skoro można je trzymać blisko miejsc połowów?
Krótka historia Kluk
Kiedy powstały Kluki? Tego na pewno nikt nie wie, ale przypuszcza się, że w XVII wieku. Bo też w spisie z tego wieku jest wzmianka o siedmiu chałupach nazywanych Klukami. Sześć z nich zamieszkiwał ród Kleków, a jedną bracia Warnochowie (o ile dobrze odmieniam Warnochów). Co ważne, Kluki pisane często przez Niemców jako Kleki, nie były zwartą wsią. Było to kilka osad rozsianych po okolicy. Mieliśmy wtedy Kluki: Smłodzińskie, Żeleskie, Ciemińskie a także kolonię Pawełki. Mojemu sercu szczególnie bliska jest kolonia 😉
Przy budowie nowych chałup najbardziej cenne były miejsca na wzniesieniach, bo dawniej okolicę nawiedzały częste powodzie. Do XX wieku wioska była niezmeliorowana, a wszechobecny torf chłonął wodę jak przysłowiowa gąbka. Dlatego też podstawą gospodarki wiejskiej były początkowo tylko ryby, ale później pojawiła się też hodowla bydła.
Kluki się rozrastały, bo chociaż z powodu braku dobrej drogi, przez część roku były izolowane przez warunki atmosferyczne, to akcja osuszania terenów dawała coraz więcej areału do uprawy roślin i hodowli zwierząt. Pod koniec XIX stulecia Kluki zamieszkiwało już 550 mieszkańców, którzy zajmowali 40 domostw. Ważne: Tutejsze chałupy były duże oraz dwuczęściowe, czyli najczęściej mieszkały w nich dwie rodziny.
Początek XX wieku to rewolucyjna zmiana, bo i ile w 1900 roku żywy inwentarz we wsi stanowiło 8 koni i 140 krów, tak w 1939 roku koni było już 91, a krów 406. Liczba gospodarstw wzrosła do 117, a Kluki zyskały połączenie dobrą drogą z resztą Prus. Tak, były one częścią Trzeciej Rzeszy. O mierze rozwoju niech świadczy też fakt, że wioska posiadała prąd!
A potem przyszła wojna, część mężczyzn zginęła na froncie, Trzecia Rzesza przegrała walkę, a same Kluki włączone zostały do Polski. Stały się tak zwanymi Ziemiami Odzyskanymi. Dawni mieszkańcy zaczęli wyjeżdżać do Niemiec, a ci którzy zostali, wymarli. Chaty zaczęły niszczeć i w większości zostały wyburzone. Wtedy do akcji wkroczyli etnografowie, pragnący ratować odchodzącą kulturę i pamiątki po niej.
Idea muzeum pojawiła się w 1958 roku, a już rok później bo w 1959 etnografowie i społecznicy wzięli się za badania terenowe. Wtedy żyli jeszcze Słowińcy, mieszkający na swojej ziemi z dziada pradziada, więc mieli dostęp do informacji z pierwszej ręki o kulturze i tradycjach. Wszystko to doprowadziło do tego, że 22 września doku 1963, oddano pierwszą zagrodę muzealną. Początkowo była to samodzielna placówka, ale już w 1965 roku włączona została do Muzeum Okręgowego w Słupski jako jego filia. Pierwsze wyposażenie liczyło trzysta osiemnaście eksponatów zebranych z okolicznych chałup. Często tych, które były rozbierane lub po prostu niszczały, bo właściciele wyjechali.
Lata najważniejsze dla tego regionu i historii o Słowińcach to polowa lat 70tych, kiedy do Niemiec wyjeżdżają ostatni Słowińcy. Władze polski ludowej postanowiły wyburzyć opuszczone domy. Etnografom udało się uratować zaledwie kilka z nich, które przeniesiono do skansenu. W 1982 roku muzeum dokupiło działki sąsiadujące z gospodarstwem, które dało początek Muzeum Wsi Słowińskiej. Dziś to pięć hektarów terenu, na których stoją stare chaty. Stoją w cieniu drzew, które pamiętają jeszcze Słowińców rozmawiających w swoim kaszubskim dialekcie. Drzewa, które przetrwały dwie wojny i miejmy nadzieję, że przez długie lata będą dawały cień tysiącom zwiedzających, chcących poznać kulturę tych, którzy odeszli. Ale nie zostali zapomnieni.
Po więcej wiedzy dotyczącej Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach, po historię i kulturę Słowińców zapraszam na stronę skansenu.
Bilety i parking przy Muzeum Wsi Słowińskiej
Bilet normalny kosztuje 24zł
Bilet ulgowy kosztuje 18zł
Przewodnik w języku polskim: 170zł
Przewodnik w języku niemieckim: 200zł
Wypożyczenie audioprzewodnika jest bezpłatne. A warto go wziąć, bo internet jest w Klukach tak słaby, że nie odsłuchacie opowieści na prywatnym telefonie. Chyba, że pobierzecie go wcześniej.
Parking w Klukach jest bezpłatny i znajduje się na końcu wsi. Parking jest duży i mieści spokojnie kilkadziesiąt aut. W skansenie byłem dwa razy i za każdym razem było mnóstwo wolnych miejsc parkingowych, zatem z zaparkowaniem nie będziecie mieli problemu. To muzeum nie jest (niestety) aż tak popularne.
Wieża widokowa na jezioro Łebsko
Troszkę ponad kilometr od parkingu przy skansenie postawiono wieżę widokową pozwalającą spojrzeć z góry na Jezioro Łebsko. Możecie się przejść od razu po zwiedzeniu skansenu lub wsiąść w samochód i zaparkować 500 metrów dalej na polnym parkingu. Z tego miejsca będzie bliżej do wieży.
A warto się tam przejść, bo widok na jezioro Łebsko oraz na położoną za nim wydmę Łącką, jest naprawdę spektakularny. Biała łacha piachu odcinająca się od koloru nieba u góry i wody od dołu. Dla chętnych można też wejść na pomost prowadzący w głąb jeziora Łebsko. Spójrzcie na zdjęcia, jak wygląda ten widok na jezioro i wieżę.
A jeśli chcecie dobrze przygotować się do wizyty w Muzeum Wsi Słowińskiej w klukach, zapraszam was na oficjalną stronę internetową skansenu. Z tego miejsca dowiecie się więcej o historii wsi, ale także tego, jak ściągnąć przewodnik po Klukach.